19 maja 2023

Wracam?

Khhyy, khyy, khkhyy, AaAaatchiiu... kurcze co jest, człowiek wyjdzie po zapałki, wraca, a tu wszędzie jakieś girlandy pajęczyn i z centymetrowa warstwa kurzu. Co gorsza, w tym kurzu ślady jakiś dzikich bestii (tropiciel śladów powiedział, że to dwa wróble, sikorka i prawdopodobnie myszoskoczek, i ja mam mu uwierzyć na słowo?). I to w tych uroczych i jakże niebezpiecznych warunkach przyrody piszę. 

 W wersji już niestety nieco okrojonej (anatomopatolog co prawda napisał, że wycięto wszystko i to doszczętnie, ale zostanę przy swojej opinii). Nie wiem dokładnie co wycieli, bo mnie przy tym nie było, a w każdym bądź razie starałem się w tym nie uczestniczyć jak tylko mogłem. Może te niewielkie złogi poczucia humoru, którym okraszałem swoje opinie i raczyłem bogu ducha winnych i niczego się nie spodziewających czytelników. Może worki jadowe ze złośliwością i wrednością, które czasami mieszając się zalewały opinie pozycji, które raniły moją niewielką wiedzę, szczątkową inteligencję i słabnące na starość oczy. Możliwe że to te torbiele z lukrem, który niekiedy spływał z moich palców w opinie o powieściach zasługujących na znacznie więcej niźli peany jakiegoś tam fprefecta. Być może będziecie mieli okazję przekonać się co dokładnie ze mnie wycięto. 

Właśnie wróciłem z drugiego dnia targów, które są nieodrodnym następcą, zmarłych w czasie pandemii coronavirusa, Warszawskich Targów Książki. Po czym wnoszę, po jak zwykle niezwykle nieużytecznej stronie internetowej, ale za to z o wiele gorszą paletą kolorystyczną. Taki sam modus operandi, ci sami wystawcy choć w o wiele mniejszej liczbie (ale może się rozbuja i wróci do tego szaleństwa jakie było), stoisk dziwnych i salonu gier gdzie można sobie pograć w stare gierki (choć trzeba używać rąk). Jak może pamiętacie, bądź nawet uczestniczyliście jako jeden z mieniaczy, co roku na WTK lubimyczytać urządzało akcję z półki na półkę (w której to piszący brał udział jako wolontariusz). Tym razem to targi postanowiły, że same się tym nie zajmą, eee zaraz, a nieee, dobrze napisałem, się nie zajmą, bo to samo się zrobi. Portal LC załatwiał na start kilkadziesiąt książek od wydawnictw (może nie były to flagowe pozycje ale trafiały się całkiem niezłe okazy). Załatwiał nas (znaczy wolontariuszy) którzy znosili przeciwności losu (znaczy usuwali kłody jakie rzucał nam pod nogi zarząd WTK) i książki, które rozkładali na załatwionych w ostatniej chwili stołach. A potem staraliśmy się jakoś ogarnąć masę ludzką wlewającą się i pragnącą wymienić się książkami, a czasami „książkami”, które okazywały się jakimiś skryptami, słownikami, branżówkami, poradnikami czy czymś co niegdyś było całkiem niezłą książką ale właściciel postanowił użyć jaj jako talerza na zupę, packi na muchy czy zabawki kąpielowej. Zabieraliśmy co przynieśli o ile spełniało minimalne wymogi, dawaliśmy bilet, a potem delikatnie poganialiśmy opornych coby już sobie wzięli i poszli z tym co upolowali i dali polować kolejnym. Tym razem Targi Książki i Mediów 2023 Vivelo, bo o nich mowa, wystawił w przejściu (do którego właściwie nie ma po co zaglądać) cztery stoły i chyba kogoś do czegoś ale nie wiadomo do czego i dlaczego, oraz przepienkny (to nie błąd, to celowo) stand reklamowy, że można trzy za trzy. Wczoraj o 14:30, bo wtedy tam po raz ostatni zajrzałem w czwartek, na stołach leżało około sześciu bardzo już zmęczonych życiem książek. Dziś zawiozłem trzy swoje, dwie nawet w twardej oprawie, żeby choć coś ładnego na tych stołach leżało, o 17 z minutami (drugi dzień targów) leżało może ze czterdzieści książek, ale nic co by się chciał zabrać. Może jutro się rozwinie, może. 

Z targów wróciłem, czy wracam tu? Nie wiem, nie jestem pewien czy podołam, zobaczy się jak będzie. W każdym bądź razie pojutrze opinia, która miała się ukazać trzy lata temu bez mała, ups (strasznie mi głupio z tego powodu ale zniosę to dzielnie).

13 czerwca 2020

Wyrób książkopodobny

Nie wszyscy pamiętają czasy wyrobów czekoladopodobnych (jak chcecie poznać smak i konsystencję owych, to kupcie sobie nowe czekolady i batoniki Wedla). Z grubsza przypominało to wyglądem i smakiem czekoladę (choć też nie za każdym razem i nie z każdej wytwórni). Prawdziwe słodycze można było kupić tylko w Pewexie lub Baltonie, w sklepach za czerwonymi firankami lub tylko dla górników oraz na czarnym rynku. Jako niezbyt dobrze zapowiadający się podówczas młodzieniec, nie opływałem w waluty obce ani rodzime, rodzice też nie należeli ani do wierchuszki partyjnej i ani do górniczej braci, byłem zatem skazany na te państwowe podróbki. Nie żebym narzekał, takie były czasy. Ale czasy się zmieniły...

To nie jest książka, choć z wyglądu może nieco ją przypomina. To nie jest powieść ani opowieść, ani nowela, ani żadna inna forma literacka. Każda z tych form musi mieć jakąś w miarę sensowną treść, kształt oraz kolejność zdarzeń. Nawet surrealistyczne historie mimo swojego pozornego nonsensu mają zawsze pewną formę oraz są napisane poprawnie w danym języku. To coś o czym dzisiaj piszę nie spełnia żadnych kryteriów i właściwie jest zbiorem często niezrozumiałego bełkotu, pseudofilozoficznych wynurzeń autora oraz historii i wydarzeń niemożliwych do zrealizowania zgodnie z możliwościami fizycznymi rzeczywistości.

"Miasto powoli znikało za moimi plecami. Szedłem zwyczajnym krokiem przed siebie, w nieznaną, ale mocno przyciągającą dal."
Czarodziejskie miasto, czarodziejska dorożka, czarodziejski dorożkarz. Abra makabra i znikło, dobrze że jego plecy to taki wnikliwy obserwator. Na szczęście szedł zwyczajnym krokiem i przed siebie, bo jakby tak psiejsko czarodziejsko pomykał i na dokładkę tyłem to nie wiem czy dałby tak radę wszystko zauważyć plecami.

"...nawet najmniejsze wątpliwości, które przez długie lata towarzyszyły mi gdzieś w głębi duszy, nagle zniknęły dzisiejszego poranka. Podejrzewałem, że zaginą wraz z pierwszym krokiem, ale zawsze znajdywałem jakieś wymówki i przyczyny..."
Zniknęły, a tak marzył, żeby dopiero pierwszy krok je przegnał precz, świnie z nich, co nie?

"Teraz nieuniknione i od dawna oczekiwane..."
Albo coś jest nieuniknione i wcale się na to nie czeka, bo wiadomo, że kiedyś dopadnie, albo nie możemy się czegoś doczekać co wcale nie jest pewne, że nadejdzie.

"Bywałem w tym miejscu sporo razy. Najczęściej z moją ukochaną kobietą podczas długich, szczęśliwych spacerów albo też sam, bądź z przyjaciółmi rowerami górskimi w poszukiwaniu adrenaliny"
Oj sporo, sporo. Ja nie wiem ale taki szczęśliwy spacer to musi być coś. Natomiast przyjaciół wśród rowerów górskich nie mam zbyt wielu, nie wiem jak Wy?

"Teraz przed oczami widziałem kobietę mojego życia, która dzisiaj rano otworzyła oczy z poczuciem, że właśnie się stało to, czego tak bardzo zawsze obawiała, ale w tym samym czasie wiedziała, że to nieuniknione.
Mama, a co ty tu robisz, że cię widzę przed oczami (pewnie okularami widział). Otworzyła z poczuciem, oczy oczywiście, bo jakby tak dajmy na to puszkę z mielonką, to ok. W tym samym czasie znaczy dziś rano zawsze czy z poczuciem, bo się zgubiłem?

"Pozostać przy zdrowym rozsądku pomoże jedynie świadomość, że nigdy nie przestaną Ją kochać i wiara w jak najbliższe spotkanie.
- Kocham cię - wyszeptałem po cichu."
Ja powoli tracę jakikolwiek rozsądek czytając to czegoś przez ktoś napisaną. I chyba wykrzyczę to po głośnemu. Zaś wiara może się obecnie skończyć mandatem, za niezachowanie bezpiecznej odległości.

"Na siłę wyprowadziłem wyobraźnię z domu..."
A ta cholera obszczekała hydrant i nasikała na listonosza, chora jakaś.

"Spojrzałem na zegarek i przyspieszyłem, pogrążając się w życiu miasta.
Snułem się po jego ulicach wraz z innymi mieszkańcami."
Nie dość, że stronę temu opuścił już miasto, to nagle przyspieszył aby snuć się po mieszkańcach.

"...dziesiątki najróżniejszych melodii i piosenek rodzących się z mijających mnie telefonów komórkowych..."
Chyba go ten zdrowy rozsądek był i odszedł, pewnie z którymś z tych telefonów komórkowych rodzących melodie i piosenki na ulicy.

"Już na początku dnia przemęczyć nasze pracujące na około dziesięciu procent swojej możliwości móżdżki, a wraz z zachodem Słońca całkowicie i nieodwracalnie zwariować? Ha!!! Dzięki Bogu, stworzył nas rozumnie."
Ucz się końcówków na sto procent swojego jednego mózgu. Gościu łebski musiał być, pewnikiem temu Bóg mu dali na pierwsze.

"Dookoła migotały puste i zarówno przerażające spojrzenia ludzi wiecznie się śpieszących, na każdym kroku spotykane od dawna już normalne zachowanie - marudzenie - 'znowu te cholerne korki, znowu się spóźnię, znowu będę musiał słuchać szczekania szefa...' - nie budziło najmniejszego zainteresowania nawet u osoby, do której było skierowane."
Czy jest na sali jakiś ktoś, ktokolwiek, kto jest w stanie zrozumieć ten bełkot i go przetłumaczyć na chiński, przynajmniej wtedy będę wiedział czemu tego nie rozumiem.

"Albo po prostu ciche, kwaśne miny w pośpiechu spalające aż do samego filtru fajki, przecinając jezdnię w niedozwolonych miejscach"
Głośny, słodki Jezu kto to napisał, dlaczego to wydał i jak mu nie wstyd, niszczyć nawierzchnię jezdni gdziekolwiek.

