7 października 2016

Trzecich siedmiu

Wszystko zaczął Akira Kurosawa w 1954 roku kręcąc "Siedmiu samurajów". Skrócony z siedmiu do trzech godzin, w wersji kinowej, film odniósł ogromny sukces. I praktycznie z miejsca stał się filmem kultowym.
Nic zatem dziwnego, że amerykańscy producenci filmowi za wszelką cenę dążyli do zdobycia praw do scenariusza. Udało im się to. W 1960 roku reżyser John Sturges kręci western "Siedmiu wspaniałych". Jakie wrażenie zrobiło "Siedmiu samurajów" Kurosawy niech świadczy fakt, że Steve McQueen urwał się z planu serialu "Poszukiwany: żywy lub martwy", żeby zagrać w jego amerykańskiej wersji. Gwiazdorska obsada, świetna adaptacja, znakomita muzyka i film bardzo szybko staje się ikoną westernu.
Mija 56 lat, z japońsko-amerykańskiej czternastki ostał się już tylko jeden żywy wspaniały choć tchórzliwy Lee ( Robert Vaughn), najwyższy czas nakręcić zatem remake.

Mamy więc sprawdzony dwukrotnie scenariusz. Wiemy co i jak, co może się nie udać, sukces jak w banku. A tu niestety zonk. Dostajemy ładnie opakowany, z nośnym tytułem, zwykły szpagetti western bez większego sensu.

Niby mamy bandę złych, niby zbiera się siedmiu (ale czy wspaniałych tu bym się zastanowił), niby mamy biednych i ciemiężonych ale czy tak aby bezbronnych. O ile w dwu pierwszych filmach to miało jako tako ręce i nogi, to tu nic się nie klei. Banda bandzie nie równa. Po wojnach lub innych zawieruchach zbrojnych, zawsze pozostawały grupy nie potrafiące lub nie chcące się przystosować do pokojowej egzystencji. Przemieszczające się, rabujące, mordujące opornych, były ciężkie do namierzenia i zlikwidowania. Tu mamy osiadłą grupę rzezimieszków, ze znanym przywódcą, osiadłym w mieście pod znanym adresem. Jakby, który z tych siedmiu mało wspaniałych pomyślał, to najsampierw pojechaliby załatwić szefa, a potem wytłuc resztę pozbawionej głowy bandy. Zamiast tego, martyrologicznie poświęcają życie połowy mieszkańców i swoje, na zupełnie zbędną wojnę z rozjuszonym szefunciem, któremu jeszcze wspaniałomyślnie dają kilka dni na zebranie armii. O ile japońscy chłopi rzeczywiście nie potrafili walczyć, ba nie wolno im było tego robić. Meksykańscy peoni też nie byli obyci z bronią palną, a ponadto nie za bardzo ich było na nią stać. To w to, że mieszkańcy miasteczka na dzikim zachodzie, zaraz po wojnie secesyjnej nie potrafili posługiwać się bronią nie jestem w stanie uwierzyć. Może nie byli to rewolwerowcy ale karabinem na pewno potrafili się posługiwać.
I tak oto ze znakomitego pomysłu Kurosawy, Oguni i Hashimoto , wspaniale przeniesionego na amerykańsko-meksykański grunt przez Bernsteina, Newmana i Robertsa zrobiono ciężko strawną papkę pełną martyrologii i patosu i kalek (w obu znaczeniach tego słowa).

Czemu zatem 6 za takiego gniota. Bo zrobiono go bardzo dobrze i to pomimo political correctness. Świetne zdjęcia, znakomite strzelaniny, czego chcieć więcej od spaghetti westernu. Ale klasykiem, a tym bardziej kultowym, to ten film nie będzie i to mimo znakomitej gry Washingtona.
Film obejrzałem dzięki filmweb.pl w trakcie Filmweb offline 2016.

"Siedmiu wspaniałych" tyt. org. "The Magnificent Seven" scen. Nic Pizzolatto i Richard Wenk reż. Antoine Fuqua w rolach głównych siedmiu (mało)wspaniałych

30 września 2016

Jem popcorn, popijam kolą a tu jak nie przyp...

Dwudziestego kwietnia 2010 roku około godziny 22 na pływającej (czyli nie przybitej do dna) platformie poszukiwawczej Deepwater Horizon dochodzi do eksplozji i pożaru. I jest to początek największej katastrofy ekologicznej. Do oceanu wycieka 666000 ton ropy (dość ciekawa liczba ]:->), a jedna kropla tego surowca jest w stanie zanieczyścić ponoć 1 metr sześcienny wody (1000 litrów, dwumetrowa wanna napełniona po brzeżek to zaledwie 400 litrów).