Te wyimki to tylko najgorsze koszmarki z prawie trzech stron tego czegoś. Właściwie mógłbym przepisać cały ten tekst, co pokazałoby jeszcze sposób prowadzenia narracji w tym koszmarku. Ten urywek pokazałby również jak autor traktuje czas i przestrzeń. Zaczynamy od wyjścia z miasta jakiś czas po "kataklizmie", aby snuć się ulicami i tu nie wiem przed czy po tragedii, aby wziąć udział w owym katastrofalnym wydarzeniu i być w lesie po opuszczeniu miasta jakiś czas po katastrofie. Odnalezienie się w tym koszmarku nie ułatwia również niemożliwość zaistnienia tejże katastrofy. Otóż wyobraźcie sobie, że nasz bohater spotyka się z falą oceaniczną zwaną też tsunami w zatoce Gdańskiej. Fala ma tylko pięćdziesiąt metrów wysokości (taki piętnastopiętrowy blok). Ja nie wiem czy w Bałtyku jest wystarczająco dużo wody, bo w zatoce z całą pewnością nie ma jej aż tyle. Ale autor jako oficer marynarki też to chyba wie stwierdzając, że to z oceanu. Problem w tym, że najbliższy ocean znajduje się jakieś dwa tysiące kilometrów od zatoki Gdańskiej. Po drodze jest taka niewielka wyspa, Irlandia się nazywa. Następnie nieco większa wyspa Wielkiej Brytanii. Morze Północne. Jeszcze tylko Dania, Szwecja i czubek Polski z hyclem celpskim i już jesteśmy na miejscu. Ja nie wiem ile musiałaby mieć fala na początku, żeby dowieść pięćdziesiąt metrów do Gdyni. Za to wiem, że tylko jeden kataklizm mógłby wywołać taką falę. Zderzenie Ziemi z jakimś dużym ciałem niebieskim. Tylko wtedy ta fala przeszłaby niezauważona przez nikogo. Wszyscy byliby już martwi. W promieniu kilku tysięcy kilometrów wszystko co żywe zostałoby zmiecione przez falę uderzeniową mknącą z kilkukrotną prędkością dźwięku. Następna byłaby fala sejsmiczna o niewyobrażalnej magnitudzie. Inne kataklizmy pominę.
Zaś u autora w Gdyni nie zaszły jakieś większe zmiany po przejściu tej falki, mieszkańcy nadal się snuli po ulicach niezniszczonego miasta.

07 czerwca 2020

Ty mi tu mitu tumanie nie nituj

Kiedyś Słońce było bogiem. Teraz wiemy, że jest termonuklearnym reaktorem chłodzonym kosmosem (swoją drogą muszą tam panować niezłe przeciągi jak te kilka miliardów galaktyk pełnych gwiazd nie jest w stanie ocieplić jego wizerunku). W trakcie rozwoju społecznego ilość bogów znacząco się powiększała (nie jestem pewien czy nas stworzył jakiś bóg, ale to że większość bogów stworzyli ludzie biorę za pewnik). Każda nacja tworzyła własny panteon istot nadprzyrodzonych. Dając im różne moce i zadania do wykonania. O dziwo, po pewnym czasie ilość tych niewszechmogących zaczęła spadać. Za to ich uniwersalność i moce rosnąć. Czasami nachodziła ich chętka żeby to wszystko olać albo popatrzeć jak płonie. Niestety ciężko być bogiem bez wyznawców, więc cichaczem odtwarzali ludzkość. W końcu większość się wycofała lub znudziła, pozostawili na stanowisku po jednym ale wszystkomogącym i odeszli. Hmm a jeśli to nie były tylko mity...

Ziemię, tę Ziemię oplotła sieć internetu. Ludzie zaczęli tworzyć światy wirtualne. Na razie są to gry i zabawy, choć już i programy użytkowe (choćby architektoniczne) zaczynają korzystać z tego udogodnienia. Można zwiedzać galerie i muzea. Można wejść do swojego mieszkania zbudowanego co prawda tylko z bitów, bo w rzeczywistości dopiero wykopano dół pod fundamenty. Może wkrótce będzie można do tych światów wirtualnych przenieść całe swoje życie i twórczość. Zaś Światy wirtualne będą piękniejsze, ciekawsze i bardziej różnorodne niż nasza szara rzeczywistość.

Nie musicie czekać. Roger Zelazny już dziś (właściwie to wczoraj, a może nawet przedwczoraj, bo książka ukazała się w zeszłym wieku) zaprasza nas wszystkich do takiego świata, do takich światów i ożywionej mitologi.

Internet nie dał rady, ale z niego narodziło się virtu. Nowa sieć, w której sztuczne inteligencje tworzyły środowiska swoiste habitaty. Od najbardziej zbliżonych do rzeczywistości, poprzez fantastyczne place do zabaw dla dzieci, niezbadane dżungle, do coraz mniej realnych światów fantasy. Aż w końcu jedna ze sztucznych inteligencji natknęła się na jeszcze inny świat. Świat mitycznych bogów i geniuszy virtu. Nieświadomie wszystkie te światy spotkały się jeszcze z jedną lokacją. Lokacją zamieszkałą przez jedną bardzo anorektyczną, choć wiecznie wyszczerzoną (nie wiadomo tylko czy w uśmiechu) istotę. Śmierć okazała się równie nierealnie realna. I wtedy jednej z SI coś strzeliło do jej algorytmów. Stwierdziła, że to niesprawiedliwe, że tylko ludzie mogą sobie z rzeczywistości przechodzić do virtu. Powiedziała bogom, że jest możliwość by wyrwać się z virtu do rzeczywistości.
Tu zaczyna się nasza intryga, ktoś włamał się Śmierci na chatę i bezczelnie coś wykradł. Tego się nie robi jak się chce dłużej pożyć, no chyba że się jest nieśmiertelnym...

Powieść ma niesamowitą konstrukcję. Wyobraźcie sobie wielką zieloną łąkę. Porośniętą wysoką trawą, wonnymi ziołami, kolorowymi polnymi kwiatami. Na tą łąkę wchodzi ośmioletni chłopczyk/dziewczynka, bo mama lub tata poprosili go/ją by nazbierał/a bukiet do domu. Dziecko łazi jak to cielątko, bo z tej trawy to tylko czubek płowowłosej głowy widać. Ale dzielnie zbiera. Tu wyrwie jakiś pęk chwastów, tu jakiś biały kwiatek. Ale wtem zauważa rosnący sobie chaber więc leci i go zrywa, a tu zaraz maki wielkie jak dłonie malucha, no kto by się oparł. I znowu jakiś większy wiecheć jakiejś trawy, o znowu biały kwiatek. Nawet jakaś naparstnica mu się trafiła. Kępka skrzypów i znowu jakieś wiechcie trawy i pęk chwastów. I jeszcze rokitnik, koniczyna, bławatek, groszek ozdobny. Kakofonia kształtów i kolorów. W końcu zmęczone coraz większą wiąchą zielska i letnim upałem wychodzi nasz dzielny maluch na drogę. W rączkach dzielnie dzierży zebrany bukiet, który z dumą wręcza mamie czy tacie. Jedni powiedzą, że to coś okropnego, dwoje ludzi powie, że nie widziało piękniejszego bukietu. A ty będziesz się długo zastanawiał skąd on wytrzasnął tę nowiutką, jedwabną, lawendową wstążkę, którą związał bukiet. Bo jak wchodził w trawę to takiej nie miał, a nikt w okolicy z pewnością takiej nigdy nie posiadał i tym bardziej nie zgubił. I ta książka to właśnie taki bukiet, wydawałoby się przypadkowych wątków, niespójnych, od sasa do lasa, a jednak jako całość jest magicznie niezwykła.

Zelazny nie dokończył tej powieści. Zrobiła to Jane Lindskold, która była padawanem i przez wiele lat przyjaźniła się z Rogerem. Nie wiem czy to zasługa tłumacza czy Jane, ale nie wyczułem co było dopisane przez nią.

Daje osiem, bo sama końcówka mnie nieco rozczarowała. Ale pomysł i realizacja genialne i warte przeczytania.

Roger Zelazny Jane Lindsold "Donnerjack" wydawca Wydawnictwo Rebis

01 czerwca 2020

Niebieskie i czarne

Na przestrzeni lat człowiek (no może nie każdy ale akurat padło na mnie) zetknął się z wieloma ciekawymi parami bohaterów. Na początku to oczywiście byli Bolek i Lolek, Żwirek i Muchomorek (niby do Bolka i Lolka doszlusowała później Tola, ale Żwirka i Muchomorka to wkopał Ciastek ze Shreka), Smok Wawelski i Bartolini Bartłomiej herbu Zielona Pietruszka czy w końcu Koziołek i Matołek. Oczywiście wraz z rozwojem (nie powiem umysłowym, bo ponoć facet rozwija się umysłowo do piętnastego roku życia, potem już tylko rozrasta i to zazwyczaj nie w tych miejscach w których by chciał i powinien) zaczęły się pojawiać inne pary. Żaba Kermit i miss Pigi, Flip i Flap, Ginger i Fred i wiele wiele innych. Pojawiły się też pary literackie Staś i Nel, Pan i jego samochodzik, imć pan pułkownik Michał Wołodyjowski i jego hajduczek Baśka Nicto herbu Rawicz, Rocha Kowalskiego i panią Kowalską i można by jeszcze długo wymieniać, bo się tego uzbierało ale poprzestańmy na tych. Potem człowiek postanowił wybrać się tam (oczywiście literacko bo fizycznie to szans większych nie miał) gdzie nie stanęła jeszcze ludzka stopa i też poznawał ciekawe pary. Stalowego Szczura i jego Angeline, pułkownika doktora Richarda Amesa z Gwen Novak no i oczywiście Artura Denta i Forda Prefecta. Wśród zalewu pozytywnych (i znów się trzeba tłumaczyć, nie chorych na jakąś poważną chorobę tylko fajnych, zakręconych w odpowiednim kierunku i miłych) par, niestety (choć może czasem i stety) zaczęły się też pojawiać takie, o których człowiek z chęcią by zapomniał ale niestety nie da się. Tu pozwolę sobie wymienić chociażby dwóch takich co ukradli Księżyc...

Przejdźmy zatem do naszej najnowszej pary bohaterów. Co można o nich powiedzieć: jeden z nich jest niebieski zaś drugi niezbyt rozgarnięty, porywczy półgłówek i to niezależnie po której stronie mocy się znajduje (choć w pelerynie jest jakby spokojniejszy).

Dawno, dawno temu (a momentami jeszcze dawniej), w odległej galaktyce...

Imperator Palpatin poczuł zakłócenie mocy na granicy Nieznanych Regionów. Nieznane i dotąd nie spotkane zakłócenie. Do zbadania tej anomalii wysyła smerfastycznego fantastycznego stratega Wielkiego Admirała Thrawna i swojego padawana Lorda Vadera na odległą planetę Batuu.
Nieświadomie popełnia błąd. Otóż właśnie na tej planecie już kiedyś spotkali się obaj panowie. Wówczas Thrawn co prawda był tylko komandorem
Mitth'raw'nuruodo we flocie obronnej Chissów, zaś Vader rycerzem Jedi, generałem armii republiki i młodym żonkosiem Anakinem Skywalkerem. Ponowne wspólne działania w tych samych lokacjach, obudzą wspomnienia tego szczęśliwego okresu pod czarnym garnkiem.

Akcja książki rozgrywa się pomiędzy "Atakiem klonów", a "Zemstą Sithów" już po odejściu Asoki Tano z zakonu (we wspomnieniach). Główna treść dotyczy zaś okresu pomiędzy "Zemstą Sithów", a "Łotrem 1" po wykiwaniu Thrawna przez Kanana Jarrusa (Gwiezdne Wojny: Rebelianci).
Nie jest to porywające dzieło. Nie da się zamotać intrygi gdy losy głównych bohaterów są powszechnie znane. Ale i same intrygi w obu przypadkach nie są jakieś wybitnie wymyślne. Dziwi też czasem nieporadność rycerza Jedi, a potem Vadera w możliwości wykorzystywania Mocy do walki z przeciwnikami. Sporo też jest chciejstwa zwłaszcza w działaniach Thrawna, który genialnym taktykiem jest (no nie ma chłop wyjścia). Ot taka opowiastka sklecona pod zamówienie. Gównie dla fanów świata Gwiezdnych Wojen.