Jak do tego doszło, mimo zabezpieczeń, czujników, ostrożności(!), testów(!), atestów, nowoczesnych rozwiązań(!), wyszkolonej i zgranej kadry?

Wchodzący na ekrany Żywioł, jest takim wysokobudżetowym second to disaser. Opowiada o ostatnim dniu pracy na Deepwater Horizon i czemu, pomimo zabezpieczeń, nie udało się uniknąć następującej po zniszczeniu platformy, katastrofy ekologicznej.

I wszystko pięknie i ładnie, film pokazuje co doprowadziło do wybuchu. Potem jakoś przestałem ogarniać, o co chodzi? Ja rozumiem, że ludzie pracujący w ekstremalnych warunkach są dość specyficzną częścią społeczeństwa. Mimo tego jakoś nie mogę uwierzyć, że gdy wszystko się wali i stoi w płomieniach, a jeszcze na dokładkę w każdej chwili może zatonąć, to nie zwycięży u nich instynktowna potrzeba ucieczki. Ale to amerykańscy poszukiwacze, pionierzy, więc trzeba ich siłą było wpychać do szalup, nawet tych rannych. Ten hamerykański patos zaczyna mi się powoli przejadać.

Film rozkręcający się, początek taki zwyczajny. Dzwonią budziki, ludziska myją zęby, jedzą śniadanie, nic się nie dzieje, nuda. Potem coraz szybciej, ostrzej, John Malkovich jak zwykle świetny, dziwniej i na koniec BUM. I jest to bum bardzo ładnie zrobione, przekonująco.

Film dobrze zrobiony. Aktorzy dobrze dobrani i prowadzeni. Niepotrzebne ujęcia z tego co się dzieje w rurze, bo i tak nie wiesz na co patrzysz. Nie wiem czy dobrze ukazuje, życie i pracę na platformie, bo nigdy na takim czymś nie byłem, ale mnie przekonało, że nie bardzo się nadaję do tej roboty. Reasumując: porządnie zrobiony paradokument. Choć jakby się kończył na erupcji ropy, bez erupcji bohaterstwa, byłby jeszcze lepszy. Dam 7/10.
Film obejrzałem dzięki filmweb.pl w trakcie Filmweb offline 2016.

"Żywioł. Deepwater Horizon" tyt. org. "Deepwater Horizon" scen. Matthew Michael Camahan, Matthew Sand reż. Peter Berg w rolach głównych  Mark Wahlberg i Kurt Russell

18 lipca 2016

Przysypianie na Manhattanie

Zaczynam się zastanawiać po co chodzi się do kina? Nie wiem jak wy, ale ja kiedyś byłem kinomanem (to trochę podobne do bycia narkomanem, tyle że nie wygląda się jak nieświeże zombi i można prowadzić samochód). Oglądałem wszystko, raz nawet "Kamienne tablice" i było fajnie. Raz zdarzyło mi się wyjść z kina (serio tylko raz), raz przysnąłem i raz z nudów grałem sobie na jakimś gameboju lub czymś podobnym. Teraz nie dość, że większość osób znajdujących się w kinie, myli sale kinową z restauracją czy domem publicznym na literę "b" (bynajmniej nie o bibliotekę mi chodzi), lub też z budką telefoniczną czy klubem dyskusyjnym, to na dokładkę z ekranu wieje nudą lub (oprócz efektów CGI i pirotechnicznych) kompletnie niczym.

Ale ja tu o filmie miałem pisać, a nie wylewać gorzkie żale nad kondycją kina. Trafił mi się thriller. To znaczy na FW jest tak opisany, bo ja byłem na kryminałku chyba miał być psychologiczny, ale ja jakoś głębi nie odczułem. Dobrze zapowiadający się dziennikarz śledczy Porter Wren (Adrien Brody), kończy jako dziennikarska hiena, krążąca od wypadku do tragedii, aby wyrwać z piersi ofiar, parujące jeszcze serce i pokazać je w swojej gazecie. Ale o to, zostaje wciągnięty, z jednej strony seksualnie (tu w roli femme fatale Yvonne Strahovski), z drugiej dość brutalnie, do akcji  poszukiwania "zaginionej arki", znaczy się filmu, który się niechcąco-chętnie nakręcił był.