Książkę otrzymałem z Klubu Recenzenta portalu Na kanapie, dzięki hojności wydawnictwa Uroboros z Grupy Wydawniczej Foksal Sp. z o.o. za co tak jednym jak i drugim bardzo dziękuję. Do 14.06.2020 jest niezła przecena na książki z uniwersum Gwiezdnych Wojen warto zajrzeć na stronę Foksalu :)

Mimo wszystko dobrze się to i szybko czyta, dlatego zasługuje na całą szóstkę w dziesięciostopniowej skali, a i świat GW jest od "Nowej nadziei" tym czymś co zachwyciło i wciągło i puścić nie chce (Moc jakaś czy ki pierun).

Timothy Zahn "Star Wars Thrawn: Sojusze" tyt. org. "Star Wars Thrawn: Alliances" wydawca Wydawnictwo Uroboros Grupa Wydawnicza Foksal Sp. z o.o.

29 kwietnia 2020

Vanitas vanitatum, et omnia vanitas

Właściwie nic poza wiekiem (oczywiście XXI wiekiem) z Arturem Marnym mnie nie łączy. Wieku o którym Starsi Panowie śpiewali:
I znaleźliśmy się w wieku trudna rada  
że się człowiek przestał dobrze zapowiadać  
ale za to z drugiej strony cieszy się  
że się również przestał zapowiadać źle.
Marny jest marnym Amerykaninem; marnym Meksykaninem; marnym Włochem; marnym Paryżaninem; bardzo marnym Marokańczykiem; marnym Hindusem i marnym Japończykiem. Za to jest niezłym pisarzem ale przy tym złym gejem. Jest też pechowcem i niestety nie tak zabawnym jak François Perrin (Pierre Richard). Za to mógłby być turbo Polakiem. Potrafi narzekać na wszystko. Jakby trafił kumulację w amerykańskiego lotka. Jakieś setki milionów dolarów, toby żałował, że to jednak nie taki plastikowy samochodzik z płatków. Taki co mu dawno temu matka razem z płatkami zalała na talerzu gorącym mlekiem, przez co się odkształcił. Artur byłby do tego zdolny.

Książkę otrzymałem od wspaniałego Klubu Recenzenta portalu nakanapie.pl i bardzo miłego wydawnictwa Grupa Wydawnicza Foksal, za co im w tych odosobnionych czasach jestem bardzo wdzięczny i gorąco dziękuję :) 

To moje pierwsze spotkanie z literaturą LGBT. I to chyba z takiej wyższej półki, nagroda Pulitzera to nie byle co, ponoć. Ale chyba mamy zupełnie inne gusta, ja i ci co tę nagrodę przyznają.
Oczywiście w różnych pozycjach przewijały się jakieś wątki z L lub G, a czasem nawet B ale były to jakieś tam poboczne kwestie nie mające wpływu na treść. Z filmami już lepiej, mam nawet dwa ulubione, które zawsze z przyjemnością oglądam. "Klatka dla ptaków" (The Birdcage) z Robinem Williamsem i "Priscilla, królowa pustyni" (The Adventures of Priscilla, Queen of the Desert) film genialny i niesamowity. Widziałem je już kilkanaście razy ale nadal mnie śmieszą i zachwycają
Ta książka jest jednak pierwsza i dla mnie jest...

Jest jak psujące się młode wino. Kwaśny zapach nie napawa optymizmem. Pierwszy łyk jest cierpki, nie wygładzone czasem garbniki ryją głębokie ślady narzekaniem Artura na wszystko. Pogodę, życie z geniuszem, wiek, zaniedbane ciało, rozstanie z geniuszem, towarzystwo, kochanków, wiek, podróże do Meksyku, ubrania (poza jednym garniturem), kochanka, czasy, dzieciństwo, wiek i zaproszenie na ślub. A jednak wysycone słońcem Toskanii winogrona oddają nieco słodyczy jak niespodziewanie zdobyta nagroda literacka choć może bardziej jak pierwszy pocałunek przyszłego kochanka w berlińskim klubie nocnym. Jeszcze nie wyszumiane cząsteczki gazu pozostałe z fermentacji uderzają w górne podniebienie jak iskierki szaleństwa, pierwszych porywów młodości, pierwszej jazdy na wielbłądzie. I dopiero teraz zaczynamy odczuwać pełny bukiet jeszcze nie do końca zgrany. Owoce cytrusowe jak mandarynka nocy spędzonej na arabskiej pustyni, gorzka pomarańcza szczerych słów starego przyjaciela i lekko goryczkowaty grejpfrut samotnych urodzin na stokach Atlasu. W nosie kręcą orientalne przyprawy, wbijają się jak zapomniana igła w stopę lub zęby psa w ulubiony garnitur. I na końcu aromat jaśminu i dzikiej wiśni jak wspomnienie z dzieciństwa. Obraz makiety japońskiego ogrodu zamkniętego w szklanym pudełeczku, a teraz stojący w pełnej krasie tuż za ścianą z drewna tekowego i ryżowego papieru, wystarczy tylko mocniej uderzyć... Niestety na samej końcówce ocet! Ohydny smak skręcający wnętrzności amerykańskim happy endem i tandetnym przepłakanym w noc poślubną romansidłem. Zgroza. Jakby w przypływie szaleństwa, może nie sam mistrz Leonardo, może jakiś zazdrosny uczeń, lub może jakiś opętany fanatyzmem mnich domalował Giocondzie wąsiki à la Dalí, bródkę V i lenonki, no jakiś koszmar.

Tak jakbyśmy od autora dostali tajemniczą szkatułkę z mosiężną korbką z boku. Oryginalne pudełko z intarsjowanego drewna, piękna rzemieślnicza robota mistrzów. Spodziewamy się, że po przekręceniu korbki usłyszymy melodyjkę starej pozytywki. I gdy w końcu zdecydujemy się otworzyć wieczko, maleńka mechaniczna baletnica zatańczy dla nas jezioro łabędzie. Ruch jej, mimo swej automatyczności, jest płynny dzięki sprytnie ukrytym drucikom i przekładniom. Zaś twarz owionie nam, już bardzo ulotny, ale jeszcze wystarczająco wyraźny zapach olejku sandałowego i jaśminu którymi nasączono drewnianą skrzyneczkę. Tymczasem po kilku obrotach korbki, z pudełka wyskakuje nam falliczny pajac, z twarzą Pennywise smarkającą nam w twarz glutami jakiegoś tandetnego romansidła godnego co najwyżej nagrody Harlequina.

Najchętniej, gdybym potrafił robić takie rzeczy, to wyrwałbym z tej książki ostatnie dwie strony i o nich zapomniał, ale nie potrafię. Książkę czytało mi się ciężko. Zupełnie niesygnalizowane retrospekcje zbijały mnie z pantałyku, a i tak trochę się gubiłem w tym na co akurat narzeka nasz bohater. Ale samo zakończenie (bez tych ostatnich okropnych stron i jeszcze niewielkiego kawałka) to majstersztyk od którego nie mogłem się oderwać. Może to syndrom nagrody za przebrnięcie przez pozostałą część powieści, nie wiem, ale mi się podobało. I na koniec ten policzek, niewybaczalne. To moje pierwsze spotkanie z literaturą LGBT i mam nadzieję, że ostatnie.

Nie mogę z czystym sumieniem dać oceny niższej jak 5/10 choć chciałbym. Mogę jedynie polecić osobom interesującym się literaturą LGBT i romansami.

Andrew Sean Greer "Marny" tyt. org. "Less" wydawca Grupa Wydawnicza Foksal

04 marca 2020

Na wyspach Bergamutach

Wczoraj, czyli trzeciego marca, był Światowy Dzień Dzikiej Przyrody. Szkoda tylko, że coraz mniej jest tej dzikiej przyrody, z tej prostej przyczyny, że nas jest coraz więcej. Ponadto z jakiś zupełnie niewyjaśnionych powodów lubimy wszystko poklasyfikować, ponazywać zupełnie niezrozumiałymi słowami np. gallus gallus domesticus, ponumerować i oznakować. Następnie poukładać w gablotkach i zaliczyć do wymarłych.
Z powieściami robimy podobnie, staramy się je przypisać do jakiegoś gatunku (potem odkładamy na półkę i zaliczamy do przeczytanych). I tu zaczyna się mój problem z tym co właśnie przeczytałem. Niby to kryminał, opowieść policyjna, ale więcej w tym obyczajówki niźli tego kryminału. I okej może być kryminał obyczajowy nawet fajnie brzmi. Ale akcja tego kryminału dzieje się na wyspach, które leżą pomiędzy Albionem i Skandynawią, i miasta są na nich i wioski, drogi, porty, transport morski, i nawet ratusz jest jak mniemam  "i tylko... wysp tych nie ma". Ponoć był jakiś Doggerland, który nawet lądowo łączył Brytanię z kontynentem europejskim, tylko że jakieś trzynaście tysięcy lat temu, a ostatnie jego pozostałości pochłonęło morze jakieś 8000 lat temu. Nie wiem co Volvo wtedy produkowało ale Jaguar to chyba szablastozębny właśnie wszedł do produkcji. Zatem to albo bajka albo fantastyka. Bajka to to nie jest zapewniam, zostaje fantastyka. Sumując: przeczytałem fantastyczno nienaukowy kryminał obyczajowy i git.

Za co lubię serial "Endeavour: Sprawy młodego Morsa" i jemu podobne, za ich niespieszne tempo. Za to że nie muszę uważać kto, kogo, czym, w co i ile razy postrzelił. A jak w ranie znaleziono nogę komara, pióro pawia i włókno węglowe to powinienem się domyślić, ze morderca jest zapalonym golfistą. Mogę na spokojnie śledzić rozwój śledztwa, a przy tym zachwycać się jak autorom filmu udało się odwzorować lata sześćdziesiąte ubiegłego wieku. Mogę też podziwiać grę aktorów, wsłuchiwać się w dźwięki i muzykę dobraną do danego odcinka. W książce takie tempo, troszeczkę niestety nuży.

Teraz tych którzy zamierzają przeczytać książkę Pani Marii proszę o przejście do kolejnego akapitu. Muszę bowiem niestety zdradzić clou intrygi, które niestety nie jest najwyższych lotów.
Dlaczego napisałem nienaukowej. Bliźniaki jednojajowe wiele łączy. Mają ten sam genom, są do siebie podobne, nierzadko mają podobne skłonności. A ponoć niektóre z takich bliźniąt łączy coś na podobieństwo splątania kwantowego. Jeszcze raz proszę osoby, które mają w planach powieść "Podstęp" aby przeszły do kolejnego akapitu, to ostatnie ostrzeżenie. Ale jedno mają odmienne, są to linie papilarne. Pierwsze co robią śledczy po zebraniu wszystkich próbek, to pobranie odcisków palców od denata. Po pierwsze jeśli są w bazie policyjnej to potwierdzi identyfikację. Po drugie nawet jeśli nie ma ich w bazie, to trzeba odrzucić odciski ofiary z tych znalezionych na miejscu zbrodni. I tu byłoby pierwsze zaskoczenie jakby w domu ofiary znaleziono niewiele jej odcisków, a w jej sypialni ani jednego. Za to w samochodzie i całym domu pełno byłoby jakiś obcych odcisków, zwłaszcza na rzeczach osobistych ofiary. To z pewnością byłoby dużym zaskoczeniem dla śledczych. W scenie finałowej też jest niewielki błąd. Nie było możliwości niepostrzeżenie podkraść się do policjantki. Co zresztą w kolejnych akapitach udowadnia sama autorka. Ale to przy tym pierwszym to drobiazg.

Pod względem literackim książka świetna. Autorka ma lekkie pióro i jest urodzonym gawędziarzem. Dialogi i rozmowy są żywe i dostosowane do miejsca i postaci. Bohaterowie są pełnokrwiści i bardzo ludzcy, czasem może nawet za bardzo. Byłaby to wręcz powieść doskonała gdyby nie ten aspekt kryminalny. Bo kryminalnie bardzo słabiutko, osoby które już nie jeden kryminał zaliczyły (w sensie nie odsiadkę tylko książkę) będą bardzo zawiedzione. Cała intryga wynika nie z genialności opisanej zbrodni ale z niewiedzy autorki niestety. Będziecie mogli się o tym przekonać już za tydzień, bo za tydzień właśnie książka będzie miała swoją oficjalną premierę.

Za książkę Bardzo Dziękuję Wydawnictwu W.A.B. oraz genialnemu serwisowi nakanpie.pl, które założyło Klub Recenzenta i nawet mnie do niego wpuściło.

Cały czas biję się z myślami jaką właściwie dać ocenę. Ta książka to podstęp, z jednej strony postaci, z którymi mimowolnie się człowiek zaprzyjaźnił, a z drugiej strony ta kryminalno piramidalna bzdura, która jest osią napędową powieści. Dam na wyrost 6/10 ale, w przeciwieństwie do książek Becketta czy MacBrida, nie mam jakoś większej ochoty wracać na wyspy Doggerlandzkie.

Maria Adolfsson "Podstęp" tyt. org. "Felsteg" wydawca Wydawnictwo W.A.B.

23 lutego 2020

United States of... Canada?

Dzień zakochanych, takie dość dziwne i jakby nie patrzeć zupełnie zbędne święto. Ci co akurat są zakochani potrzebują go jak dobry most dziury i tak mają święto na co dzień. Obchodzący zaś rzadko kiedy są jeszcze w sobie zakochani, a często są już raczej na etapie zastanawiania się co oni właściwie w sobie widzieli. Reszta dostaje niestrawności od różu, słodziaków i serduszek.
Taak, ale zakochanym być. Stopy potykają się na gładkiej, pustej i nie śliskiej podłodze. Kolana dostają specjalne zezwolenie na zginanie się w dowolnym kierunku co perfidnie i złośliwie wykorzystują. Układ pokarmowy przestawia się na wytwarzanie owadów powszechnie nazywanych motylami (normalnie produkuje bąki). Zaś mózg zamienia się w budyń produkujący endorfiny litrami. Najgorsze w tym jest to, że obiekt nic nie wie o żywionych wobec niego uczuciach. Zazwyczaj nawet nie wie o waszym istnieniu. Czasem to chciałoby się tak wstać, podejść nie potykając się i nie obijając se twarzy o podłogę, gdy akurat kolana wpadną na pomysł zgięcia się w tył. I z błyskiem (może nie szaleństwa, bo mogłoby to odstraszyć) w oku, powiedzieć: "Blejtram, a tam ekierka" (może przetłumaczę, bo nie każdy rozumie język zakochanych "Cześć, jestem fprefect"). Idąc za ciosem "Kalafior pryszczaty... (może od razu napiszę tłumaczenie "Może wybrałabyś się ze mną do kina albo nawet na film"). Muszę wam powiedzieć, że to bardzo skuteczna metoda*.

Nie wiem czy autor powieści był zakochany jak ją pisał. Ale niezbyt zborny język (nie wiem czy więcej w tym winy autora czy tłumacza), oraz nietypowa logika mogą na to wskazywać.

Ta powieść to istny kociokwik. Wymaga pełnego skupienia albowiem główny bohater przeobraża się psychicznie i fizycznie, zmienia się jego imię i nazwisko, ciągoty i umiejętności, wiedza i lodówka. Przemieszcza się w światach dusznych (takich jak sejfy, lochy czy archiwa), bezdusznych (świat prostopadły z budyniu powstały), czy zadusznych (czyli zaświatach). Żyje, nie żyje i nie wiadomo czy przeżyje choć jest nieśmiertelny, by zginąć i stać się śmiertelnym. Podróżuje w czasie, przestrzeni tej realnej (a w niej to głównie piechty, choć czasem budyniem, rzadziej taksówką, a niekiedy próbką latającego dywanu) jak i tej dodanej i budyniem poprzekładanej. Jeśli będziesz czytał szybko to jesteś zgubiony i to chyba nawet bardziej niż on.

Na dokładkę to miało być zabawne i rozrywkowe. Tyle tylko, że jak jesteś skupiony na rozplątywaniu włosów zmieszanych ze spaghetti z sosem pomidorowym, to nawet nie powiem całkiem zabawne porównania i żarty autora tylko irytują. Są fragmenty gdzie to się zazębia i rzeczywiście jest dobrze i śmiesznie, ale to niestety dość rzadkie wyjątki. Ponadto autor tak pokręcił, pogmatwał, poplątał i zamieszał w fabule, że w końcu sam się zaczął gubić i mylić, a to jeszcze dodatkowo utrudniło odbiór.

A wszystko to, bo kilku kanadyjskim bankierom zamarzyła się władza nad światem. Jeszcze mógłbym uwierzyć w szwajcarskich ale kanadyjscy? 

Jak to zwykle ja musiałem oczywiście zacząć od tomu trzeciego, bo ja jakoś nie mogę jak normalni ludzie czytać w kolejności. Nie wiem czy ułatwiłoby to odbiór tej książki, ale wiem że o ile nie wpadną mi przez jakiś przypadek albo inne złe zrządzenie losu pozostałe dwa tomy, to nie będę ich jakoś usilnie szukał. Na okładkę lubię budyń czekoladowy, a waniliowym można mnie z domu wygnać, to więcej jak 5/10 nie dam. Zmęczyła mnie bardziej niż rozbawiła czy zaciekawiła.

Tom Holt "Ziemia, powietrze, ogień i… budyń" tyt. org. "Earth, air, fire and custard" wydawca Wydawnictwo Prószyński i S-ka

*O ile chcesz aby obiekt twoich westchnień i uniesień pozostał nieskalany poznaniem go bliżej.

11 lutego 2020

To ostatnia niedziela

Jesteśmy bardzo twórczą rasą. Zaś wyjątkową inwencję wykazujemy w sztuce zabijania się nawzajem. Potrafimy to zrobić czymkolwiek, a na dokładkę wymyślamy specjalnie tylko do tego celu przeznaczone przyrządy, maszyny, środki chemiczne i biologiczne, oraz energię. Możemy zakończyć nasz świat na tyle wymyślnych sposobów, że nie sposób zgadnąć jaką metodę eksterminacji rodzaju ludzkiego wybierzemy.

Kolejna wariacja na temat: "Jakby tu z przytupem zakończyć ludzką egzystencje na planecie Ziemia". O ile w większości tego typu książek poznajemy całą otoczkę, która doprowadziła do wesołego ostatniego nowego roku, a także przebieg konfliktu czy upadku cywilizacji jak choćby w opisywanej przeze mnie powieści "Śmierć trawy". W której to wirus atakuje najpierw w Chinach, a potem rozprzestrzenia się na cały świat. Ciekawostką jest to, że nie atakuje bezpośrednio ludzi ale wiechlinowate. I może nie byłoby aż tak źle jak opisuje to autor ale pięknie też by nie było.

Autorka "Ostatniego" poszła inną drogą. Nie wiemy nic o tym co doprowadziło do konfliktu. Niewiele więcej wiemy o jego rozmiarach. Choć ze strzępków informacji, oraz innych przesłanek możemy się domyślać, że nie był to konflikt totalny. Taką przesłanką jest choćby to, że działa internet. O ile dla mnie internet to taka trochę magia (może nie do końca czarna ale z pewnością też nie całkiem biała) to tak myślę, że do jego działania potrzebne są jakieś serwerownie. Te zaś potrzebują prądu i jakiejś łączności pomiędzy sobą. Działające elektrownie świadczą o tym, że cywilizacja jeszcze nie padła na pysk całkiem. 

Fajny pomysł jest taki, że śledzimy poczynania niewielkiej grupki ludzi, których konflikt zastaje w dość dużym, w miarę luksusowym i dość nowoczesnym hotelu. Hotelu który znajduje się w Europie, gdzieś na kompletnym odludziu. O ile psychologia nie jest istotnym elementem w takich pozycjach, bo wszelkie zachowania są prawdopodobne i dopuszczalne, o tyle tworzenie się plemienia ma swoją kolejność i to autorce się bardzo dobrze udało pokazać. Kolejnym smaczkiem jest śledztwo prowadzone przez głównego bohatera powieści, w sprawie zamordowanej  w dniu zagłady dziewczynki. Nie wiemy ile istnień zgasło, zdmuchniętych przez wybuchy bomb atomowych, a szukamy mordercy jednego dziecka. I to jest moim zdaniem świetne zagranie.

Jak zwykle wnerwiło mnie typowo holyłudzkie zakończenie, jak rybka chwyci to pociągniemy dalej. Ja rozumiem, że coraz ciężej wpaść na jakiś ciekawy pomysł i jak już się na taki po ciemaku nadepnie, to warto go wyeksploatować do maksimum, ale można to też zrobić w sposób cywilizowany. Zakończyć książkę jakąś petardą, a nie tak jak tu, po ostatnim fajerwerku ciągnąć jeszcze jakiś nieistotny wąteczek, do którego będzie można przysztukować tom drugi.

Książkę dostałem z Klubu Recenzenta (łubu dubu, łubu dubu niech żyje nam prezes naszego klubu, niech żyje nam, to napisałem ja recenzent drugiej klasy fprefect) portalu Nakanpie.pl dzięki uprzejmości wydawnictwa Czarna Owca. Bardzo chciałem za nią podziękować, bo całkiem fajna powieść się w niej kryła.

Dobrze napisane, nie doszukałem się jakiś poważniejszych błędów, może czasem brak logiki w zachowaniach poszczególnych postaci ale w dopuszczalnych granicach. Dam 7/10 ale nie będę śledził dalszych losów, bo mnie nie wciągło, a coś czuję, że będzie kontynuacja. 

Hanna Jameson "Ostatni" tyt. org. "The last" wydawca Wydawnictwo Czarna Owca.

30 stycznia 2020

Wirujący szklany morderca

Ciekawi mnie czemu niektórzy ludzie, często gęsto mający całkiem niezłe wykształcenie, znający rożne dziwne języki obce, jak choćby amerykański angielski. Tłumaczący zawodowo różne napisy, a czasami nawet całe książki napisów z języków dziwnych na jedyny normalny i zrozumiały, starają się być na siłę kreatywni.

Czasami chciałoby się wręcz nakłaść im szklarnią po łapkach jak coś bez seksu pokręcą, a czasem z chęcią nasłałoby się na nich eklektycznego parówkożercę coby im wszystkie ciepłe psy wyjadł. Czemu ta książka ma w Polsce tytuł "Elita zabójców"? Nie ma się to nijak do oryginalnego tytułu "Bad luck and trouble" co ja bym przetłumaczył na pech i kłopoty, ale może ja nie znam amerykańskiego angielskiego. Tytuł polski zupełnie też nie pasuje do treści powieści, a ten ładny taki hamerykański też tak ledwo ledwo.

Jack Reacher wagabunda, powsinoga, tułacz niemożliwy do odnalezienia, a w każdym bądź razie tak mu się wydawało. Ale jednak ktoś umiał go znaleźć. Kod 10-30 "funkcjonariusz potrzebuje pomocy" i nazwisko z przeszłości Reachera. Kiedy jeszcze był zawodowym żołnierzem, oficerem żandarmerii i dowódcą specjalnej grupy śledczej. Gra się toczy o 65 milionów dolarów i przeciwnicy się nie cofną i właśnie na to liczy Jack. Bo z grupą specjalną się nie zadziera, a już z pewnością nie w taki sposób.