Tu może by lekki spojler, jeśli nie widziałeś, a musisz obejrzeć, to omiń ten akapit. Cała intryga związana z ową produkcją filmową, jak i wątki poboczne dziejące się w trakcie poszukiwań, zszyte są tak wątłą nicią, że za jej pomocą można by przywiązać do nabrzeża średniej wielkości transatlantyk. Zupełnie niezrozumiały jest powód, dla którego jest on tak poszukiwany. W latach 90 znacznie gorsze filmy nikogo już nie szokowały, zaś ten mógł "czarnemu charakterowi" wręcz przysporzyć sympatii i poprawić jego medialny wizerunek. O ile lekki szantaż (jakiemu został poddany Wren) jeszcze rozumiem, to pobicia i napaści na dom nie mogę pojąć. Działania kobiety fatalnej, w tej sytuacji, miały już chyba służyć tylko temu aby Yvonne pokazać nago (nie wiem co prawda czy to jej ciało czy ciało dublerki, ale widok jest bardzo miły dla oka). Infantylne zachowania, zmarłego tragicznie męża Yvonne, wydają się być w tym towarzystwie całkiem racjonalne.

O ile aktorzy drugoplanowi byli dobrzy w tym co robili i Strahovski też podołała roli, to Adrien, moim zdaniem poległ na całej linii. Nie wiem czy to wina złego prowadzenia przez reżysera, czy aktor źle sobie wyobraził osobę dziennikarza, ale mnie nie przekonał, był do bólu sztuczny, wręcz groteskowy, co mnie dziwi, bo widziałem go w kilku filmach i dobrze odgrywał swoje role.

Nie wiem jak książka, ale film był zbytnio rozwleczony. Momentami wiało taką nudą z ekranu, że siłą woli powstrzymywałem się jeno przed przysypianiem. Swobodnie można go byłoby upchnąć w 90, a może nawet w osiemdziesięciu minutach. Moja ocena to 4/10.

"Tajemnice Manhattanu" tyt. org. "Manhattan nocturne" scen. i reż. Brian DeCubellis w rolach głównych Adrien Brody i Yvonne Strahovski

4 lipca 2016

Czwarty lipca dzień nieobecności w zoolandzie

Będę się streszczał i w jednej lokacji aż o trzech filmach będzie. Czemu tak? Bo o dwóch nie ma wiele do opowiedzenia, to po co zajmować posta kilkoma literkami. Krótko będzie o "Dniu Niepodległości: Odrodzenie" i o "Obecności 2", za to trochę więcej napisze o "Zwierzogrodzie".

Najpierw o dniu dzisiejszym. Dwadzieścia lat temu nazad napadli nas obcy i chcieli podbić. Ale niechcący ich pokonali dzielni i niezwykle bohaterscy amerykanie. Od tamtej pory szykujemy się (bośmy się zjednoczyli) na ich powrót. I o to nadszedł ten czas, przybyli ale ich pokonaliśmy i to jednym strzałem. I co koniec, nic z tych rzeczy, tych których rozwaliliśmy przybyli z pomocą, Ci niedobrzy przybyli i naszą obronę rozwalili i znów wzięli się za podbój. Na szczęście, dzięki Jeffowi Goldblumowi, bratu Thora, filmowemu synowi Willa Smitha  (na samego Willa nie starczyło kasy), zdezelowanemu byłemu prezydentowi oraz białej kulce z wizjerem, znowu udaje się pokonać obcych z obaleniem ich królowej włącznie. Kolejna część, lecimy z imprezą do obcych. Oczywiście efekty niesamowite, ale za taką kasę (i jak się zaoszczędziło na Willu) można sobie pozwolić, szkoda że nic poza tym. Ani w tym sensu, ani suspensu, zwykła buta. smuta i poruta. 4/10 za efekty. 

Obecności pierwszej nie widziałem. Nie żałuję. Obecność dwa już niestety tak. Na szczęście miałem darmowy bilet, ale i jego nieco szkoda. Nie powiem zrealizowany dobrze, tyle tylko, że to nie jest horror, a zwykły screamer. Żadnego klimatu grozy, tylko wyskakujący zza kadru, zza pleców, z wrzaskiem stwór. Za pierwszym razem może przestraszyć, za drugim już tylko irytuje. Zobaczyć za to można Brexit przed Brentry i jak się w niej dobrze żyło zwykłym ludziom. Też nie więcej niż 4/10.