Ktoś w holyłudzie chyba bardzo nie lubi tego cyklu. Żeby w roli dwumetrowego, ważącego sto dwadzieścia kilogramów  bydlaka obsadzić gościa, który był niższy od wszystkich swoich żon, a do Nicole Kidman to musiał zakładać koturny żeby ją w brodę pocałować. Trzeba specjalnie dobierać statystów do scen zbiorowych z nim i ubierać go w buty na obcasie, żeby choć trochę wyróżniał się z tłumu. To nieco wkurzyło fanów. Ciekawe jakby się wnerwili, bo to ponoć i Will Smith był rozważany do tej roli, gdyby ją dostał.

Kilka błędów i przedziwnych zachowań w tym całkiem niezłym czytadle, powoduje że nie jest to chyba najlepsza część tego cyklu. Jack załatwił sześciu to i ja dam 6/10 dobrze się czyta ale te błędy powodują pewien dysonans poznawczy i jeszcze ten idiotyczny tytuł. 

Lee Child "Elita zabójców" tyt. org. "Bad luck and trouble" wydawca Wydawnictwo Albatros A. Kuryłowicz

28 stycznia 2020

Torturowanie przez czytanie

Czytając to "dzieło" przypomniał mi się taki dowcip:
Rabi, rabi pomóż co robić? Mój syn nie umie pić i nie umie grać w karty.
Eee, no nie przesadzaj Mosze to chyba dobrze, że on tego nie umie?
Taa, rabi, tyle że on nie umie pić a pije i nie umie grać ale gra.
Autor tegoż potworka nie umie pisać powieści ani tym bardziej wierszy, niestety nie umie się też powstrzymać aby tego nie robić i niech mu tam, długopis się nigdy nie wypisze, a papier będzie cierpliwy. Tylko czy trzeba to od razu wieźć do drukarni i uraczyć brakiem talentu bogu ducha winnych czytelników.

To moje drugie spotkanie z samopublikacją i jak na razie jestem tą formą wydawniczą szczerze przerażony. Książkę otrzymałem z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl ale dziękować wyjątkowo nie będę (chyba mnie już tam nie lubią).

Bohaterowie tego tworu nie są nawet dwuwymiarowi, akcja jest prostolinijna i aż jestem zdziwiony, że książka w której się to znalazło zachowała trzy wymiary. Jedyne co w niej jest dobre, że nie jest zbyt gruba ale i tak przebrnięcie przez te dwieście pięćdziesiąt stron to męka. Chciejstwa jest tyle, że żeby jakoś uzmysłowić szczęście głównego bohatera, to trzeba by trafić szóstkę w totka z pięć razy pod rząd. Ale nie skreślając i opłacając kupon, tylko znajdując już opłacony przez kogoś innego. Ciągłe powtórzenia, Stan (główny bohater) to, Stan tamto i jak najbardziej Stan owo. Poczucie humoru, gdzieś tak na poziomie piętnastolatka, porównania i podejście do spraw erotyki jak trzynastolatek, zgroza "pocałowała go prosto w usta". Już nic nie napiszę o podejściu do związków, kobiet i seksu.

Sheldon Cooper niestety miał rację, geologia to nie nauka. Wykształcony geolog nie jest w stanie odróżnić szmaragdów od farbowanego na zielono szkła. Co miłośnikom chmielowego trunku daje możliwość niskonakładowych prezentów dla ukochanej kobiety. Stłuc butelkę, ładnie oszlifować i wkleić do taniego pierścionka i oto mamy drogocenny pierścień po babci (się nie wyda, aż do wyceny w lombardzie). Swoją drogą ciekawe ile kobiet nosi dumnie swoje szklane szmaragdy.

Wierszydła to osobna kategoria w tym "dziele". Uczęszczałem do technicznej szkoły ale uwierzcie, że poezja wydrapana w męskich toaletach, była znacznie wyższych lotów. Najlepiej (zwłaszcza jedną z fraszek) zobrazowałby znany rysunek Andrzeja Mleczki (ale w dobie praw autorskich i pokrewnych nie chce mi się ubiegać o zezwolenie na jego zamieszczenie) jak chcecie zobaczyć wpiszcie w wyszukiwarkę "obywatelu nie (tu nazwa ostrej przyprawy w postaci małych czarnych ziarenek, dodawana do wszystkiego, może poza bitą śmietaną, świeżo zmielona) bez sensu". Szkoda, że autor go nie widział.

Tak się już od dawna nie pisze, o ile kiedykolwiek się tak pisało. Wtórne, bzdurne, ciężkostrawne i zwyczajnie nudne "dzieło". Choć w dobie kilkudziesięciu szarych ryjów, taki romantyczny (o ile znacie bajkę o romantyku) drań (a jak wiadomo drań kocha bardziej) może się jakimś niedopieszczonym paniom spodobać, ale ja im szczerze nie zazdroszczę. Polecam jako pokutę i jak ktoś się lubi umartwiać 2/10. Swoją drogą, gdzie są ekolodzy jak dochodzi do takiego marnotrawstwa papieru. Autor powinien zasadzić przynajmniej sto drzew na swój koszt.

Andrzej Śliwa "Ryzykant i subtelny urok szmaragdów" wydawca Wydawnictwo Poligraf

10 stycznia 2020

Umysł wymiętoszony

Ostatnio na którymś kanale przypomniał się taki fajny horrorek "Ukryty wymiar" (Event horizon) z 1997 roku. Jeśli nie znacie, to warto zobaczyć (ale lepiej nie czytajcie dalej bo będzie spojler, przejdźcie zatem do następnego akapitu), a tym którzy znają, tak tylko z lekka przypomnę. Wyprawa ratunkowa dociera do zaginionego siedem lat wcześniej super nowoczesnego statku Event horizon. Statek miał eksperymentalny napęd grawitacyjny, który pozwalał na pokonanie prędkości światła poprzez przeniesienie statku do innego wymiaru. Tyle że ten inny wymiar okazał się iście piekielnym zjawiskiem, które zlikwidowało załogę i ożywiło statek. A ten wrócił coby zapolować na jeszcze kilku ludziów. Czemu wspominam o tym filmie albowiem autor dziś opisywanego dzieła również stworzył iście piekielne warunki swoim bohaterom. I wcale nie powiem, pomysł był niegłupi ale coś nie pykło, jak z tym napędem grawitacyjnym, nie wiem czy autorowi zabrakło odwagi czy fantazji.

Uwielbiam czytać blurby, oczywiście po przeczytaniu samej książki, zazwyczaj jest to humorystyczny dodatek. Nie inaczej jest w tym przypadku. Trzy blogerki (których blogi będę omijał szerokim łukiem) wywaliły tak piękne laurki, że można dostać cukrzycy od samego patrzenia na te ich wypociny. Gorsze jest to, że dwie z nich na sto procent nie przeczytały tej powieści, co do trzeciej mam tylko podejrzenia, bo jej laurka jest tak ogólnikowa, że po zmianie tytułu można to przypiąć do każdej książki. Skąd mam pewność, że nie czytały.

Gdyby przeczytały do wiedziałby, że tyłówka i pierwsze sto osiemdziesiąt stron tego dzieła to tylko wstęp, a całość ma zupełnie inny wydźwięk. Ja też na początku chciałem swoją opinie zatytułować "Dziesięciu murzynków"  (Ten little niggers) (choć w dobie poprawności politycznej powinienem podać tytuł neutralny czyli "I nie było już nikogo" ale kim ja jestem żebym Agathe poprawiał). Ale ta książka jest jakieś 40 lat świetlnych za "murzynkami" (swoją drogą uwielbiam murzynka zwłaszcza przy dobrym kryminale i z kubkiem kakao, oczywiście jak to u mnie, przesłodzonego). Więc o czym to jest? I tu właśnie pojawia się problem, nie wiem. Miało być o zniewoleniu i wyzwoleniu (chyba), a w sumie to się jakoś tak rozlazło po kontach okrągłego statku kosmicznego. Zapomniałem wspomnieć, że jedna z laurkotwórczyń nazwała międzyukładowy statek kosmiczny: promem. Już byście wzięli kogoś z jakąś choć ogólną wiedzą w temacie. Ale nie ma się co dziwić, jak sam autor nie ustrzegł się dość poważnych błędów.

Co zrobi grupa kryminalistów różnej maści, jak się ich zostawi bez dozoru w jakimś pomieszczeniu. Zwłaszcza, że dobrze wiedzą, że nie są załogą ale towarem przewożonym w ładowni. Postara się wykombinować jak zwiać. O ile ciężko jest zwiać ze statku kosmicznego, bo próżnią się ciężko oddycha, to zawsze można zwiać statkiem. Ale ze statku też można było, bo był na nim prom (to taki statek do krótkich podróży). Przez trzydzieści lat można plastikowym (ależ ja dziś niepoprawny politycznie jestem no no) widelcem czołg rozkręcić na części, a co tu pisać o tak skomplikowanym tworze jak statek kosmiczny. W nieważkości nie da się biegać panie autorze, no nie ma sposobu na to. Można coś na kształt biegu uprawiać ale trzeba być bardzo mocno i dokładnie przypiętym do bieżni i to w taki sposób aby uniemożliwić wykonywanie salt (bo akurat wykonywanie nieskoordynowanych salt w nieważkości jest bardzo proste), A jakby się pan choć trochę zainteresował, poczytał dostępną literaturę, pooglądał co tam w kosmosie piszczy (choć teoretycznie nie powinno, bo dźwięk się w próżni kosmicznej ciężko niesie, może temu że nie ma za bardzo na czym) to wiedziałby pan jeszcze jedno. Po czterech miesiącach w nieważkości, jakiekolwiek próby eksploracji jakiejkolwiek planety, a już zwłaszcza planety o ciążeniu prawie półtora G, są awykonalne. Astronauci po powrocie na naszą planetę mają problemy z poruszaniem się, a tu jest tylko 1 wielkie G. Co się stało z ogrodem, rośliny w nieważkości kompletnie głupieją, nie ma zielonym do góry, bo nie za bardzo wiadomo gdzie jest góra. Skąd kurz w nieużywanej części statku? I kilka mniejszych i drobniejszych potknięć ale to pomińmy.

Ale autor jest chyba jeszcze dość młodym człowiekiem ma czas się poprawić. Nie wyrósł jeszcze z idealizmu (to taki chorobowy stan przejściowy pomiędzy młodością, a dostrzeżeniem w co się tu gra) o czym świadczy zakończenie (chyba najgorsza część tej powieści). A mogło być tak pięknie, bo pomysł niegłupi. Stanowczo za długi i zupełnie niepotrzebny ten brutalny wstęp, który właściwie nie ma dalszego ciągu ani większego wpływu na drugą część powieści. Którą to właśnie z chęcią przeczytałbym bardziej rozwiniętą, a nie tylko te kilka ostatnich dni. Serio, odkrywanie i eksploracja obcej cywilizacji znacznie bardziej ciekawi niźli nieporadność i mordercze skłonności naszej własnej rasy. Co się stanie z naukowcami wiadomo było, zaś zupełnie nie wiem co stało się z dwoma przestępcami, którzy uczestniczyli w kontakcie trzeciego stopnia, co z nimi panie Struno? Gdzie się podziały ich umysły wyzwolone?