No i na zakończenie film, który mi się spodobał. Uprzedzę antyfeministów coby mi się tu nie wpisywali ze swoimi żalami (że to niemożliwe, że samiczki królików są wyjątkowo...). Biologów też uprasza się o nie molestowanie (ja tam jestem ciekaw czy wyjdą im rude króliczki z kitami czy puchate lisiątko ze słuchami, trzeszczami i omykiem). Zwierzogród (bo o nim tu mowa) czyli lis i króliczka na tropie. Film bajecznie kolorowy, słodki włap cukierkowy (ale Disney zdążył już nas do tego przyzwyczaić), pomysłowy (połączenie światów małych gryzoni i największych ssaków, z tymi różnym pośrednimi stanami powala), antropomorficzny i taki "nieludzki". Można by się czepić, że stereotypowy (do bólu, tchórzliwe i redneckowe króliki, sprytne i wyszczekane lisy i fenki, pamiętliwe słonie, głupie jak but gnu, nieczułe byki, itd. itp.), ale bojowym gliniarzem jest króliczka, szefem mafii kret, lis jest co prawda cwaniakiem ale zmusiło go do tego stereotypowe patrzenie na lisy, barany nie są głupie i wraz z owcą kombinują nieźle, zaś Shakira jest gazelą. Film dla dzieci od lat tzech do stfu (kurde sztuczna szczęka mi wypadła). Scena..... w urzędzie........ komunikacji,...... mordercza :) A ja sobie jeszcze raz obejrzę, a co. 8/10 za wystawienie około trzystu mandatów.  

"Dzień Niepodległości: Odrodzenie" tyt. org. "Independence Day: Resurgence" scen. James A. Woods, Nicolas Wright, Dean Devlin, Roland Emmerich, James Vanderbilt reż. Roland Emmerich w rolach głównych obcy

"Obecność 2" tyt. org. "The conjuring 2: The enfield poltergeis" scen. Carey Hayes, Chad Hayes, David Johnson, James Wan reż. James Wan w głównych rolach Madison Wolfe i szatan

"Zwierzogród" tyt. org. "Zootopia" scen. Jared Bush, Phil Johnston reż. Byron Howard, Rich Moore w rolach głównych Judy Hopps (króliczka) i Nick Wilde (lis)

7 czerwca 2016

Dziewczyna w ciągu

Kiedyś dawno temu, mój wówczas dobry kolega, powiedział o napojach energetycznych, że to głównie marketing i landrynki w płynie. O tej pozycji można tylko tyle powiedzieć, że landrynki się skończyły pozostał sam marketing.

Cieniutkie i bynajmniej nie chodzi o ilość stron, płyciutkie czytadełko. Ja chyba za dużo książek już przeczytałem, żeby akurat ta pozycja zrobiła na mnie jakieś większe wrażenie. Ot taki kryminałek (bo thrillerem i to na dokładkę psychologicznym nawet za duże pieniądze bym tego nie nazwał, wstydziłbym się) z banalnym zakończeniem. Nawet użyta na koniec broń nie zaskoczyła. Ale jest coś co mnie jednak zdziwiło.

Tu tych, którzy muszą to coś przeczytać, nie wierząc w słowo pisane przez fprefecta, uprasza się o nie czytanie tego akapitu, jest to bowiem spojler (proszę przejść do ostatniej części tej niewydarzonej opinii).
Wytłumaczcie mi, o ile zdołacie, jak wbity płytko w szyję korkociąg, zdołał w jednej chwili powalić chłopa. Nadmienię, że korkociąg został wbity przez pobitą, chwilę wcześniej, do nieprzytomności, niewysoką w dodatku lekko utytą kobietę. Szyja zaś należała do dużego, nabuzowanego złością i adrenaliną, lekko znieczulonego alkoholem, zdrowego (choć psychicznie, to raczej nie) faceta. Oczywiście można to zrobić, trzeba jednak być silnym, mniej-więcej równego wzrostu i obznajomionym z anatomią człowiekiem. Wystarczy go wbić między kręgi i przerwać rdzeń kręgowy, jest to trudne ale nie niemożliwe, tylko trzeba stać raczej za ofiarą. Od przodka zostają nam tętnice szyjne i gardło, tyle że z dalszej treści książki wynika, że i te elementy zostały uszkodzone dopiero później. Jest to, jakby nie było, clou całego tego dreszczowca zatem przynajmniej ono mogłoby być wiarygodne, ale jak dla mnie, nie jest. Reszta też tak dość mocno naciągana.