Myśląc o wolności, myślimy raczej o wolności naszego ciała niż umysłu. Może rzeczywiście ograniczanie wolności poprzez wsadzanie przestępców za kratki, to jakaś aberracja. Toż ciało jest tylko narzędziem jak nóż czy pistolet. Może właśnie należałoby zamykać umysł. Odciąć go od możliwości sterowania ciałem, a ciału pozostawić tylko podstawowe funkcje, aby mogło zarabiać na siebie jako prosty robotnik przy nieskomplikowanych pracach. Jest to jakaś myśl, tylko czy aby na pewno moja własna?

To mogło być fajne, to się całkiem dobrze czytało miejscami, mimo tych błędów, ale czegoś zabrakło jak przypraw w chili con carne. Wszystko zostało jakoś tak wymemłane, rozwleczone, nieostre i jeszcze to tragicznie idealistyczne zakończenie. Nie, to nie tak być winno, a może tylko ja jakiś taki niedomyślny ale jestem na nie i dam tylko 5/10 i ciężko mi to polecić, bo nie za bardzo wiem komu mógłbym.

Tym razem podziękowania na końcu. Na kanapie bardzo dziękuję za zaufanie, zaś wydawnictwu Novae Res za udostępnienie książki (mam nadzieję, że nie zrazi Was zła recenzja, a da asumpt do wnikliwszej oceny wydawanej powieści).

Edward Strun "Nadir" wydało Wydawnictwo Novae Res

24 grudnia 2019

Takie proste życzenia

Ciężko dziś będzie z powodu zachmurzenia o pierwszą gwiazdkę zatem służę Syriuszem


Można już zasiąść do wieczerzy, która spełni wasze oczekiwania kulinarne i doda sił. Przełamiecie się opłatkiem.
Wygarnijcie prezenty spod choinki, przytulcie tych może nieświętych mikołajów (nawet jeśli nie o takich prezentach marzyliście). Zaśpiewajcie (wiem z autopsji, że nie każdemu jest dane ale choć spróbujcie) kolędy (albo jakieś fajne piosenki byle razem) i cieszcie się świętami :)
Tylko proszę nie bądźcie po świętach jak ten tu, bo zaraz sylwester.

11 grudnia 2019

Na wysokich stanowiskach czyny są nie te...

Gdzie tedy idą podatników pieniądze
Urzędowa grabież najbardziej jest nęcąca

Książkę otrzymałem od portalu Na kanapie dzięki wydawnictwu Uroboros, należącego do Grupy Wydawniczej Foksal. Dziękuje portalowi za zaufanie, zaś wydawnictwu za udostępnienie swojej książki.

Tak się toczą losy niezbadanie
Nie wiesz kim się stanie, co się komu stanie

Kilka lat temu napisałem recenzję filmu Godzilla. Zastanawiacie się zapewne co może mieć wspólnego film o japońskim potworze z książką o jeszcze nie wielkim admirale, z uniwersum Gwiezdnych Wojen, Thrawnie. Tak w jednym jak i w drugiej niewiele jest tytułowego bohatera. Jaki zatem tytuł powinna nosić książka, moim zdaniem "Arihnda Pryce", tylko kto kupiłby książkę pod takim tytułem, nawet jakby dużymi literami nad tym nazwiskiem było napisane STAR WARS?

Podobno pochodził z niedalekiej gminy
Pokrewnej klimatem Krainie Wiecznej Zimy

Moja historia z Gwiezdnymi zaczęła się bodajże w 79, już nie wspomnę dokładnie albowiem młody podówczas byłem. Po seansie w kinie Relax wstąpiła we mnie nowa nadzieja, że oto zaczęto kręcić filmy dla fprefecta. Choć historyjka była do bólu naiwna, ale jej realizacja, to było to co fprefecty lubią najbardziej. Potem cenzura pochyliła się nad Imperium i groziło, że kontratak się w Polsce nie powiedzie. Na szczęście w klubie studenckim odbyły się trzy seanse. Na dużym (w tamtych czasach to był serio duży telewizor) kineskopie, z kasety wideo z amatorskim tłumaczeniem, dla kilkudziesięciu wybrańców, otworzyły się podwoje mocy dotąd niedostępnej. Byłem na pierwszym z tych trzech seansów.

Polityka to tarzanie się w błocie
I każdy się musi ubrudzić

Dlaczego w tej książce poznajemy życie Arihndy, nie wiem może tak miało być? Nie mówię też, że to nie jest ciekawe tylko nie o tym miała być ta powieść. Poznajemy jej szczęśliwe dzieciństwo i młodość na Lothal. Marzenia aby się wyrwać gdzieś, do stolicy pojechać, świata kawałek zwiedzić. Następnie dane jest nam śledzić jej karierę w politycznym światku Imperium, aż do objęcia stanowiska gubernatora na rodzinnej planecie. I o przejściu na ciemną stronę mocy.

Tylko tyle i aż tyle nam wiedzieć jest dane
Niekiedy tylko coś więcej powiedziane

A czego dowiadujemy się o Mitth'raw'nuruodo. Tyle że od razu został porucznikiem, czy kapitanem, może komandorem, chyba komodorem, raczej admirałem i to nawet całkiem wielkim. Cały czas mając u boku wiernego Sancho Pansa adiutanta. Oraz całego festiwalu chciejstwa, ale wspomnę tylko o jednym coby spojlerów za dużo nie robić. Jakimś dziwnym i niewytłumaczalnym sposobem Thrawn zainteresował się robotami bojowymi z czasów wojen klonów. Kupił i wyremontował dwa droidy i jakimś takim przedziwnym zrządzeniem losu, okazały się potrzebne w celu ukończenia misji. Przypadek, nie sądzę.

Jeden zrobił karierę na niwie państwowej
Drugi stał się łowcą nagród jedynie

Timothy Zahn jest całkiem niezłym pisarzem, może nie artystą ale rzemieślnikiem i to dobrym. To co pisze z własnej inicjatywy nie jest złe, a nawet potrafi zdobywać nagrody jak choćby Hugo za opowiadanie Cascade point. Jako pisarz do wynajęcia też sobie radzi całkiem nieźle. Każdemu jednak może się przydarzyć skucha. Książka w sumie nie jest zła, dobrze i szybko się czyta, tylko jak już wcześniej wspomniałem jest nie na temat. To mogłoby być całkiem fajne opowiadanie o Prycach i ich życiu w Imperium. Ale mamy co mamy, czyli ciut rozwleczoną opowieść o pannie Arhindzie, przetykaną gdzieniegdzie wstawkami o Thrawnie.

Można było się spodziewać, że to pan, Komandorze
Tarkin to zrobił, hary,hary
Można było się spodziewać, że to pana, Komandorze
Tarkin to dzieło

Czytając to dzieło człowiek się zastanawia jak właściwie to całe Imperium przetrwało te dwadzieścia lat, zanim Luke nie dorósł. Palpatine jedynie siedzi na czarnym tronie i zajmuje się przydomowym ogródkiem. Vader ugania się po odległej galaktyce za Obi-Wan Kenobim, który w tym czasie na Tatooinie pilnuje Luka. Większość dowódców to kompletni lub zwykli idioci nie radzący sobie z dowodzeniem, na dokładkę skutecznie zastraszani, na tle których człowiek lub Chiss o przeciętnej inteligencji, zdawać się może geniuszem. Przeciętny garnek nie jest w stanie trafić z blastera w stodołę. Wszyscy politycy są skorumpowani, źli, wredni i niezbyt rozgarnięci. Jedynie właśnie Wielki Moff Wilhuff Tarkin zdaje się być osobą utrzymującą to całe imperialne badziewie w kupie. Zresztą zaraz po jego śmierci wszystko się ostatecznie sypie ale to dopiero w Powrocie Jedi.

I nikt złego słowa nie piśnie
Nawet przed obliczem senatu 

Jak dla mnie to takie 6/10. Może jakby to nieco odchudzić i dać odpowiedni tytuł to skłonny byłbym dołożyć jeden punkt.


Timothy Zahn "Star Wars. Thrawn" tyt. org. "Thrawn" wydawca Wydawnictwo Uroboros

Kursywą oraz tytuł oczywiście Komandor Tarkin Kazika.

24 listopada 2019

Honorowy hycel Henryk, hardy huncwot, haczy hipopotama hakiem holowniczym hałaśliwej Hondy hybrydowej

Okładka zastępcza
Dzisiejszą pisaninę sponsoruje literka H i cyfra dwanaście (to i tak lepiej niż trzynaście)

Termit: -Gwiazdą dzisiejszego odcinka będzie (szeptu, szeptu) jak to nie będzie, zgasła? Aaaa  gwiazdy w dzisiejszym odcinku nie będzie, za to w kolejnym pojawi się supernova!!!
Zatem już nie czekajmy, już nie zwlekajmy, już zaczynajmy. Nadszedł czas na niemoralny, nielegalny i nieoficjalny, oto przed wami lekko szurnięty madbooks show!
ŁUP!!!
Na scenę, z rusztowania pod napisem, spadł Gorgonzola z trąbką, którego trafił celnie rzucony Kisiel.
Stapler: -Ty ale jak się robi taki kabareton to na początek daje się prawie najlepsze skecz coby ludzie nie zaczęli opuszczać teatru
Wardrob: -Oni wyszli z innego założenia na początek damy coś co jest całkiem drewniane jak Jawor.
S. : - Ale po co?
W. : - Po to, że potem nie może być już dużo gorzej.
S. :- To lepiej nie będzie?
W, : -Ależ będzie dużo lepiej, tylko musisz tym drewnianym klockiem dobrze przycelować, trafiony już nic nie powie.
S. i W. : -He he he he.

T. : -Dzisiaj nasz znakomity szef kuchni Janusz, no i co z tego, że ze Szwecji, przyrządzi suszi!
J. : - Bierze się dowolną rybę, może być Dróżniczka, i się ją suszi za uszi, a jak się pokruszi to zostaje miłe wspomnienie, że zaoszczędzono nam jej jedzenie.

T. : -A teraz miś Fugazi z Białołęcka opowie dowcip o gąsce Balbince przywitajmy go brawami, łuuuu
S. : -Buuu
W. :-Buuu!
F. : -A żeby wam łby powybuchały stare grzyby.
Szuuuu ŁUP!
F. : -Ej no tylko nie w głowę.
W. : -No i co lepiej?
S. : -Dużo lepiej hłe, hłe, hłe.

Sceneria sali tortur w lochach jakiegoś starego zamczyska. Ze sceny wieje trupim odorem i jeszcze czymś gorszym. Na środku sceny Gorgonzola przebrany za hrabiego herbu Kubasiewicz w pozie zadumanej (która w jego wykonaniu bardziej przypomina osobę mającą problem z zatwardzeniem). Wpada miś Fugazi w stroju kamerdynera i z przerażeniem w głosie pyta
F. : -Panie dokąd odeszły cienie?
W. : -A mnie wody odeszły jak się na was patrzę. Hu, hu, hu 
S. : -Cewnik ci wypadł stary durniu. Hi hi hi

Tymczasem za kulisami.
T. : -Zielińska idź do tych dwóch wesołków i im powiedz, że jak się nie uspokoją, to prędzej dwa księżyce na niebie zobaczą i mleczaki im się znowu wyrżną, nim ja ich znów wpuszczę do teatru. Po drugie jak mi drewniak miły wezwę na nich policję. Rzucają czymś z góry. Nie patrzą gdzie to spadnie przecież mogłem się o to potknąć. Jeszcze raz tak zrobią a taki im Hrycyszyn urządzę, że im bąbelki pójdą nosem, a przez tydzień będzie im się wodą morską odbijać i choroby kesonowej dostaną. No leć już. Niech ja jeszcze coś na nich znajdę, to ich tam w tej loży utopię.

I znów na scenie.
T. : -I tak oto proszę szanownej publiczności dotarliśmy do półmetka naszego programu. Teraz przed państwem grupa gimnastyczna z Jadowska koło Wołomina w oryginalnym pokazie Zielona zemsta, czyli o tym jak natura przerabia na wióry tego kto robił wióry z natury. Przywitajmy ich oklaskami Łuuuuu!
"A ja muszę napisać list"
Kochany panie M. nie, nie czarnym wezmę zielony to taki beznadziejny kolor, taaa no to:
Szanowny Panie M.
Jesteśmy niedużym teatrem ale z aspiracjami. Nasze występy emitowane są na cały Picim i okolice. Naszą ekipę nazwałem, tak dla podniesienia morale "hardą hordą"mającą podbić świat, tylko teraz nie wiem po co? Tym programem to się raczej nie uda, może kilka ościennych gmin co najwyżej. Nie pisze, że jest całkiem źle, bo i jest ten szwedzki kucharz Janusz ostatnio eksperymentujący z kuchnią Japońską i całkiem to smacznie i gimnastycy z Jadowska są nieźli, muzycy też robią całkiem niezły hałas, ale na tle całości to nie trudne. Miało być fantastycznie, a najlepszy skecz to nosz Kańtoch wypisał się jednak dalej czarnym thriller jakiś, czy kryminał. nie wezmę czerwony Horror dla trzylatków, bo zwykły kisiel nie przestraszy starszych dzieci. Jakieś fatum nas prześladuje. Upiór w teatrze czy ki duch w maszynie miało być kosmicznie, a jest jak na jakiś Zaduszkach a może jednak niebieskim Czasami już oglądanie na National Geographic jak mrówce z głowy grzyb wyrasta jest ciekawsze czy też podwodna archeologia. Trzeba by wręcz heroicznej fantazji by w tym dostrzec coś fantastycznego. Nie wiem czy podpisanie cyrografu by tu coś pomogło. Dlatego proszę by pan się przyjrzał fachowym okiem czy można to jeszcze uratować, bo nasza dyrektorka artystyczna chyba nie bardzo łapie o co w tym biega. 
Z poważaniem Termit Raduchowska.

T. : -Kurcze co tu taki zaduch, bezduch się zrobił. Gorąco jak w piekle, można by jakiegoś demona przywołać. Klima wysiadła, co?! Jak to miss Piegi wyłączyła, zimno wewnętrzne ją trzęsie, już ja nią potrząsnę. [wchodząc na scenę] Rozgrzali nas ci akrobaci, nie ma co, lecimy dalej. I o to ten, na którego wszyscy czekaliśmy. Gorące oklaski bo o to sam wielki WójtOwicz ŁuuUuuuUuuu! Jezioro łabędzie w jego wykonaniu pozostawia niezacieralne wspomnienia i wręcz niesamowite wrażenia.
S. : -Przy jego tuszy to pewnie i dołki w betonowej scenie.
W. : -To nie będzie przelot ptaka tylko lot wieloryba.
S. : - A jak instalacja nie wytrzyma to wrażenia mogą być piorunujące.
W. : -Byle strop wytrzymał, bo będziemy mieć pierwszy na świecie teatr cabrio.
Tymczasem za kulisami, lekko podrygującymi w takt, czy to muzyki, czy delikatnych, jak muśnięcie cyklonu, kroków tańczącego na scenie wójta.
T. : -Jak tam Gorgonzola twój wiersz o kurze?
G. : -To nie jest wiersz tylko poemat.
T. : -Tak, a ja chyba kupię sobie pistolet i się powieszę. Czytaj co tam spłodziłeś może będziemy mieli coś oryginalnego na scenę.
G. : -"Kurka, kurka, kurka" to tytuł
"Kiedyś gdy zajdziesz w śmierci strony,
znajdziesz zatokę dusz zgubionych.
jest nad zatoką dąb zielony,
drutem kolczastym w ból zmieniony.
W koronie jego mieszka kurka..."
T. : -Dobra, dobra, spokojnie. Twoja poezja z pewnością będzie się podobać, może jeszcze nie w tym stuleciu ale z pewnością, ludzie i nie tylko, będą się bić o tomiki twoich wierszy. Choćby po to by mieć coś na rozpałkę. O, przestała drżeć ziemia, chyba wójt skończył albo się wykończył. Lece.
Po chwili
T. : -UuuuUuu! ludziska zróbcie Hałas, oto dotarliśmy do finału.
S. : -Dożyliśmy.
W. : -Dotrwaliśmy.
T. : -Zapraszam na scenę wszystkich dzisiejszych artystów, pan wójcie może sobie jeszcze poleżeć, oto oni, podziękujmy im brawami. Orkiestra pod dyrekcją, sorki jak się nazywasz, a Nieznaj, orkiestra pod dyrekcją znakomitego perkusisty Nieznaja.
S. : -I nie ponimaju.
W. : -Ale chyba tylko on ma jaja.
W tym momencie przed sceną strzelają ognie rzymskie. Kłęby dymu błyskawicznie zasnuwają scenę i widownię. W dymie błyska ognisty warkocz miss Piegi. Z bocznych drzwi wbiega strażak ochotniczej straży z hydronetką, zalewając rzymskie ognie, aktorów i scenę niekontrolowanym strumieniem wody. Zwarcie, wywołuje potężny rozbłysk wyładowania elektrycznego i wyłączenie korków. Gasną światła, w blasku gasnących fajerwerków, skłębiona masa ciał stara wydostać się z mrocznego pomieszczenia.
Telewidz1 : -Trzeba lecieć i ich ratować.
Telewidz2 : -Daj spokój jutro też jest dzień.
T1 : -Przecież mógł ktoś przeżyć.
T2 : -Chciałeś chyba powiedzieć niestety.
T1 : -Nie no daj spokój, sam musisz przyznać, że dzisiaj było ostro, pełno spięć i napięć.
T2 : -Raczej z pięć na dziesięć.
T1 : -Ja mówiłem, że ... Zresztą nie ważne, chodź nie marudź, w końcu to nasi, nie?
KLIK

"Harda horda" redakcja Joanna Milka wydawca Wydawnictwo Sine Qua Non

ps. Jakiekolwiek podobieństwo osób ukazanych w opinii do osób realnie istniejących jest przypadkowe i niezamierzone, skojarzenia z twórczością ukazaną w opisywanej książce jest jak najbardziej zamierzone i nieprzypadkowe.

16 listopada 2019

Ludziska! Kurde, LECĘ NA MARSA!

Na wojnie, w miłości i jak się zachce czegoś słodkiego wszystkie chwyty są dozwolone. I nie ma przebacz, dwudziesta druga trzydzieści, listopad, leje jak z cerbera i trzeba iść i kupić jak nie ma. A na dokładkę jak się lubi marsy to nic nie poradzisz.
Na tego czerwonego nie polecę, bo: nie jestem Amerykaninem, jestem za stary, za gruby, za głupi, za leniwy i chyba nie mam ochoty. Ba nawet nie jestem Chińczykiem, co mogłoby pomóc, ale też nic z tego.

Ale sporo amerykanów już tam było. Gary Sinise poleciał z Misją na Marsa w towarzystwie Don Cheandle i Val Kilmer w towarzystwie Trinity wybrał się na Czerwoną planetę, nawet Arnold tam jakoś tak bez pamięci poleciał, bo nawet skafandra zapomniał. Zanim tam dotrzemy to aktorzy zadepczą ją całkiem, bo znowu się tam wybrali.

I wszystko szło dobrze kolejna wyprawa na Marsa zakończyłaby się sukcesem gdyby nie nagła i zupełnie niespodziewana burza nie pokrzyżowała planów. W czasie ewakuacji zwiało im jednego załoganta. Nie dość, że zginął to jeszcze wzięli i uznali go za zmarłego, bo przestał pikać. Tyle tylko, że on wcale nie miał ochoty rozstawać się z tamtym światem, trochę co prawda podziurawiony ale przeżył. A amerykanie nie zostawiają swoich, zwłaszcza na czerwonej planecie, jeszcze jakby była w paski albo gwiazdki to może.

Autor zrobił z Watneya takiego Hioba MacGyvera, scenarzysta z Damona raczej tak bardziej Słodowego z takim lekkim Iron Manem na zakończenie. Za to obaj i ten papierowy i ten celuloidowy (kręci się jeszcze na taśmę, bo ja to taki lekko przestarzały jestem) doskonale wiedzieli jak wpuścić Marsa w pyry. A co ty mi tu tak te pyr pyr pyry pyry, a to był Kopyrnik.  

Oczywiście książka i film nieco się od siebie różnią, ale w tym przypadku te różnice są na plus. Film zrobiony toćka w toćkę byłby zbyt ciężko strawny i mało prawdopodobny oraz nieco za długi. W książce nagromadzenie nieszczęść, jakie spotykają Marka, jakoś tak nie razi, a nawet jakby uwiarygadnia całą historię. W filmie spowodowałyby, że widownia pytałaby "może jeszcze je*nij go meteorytem tak dla zasady". Pisarz też starał się podejść do każdego wypadku, czy pomysłu Watneya, bardziej profesjonalnie, gdy film jest bardziej rozrywkowy, na szczęście.

Obie pozycje to niezła rozrywka. O książce mówią, że jest to z humorem i polotem napisany podręcznik "Hodowla ziemniaków w skrajnie niekorzystnych warunkach". I już nie trzeba czekać aż to zekranizują. Obu pozycjom daję osiem, bo świetnie się bawiłem czytając i oglądając.

Andy Weir "Marsjanin" tyt. org. "The Martian" wydawca Wydawnictwo Akurat
"Marsjanin" tyt. org. "The Martian" scen. Drew Goddard reż, Ridley Scott w roli głównej Matt Damon

15 listopada 2019

Na niebie Księżyca sierp, cierp, cierp!

Pięćdziesiąt lat temu dwóch ludzi wylądowało na Srebrnym Globie (ponoć tak na serio jest bury, ale w to to już nikt by nie uwierzył). Tak mówią, czy tak było, są różne teorie w tym głównie spiskowe. Osiem lat później niejaki Peter Hyams nakręcił film "Koziorożec 1" (Capricorn One) [z czystym sumieniem mogę go polecić naprawdę warto zobaczyć] o wyprawie, co prawda na czerwoną planetę ale wszyscy skojarzyli go z teoriami na temat naszego (piszę tu o ludzkości dla której był to ponoć wielki krok) lądowania na Księżycu. Ale nie o tym będzie dziś pisane, dziś dowiemy się co mogłoby być dalej ale nie było.

Warunki na naszym satelicie nie bardzo sprzyjają życiu, jakiemukolwiek, a już zwłaszcza ludzkiemu. Po pierwsze nie ma tam atmosfery. I nie mówię tu bynajmniej o tym co się tworzy na dobrej imprezie lub koncercie, czy też przy czytaniu książki. Tylko o powietrzu, którym choć czasem z trudem (ukłony dla Krakowa) staramy się oddychać. Po drugie nie ma tam wody. No może gdzieś w skałach jest trochę uwięzionej, ale takiej fajnej ciekłej jak w morzu czy w jeziorze, to ni grama. Po trzecie nic do żarcia, nawet macdonalda nie uświadczysz. Po czwarte nie ma pola magnetycznego więc promieniowanie kosmiczne działa tam lepiej niż roentgen na Ziemi. Po czwarte bardzo kiepska grawitacja, ledwo jedna szósta przyciągania ziemskiego. Na szczęście nie ma tam ludzi, zatem konfliktów też nie ma zbyt dużo, co najwyżej z jakimś meteorytem. No a co gdyby jednak byli?