Czytając zaś tyłówkę i to co napisał o owym dziele King mam kilka spostrzeżeń. Nie wiem kim jest Lisa Gardner ale jak dla mnie jest kretynką. Nie wiem kim jest Terry Hayes i nie chce wiedzieć, ale on na pewno nie wie kim był Alfred Hitchcock i powinien swoją wiedzę uzupełnić. Zaś co do Tess Gerritsen i Stephena King'a to może wiecie jaki jest dobry rozpuszczalnik (który nie uszkodziłby okładki oczywiście) do tych cyjanopanów czy cyjanoakryli i innych klejów szybkoschnących. Jak im znowu dzieci czy wnuki, wysmarują klejem okładkę dla żartu, to żeby mogli się w miarę szybko i łagodnie oderwać, a nie męczyć się całą noc z takim badziewiem.

Jak dla mnie 4/10 to aż nad to.

Paula Hawkins "Dziewczyna z pociągu" tyt. org. "The girl on the train" Wydawca Świat Książki Sp.z o.o. 2015  

26 maja 2016

Targi mną targnęły

Ooo tak. Musiałem nieco ochłonąć coby sobie biedy jakoweś, pisząc w nerwie, nie napytać.

Dziwne to były targi (dla mnie) nieco smutne, nieco magiczne i bardzo ale to bardzo szczęśliwe. Zdobyłem dziewięć nowych książek, które kosztowały mnie dwadzieścia dwa złote i z litr potu. Wszedłem też w posiadanie trzydziestu eboków  (i będę tak pisał bo mi łatwiej) oraz (i tu fanfary) czytnika do nich (hura) i to wszystko za darmochę.

Czemu smutno, bo po raz pierwszy nie było stoiska LC. Wszystko co z niego zostało, to pięć leżaków i stolik (które i tak zwinęliśmy w sobotę po akcji półkowej). Nie było gdzie pogadać, wygrać książki (może miałbym dziesięć), czy jak ktoś przy forsie to kupić sobie jakiegoś gadżeta lub koszulkę. Tak nas lcmaniaków to nasze LC osierociło.

Czemu magiczne i szczęśliwe. Ha, najsampierw była jak co roku (choć nie jak do tej pory w niedzielę tylko w sobotę) akcja z półki na półkę. W której to, jak zwykle brałem udział jako noszący i donoszący książki. Jeszcze zanim się zaczęło dla wszystkich, to słabo kontrolowane szaleństwo, wasz blogopis zdźwigał się jak dziki osioł coby z wydawnictw biorących udział w tej edycji, przytargać książki na płytę. Sam też przyniosłem z domu, ponad trzydzieści tytułów (większość została zabrana i oby się dobrze czytały). A potem na okrągło przez godzinę nosiłem to co wy przytargaliście. Jak zwykle staraliście się mnie rozdeptać, wgnieść w stolik, a jedna (na szczęście, że tylko jedna) osoba niemalże wskoczyła mi na plecy, rzucając się w celu zdobycia jakiejś książki, którą akurat przyniosłem i położyłem na stoliku. Z akcji miałem sześć książek (przepraszam, że wziąłem jedną ponad przysługującą normę ale w tym roku naprawdę było ostro i szybko i tak jakoś w tym biegu i zmęczeniu wyszło nieładnie, jeszcze raz przepraszam), a dwie podebrałem z tego czym wzgardziliście i pozostawiliście na stołach. Potem jeszcze szybko musieliśmy się zebrać i zabrać z płyty, coby zrobić miejsce na kolejne akcje. I teraz zaczyna się magia. Z wiedźmą (inaczej jej już teraz nie nazwę i nie jest to pejoratywne określenie, wiedźma  to osoba, która ma wiedzę o rzeczach wykraczających poza nasze możliwości postrzegania) jedną z wolontariuszek ruszyliśmy aby wziąć udział w konkursach organizowanych przez publio.pl i PocketBook. Można w nich było wygrać czytnik PocketBook Touch Lux 3. Konkursy były dwa, jeden polegał na napisaniu z podanych słów opowiadanka, zaś drugi to była zwykła wykreślanka. Owa wiedźma stwierdziła, że pierwszy wygrywa ona, zaś w tym drugim wygram ja. I co, i dokładnie tak było. Przychodzimy na pierwszy finał, gdzie na widok zgromadzonych chętnych rzekła (czym mnie urzekła) "po coście tu ludzie przyszli, to mój czytnik" i właśnie jej opowiadanie zostało nagrodzone, po czym powiedziała "a teraz siedź i czekaj, w drugim konkursie wygrasz ty". Co miałem robić, usiadłem i czekałem, trzy godziny później stałem się właścicielem ślicznego, małego czytnika. No i powiedźcie, nie wiedźma?