NMDO czyli nie ma darmowych obiadów, taka zasada obowiązywała w powieściach niejakiego Heinleina traktujących o ludzkich koloniach na Lunie. W książce McDonalda wyraźnie czuje się, że autor czytał te powieści i twórczo je rozwinął. Chowańce zaś (nie, nie powiem wam co to) to takie dejmony z Mrocznych materii tylko nie eteryczne, a informatyczne. Zaś sceny seksu, kurde jakbym czytał prawiczka, który się zbyt dużo porno naoglądał.

Nie ma nic za darmo, płacisz za każdy oddech (no dobra pierwsze dziesięć po przylocie jest gratis), krople wody, gram węgla i bit informacji. Ale jak masz pracę nie masz się o co martwić. Gorzej jak nie masz. Plusy są takie, że nie ma policji, a prawo jest takie jakie wynegocjujesz, minusy nie masz gdzie uciec. A poza tym nie myśl, że jesteś nic nie wart, twój mocz i inne wydzieliny ciała są cenne, twoje ciało też.

Wiemy jaki wpływ ma księżyc na naszą planetę. Stabilizuje ją, powoduje pływy oceanów i wzbudza różne emocje. Czasem są to miłosne uniesienia, czasem poetyckie tęsknoty i marzenia, a czasem jest to bezrozumny szał. Ciekawe jaki wpływ na ludzi przebywających na Księżycu może mieć Ziemia w pełni.

Wiadomo są biedni i bogaci jak wszędzie. Poznajemy życie na księżycu od tej jego jasnej i  ciemnej strony. Trochę lepiej poznajemy oczywiście tą bogatą część społeczności. Składa się na nią pięć "rodzin" zwanych smokami, które pomimo bogactwa żrą się między sobą o dominację. I właśnie konflikt narasta.

Książka świetna i zasługuje na co najmniej siedem, ale za to jak autor potraktował mnie jako czytelnika odejmuje mu cały punkt. Jest to pierwszy tom cyklu "Luna" i kończy się w takim momencie, że chcesz czy nie chcesz musisz zdobyć tom drugi, by dowiedzieć się kto przeżył i kto zostanie ostatnim żywym na placu boju jak opadnie księżycowy pył.

Ian McDonald "Luna: Nów" tyt. org. "Luna: New Moon" wydawca Wydawnictwo MAG

02 czerwca 2019

Bilans zysków i strat

Opadł już targowy kurz, a X jubileuszowe WTK przeszły do historii, ale nie poszły w zapomnienie (co to to nie). Niby rozmach był, bo to i kilkuset wystawców, strefa gier, strefa komiksu, strefa fantastyki i wiele wiele innych oraz 80 tysięcy kupujących zwiedzających, a jednocześnie dało się odczuć, że organizator bardzo mocno przyciął koszty. Mało kas, strefa gier upchnięta w jakimś lochu (co prawda miało to swój klimat, ale na płycie miało rozmach). Nie można było jak w latach ubiegłych, wyskoczyć sobie choćby na Francuską (odznaczając się u ochrony), coś przegryźć (bo ceny na stadionie nie są dla normalnych ludzi) bo wejściówki uprawniały tylko do jednego wejścia. Na dokładkę tylko dwa bufety były czynne, żadnego żarłowozu. Czuło się oszczędności na każdym kroku.
Ale to nie ważne, bo to co się zadziało w sobotę, było wielkie. Akcja z półki na półkę organizowana przez Lubimy czytać (bo o nią właśnie chodzi) dzięki wam czytacze była w tym roku kosmiczna. Ja jak zwykle zacząłem już w czwartek, udając się do obsługi coby im przypomnieć, że na sobotę potrzebne będą stoły. W piątek poszedłem się przypomnieć i tak jak najdelikatniej zasugerowałem, że sobota jest już jutro. W sobotę wystartowałem jak rakieta i po 10 minut pięć dotarłem pod salę Amsterdam, w której to akcja miała się odbyć. Lekkie zdziwienie wywołała u mnie, kolejka która już czekała pod salą (od czwartku tam siedzieliście czy jak?), zaś w sali (w co nie uwierzycie) były ustawione stoły. Mogliśmy zatem od razu udać się do wydawnictw po książki. W tym roku i wydawnictw było więcej i szczodrzej sypnęły książkami. A JA ZE SWOJEJ STRONY JAK ZWYKLE NIEZWYKLE JESTEM WAM ZA TO WDZIĘCZNY I BARDZO DZIĘKUJĘ. Zaś to co działo się od dwunastej, to jeszcze tak nie było. Zazwyczaj wystarczała nasza trójka do roznoszenia książek po stołach, i dawaliśmy radę. W tym roku pięć osób roznosiło i ledwo ledwo się wyrabialiśmy. Brakowało miejsca na stołach (i to mimo chomików, które zgarniały całe stosy książek), a końca kolejki widać nie było. Daliście czadu ludziska i było pięknie.
W niedzielę za to, postanowiłem po raz pierwszy zebrać autografy. I może nie byłoby w tym nic dziwnego ale wszystkie dwanaście miały się znaleźć w jednej książce. Chodziło o antologie Harda Horda Hardej Hordy i mi się udało, ba wyrobiłem 108% normy (przodownik pracy).
Albowiem Horda składa się z trzynastu hordzistek. Jak widać na obrazie z pierwszego hardego śniadania, które odbyło się w strefie fantastyki. I ja też tam byłem ale nic nie jadłem (no może poza paroma krówkami) i niewiele piłem. Nic nie trzeba czynić na jego pamiątkę.
Być może smutna wiadomość na koniec. Nie udało mi się uzyskać konkretnej odpowiedzi czy w przyszłym roku będzie stoisko Polskiego Fandomu, ale skądinąd wiem, że mieli  umowę z organizatorem do tego roku. Być może zatem już nie zobaczymy Zajdla na przyszłorocznych targach.
Podsumowując 10 książek, 2 czasopisma, 13 autografów, 0,5 kilograma przypinek i coś koło tego krówek, 3 torby płócienne (publio.pl i Polska Akademia Nauk), kieliszek wina (chyba mi to w krew wejdzie, chlanie wina na targach książki) i piękne wspomnienia jak co roku. Do kolejnych targów zostało 51 tygodni.


23 maja 2019

Czas na targi

Czas jest dość ciekawą rzeczą. Właściwie nie ma przyszłości i przeszłości, jest tylko teraźniejszość (a w każdym bądź razie nic innego nie możemy jeszcze zaobserwować).
No i właśnie teraz mam taki lekki problem z tym czasem. Bo właśnie jutro/dziś/wczoraj pójdę/poszedłem i kupię/kupiłem sobie książkę. Na WTK oczywiście, które się zaczęły/zaczną wczoraj/dziś/jutro, a potem zacznie/zaczął się mój koszmar z czasem. (Piszę to tak, bo właściwie nie wiem jaki teraz jest dzień. Jak tylko wysiądę z tego cholernego niebieskiego pudła, to mam nadzieję, że wszystko się unormuje). Jak to ja zacząłem się szwendać po targowisku próżności, patrząc kto jest, a kogo nie ma (nie ma np. merlina.pl i nie ma krówek [a w każdym bądź razie jest ich znacznie mniej], ani darmowej kawy [to mi akurat zupełnie nie przeszkadza i tak nie lubię kawy] hm ciekawe czemu go nie ma?). Za to poczęstunków było ho ho, ja wlazłem na trzy (u Rumunów, Francuzów i na stoisku Znaku) wszędzie było wino (białe i czerwone) jakieś kanapki, naleśniki, ciastka i desery. Wypas normalnie. A chwilkę później trafiłem przez zupełny przypadek (bo łatwiej czarną dziurę w kosmosie znaleźć) do strefy fantastyki. I się zaczęła moja gehenna z czasem. Najpierw lekko czknęło do przodu i stąd ta zakładka z przyszłorocznych targów. Potem polecieliśmy parę lat w przeszłość i nieopacznie zostawiłem to zdjęcie (na szczęście u siebie w chałupie w albumie). Trochę wyblakło i tu i ówdzie przytarło ale wszystko wyraźnie widać. A teraz siedzę cholera wie gdzie, a jeszcze mniej wiem kiedy i piszę tego posta. Jak to możliwe spytacie, to wam pokażę. Stało sobie to niebieskie

bydle w kąciku, a ja głupi wlazłem pozwiedzać. Wiecie, że w środku jest nieco większe niż na zewnątrz. Trochę mi się zeszło (zwłaszcza przy basenie) oraz na siódmym poziomie w magazynie eksponatów (już nic nie powiem o sali kinowej i jakie i z kiedy można sobie filmy obejrzeć, niestety czas gonił). Biblioteka w tardisie jest niesamowita, nie możecie sobie nawet tego wyobrazić (szkoda że tylko angielskie wydania, ale mino wszystko). Jak w końcu wylazłem, to to właśnie robiło to swoje wziuu i poszło. To ja do doktora coby mnie wypuścił, że ja nie chcę (przecie napisałem, żem głupi).  Ale na moje szczęście/nieszczęście doktor powiedział: NO.

12 czerwca 2018

Cieniutki popisk

Zawsze lubiłem antologie wszelakie, a najbardziej te z krótką formą, opowiadań czy nowel. Oczywiście najbardziej te z działki SF, ale i inne jakie mi się trafiły też z chęcią przeczytałem. Dzięki nim zawsze można było dowiedzieć się co na innych planetach piszczy. Czy to poznać twórczość kilku autorów i nabrać chęci na zaznajomienie się z ich inną twórczością (bądź wręcz przeciwnie) albo też poznać inną stronę już wcześniej poznanego autora powieści. Czy po to je tworzono, nie wiem, mi służyły właśnie do tego celu. Wśród kilkunastu opowiadań trafiały się oczywiście czasem jakieś jedno góra dwa słabsze kawałki ale zazwyczaj też jedna bądź dwie perełki, a pozostałe trzymały bardzo wysoki poziom. Dbali o to redaktorzy, a i pewnikiem sami autorzy. I ta pozycja tego nie zmieni chociaż bardzo się starała.

Nie wiem co przyświecało redaktorowi i autorom tej antologii, bo z całą pewnością nie chęć pozyskania nowych czytelników. Dwa opowiadania z szesnastu, i to nie dlatego, że są dobre, ale na tle pozostałych się czymś wyróżniają. "Trup, którego nie ma" bo choć zabawny czasami i za gumiklyjzy (cokolwiek to jest) oraz "...Że cię nie opuszczę aż do śmierci..." za metafory i przenośnie i opisowość i porównania (bo sam pomysł raczej mocno ograny). Reszta jest słaba, cieniutka, a czasem jeszcze gorsza. Dwóm autorom nie chciało się nawet nic oryginalnego wymyślić, zbyletryzowali jeno rzeczywiste wydarzenia i się pod tym podpisali. Jak mnie nachodzi chęć przeczytania jakiegoś zbyletryzowanego (uwierzcie mi to nie jest błąd ortograficzny czy literówka) utworu, to idę nad kanałek kaczki pokarmić, aż mi przejdzie. I czy trzeba było do tego zatrudniać niejakiego Remigiusza M. czy też Katarzynę P. . Ponoć życie pisze najlepsze scenariusze, a im się udało nawet to spaprać.

Szczerze powiem nie spodziewałem się aż takiego gniota, bo to ponoć piętnastu najlepszych polskich pisarzy tworzyło. Aż boję się pomyśleć co mogliby stworzyć ci gorsi, a może by nas zaskoczyli i tych najlepszych. Ale ta pozycja ma jeden niezaprzeczalny plus, może służyć jako notes do zbierania autografów piętnastu najlepszych polskich autorów (ja mam już jeden). Mogę dać trzy na dziesięć, a i to wydaje mi się na wyrost.