Co do akcji. Macie do nas pretensje, że niektóre osoby zabierają ze stołów po kilkanaście książek, a potem siedzą i przebierają, wybierają i kiszą te książki. Ale powiedzcie jaką my mamy możliwość przeciwdziałania. Chodzimy i prosimy, aby się szybciej decydowali, że inni też chcieliby. I często gęsto słyszymy dość chamskie odzywki od owych osób. Mamy im siłą zabierać, czy jak? Dajcie jakiś pomysł, może się sprawdzi.

Kurcze ale to naprawdę jest wygodne, taki czytnik. Mieści się w kieszeń dżymsów, zawiera (na razie) trzydzieści książek, lekkie, w każdej chwili gotowe, otwiera się na stronie, na której skończyłeś czytać jakiś czas temu. Bajaderka.

Zeżarłem za darmo z kilogram krówek (ciekawe czemu większość stoisk oferowało właśnie te cukierki). Jakieś nie najlepsze (no sory nexto ale świeże to one nie były) ciastko z lukrem. Wypiłem z litr sorbetu o smaku zielonego jabłuszka i z pół litra o smaku arbuza (jeżyna była co najmniej nie smaczna) i tyż za darmo (tu ukłony podziękowania dla merlin.pl, a zwłaszcza za herbatę, była znakomita i tyż za darmo). Dwa węgierskie placki drożdżowe ze serem i czosnkiem (smaczne ale nie tanie).

Widziałem na własne oczy Radiotę czyli Pana Marka Niedźwieckiego kochanego Niedźwiedzia z Trójki, Pana Wojciecha Siudmaka jak ja Panu zazdroszczę, Papcia Chmiela nadal się uczłowieczam, cokolwiek to znaczy i jeszcze kilka innych osób znanych choć nie koniecznie lubianych. Nie zawracałem im głowy swoją osobą, tak tylko zerknąłem.

Muszę też wspomnieć, że zupełnie niespecjalnie jak i nienachalnie ośmieszyłem wizerunek LC, za co LC bardzo przepraszam. Więcej nie będę.

16 sierpnia 2015

Apropolis czyli opinia w trzech rozdziałach z epilogiem i prywatą

Rozdział I : W którym autor opinii opowie o burzy

A jest o czym, bo burza była (i tu nie wiem czy się po swojemu wypowiedzieć, czy po młodzieżowemu, czy po celebrycku (co się wydaje celebrytom, że jest po młodzieżowemu), czy po idiotycku czyli po epicku) z przytupem, zapewne ucieszy to wielu stolicofobów. Będzie co wspominać oj będzie.
Ale zacznijmy od początku. Dzień obudził się rozpalony i drażliwy, Jakowaś gorączka go przez całą noc męczyła i ciśnienie jakieś takie niskie strasznie się zrobiło. Oddychanie z trudem mu przychodziło  jakby ciężar ogromny na piersi siadł i za nic nie chciał zleźć. Nie dziwota, że i nam maluczkim ten podły nastrój się udzielił i chodziliśmy powarkując tylko na bliźnich "a żeby cię" -dzień dobry "jak najszybciej udusił, a przynajmniej przypiekł" - sąsiadko, jak zdrówko? I tak do jakieś czternastej, paliło, dusiło, oślepiało i potniało. Nagle wiatr się zerwał, zimny jakiś, kąśliwy. Chmurki z początku białe i nieliczne, zaczęły ciemnieć i rozmnażać się gwałtownie, aż przesłoniły całe niebo. Wiatr ucichł, chłodno i ciemno choć to wczesne popołudnie, środek lata i żar jeszcze niedawno trawił miasto. Ptaki ucichły, tylko wrony upojny koncert wykrakiwały na drzewach i dachach domów. One chyba coś wiedziały. Jak zaczęła się iluminacja i huk, to nawet ja, lubiący burze i nie bojący się zazwyczaj, odłączyłem wszystko od sieci elektrycznej tak na wszelki wypadek. No i się rozpętało...

Tak to była pamiętna burza.

Rozdział II  : W którym autor opinii marudzi Wam, sobie i autorowi książki (o tym o czym marudził mu na żywo)

Jak już pisałem, w innych moich opiniach, jakoś nie lubię książek, które wiodą mnie znikąd donikąd (ponoć to celowy zamiar autora ale...), no nie lubię i już. Tu jeszcze jest dodatkowy problem, że nie ma się do kogo przytulić. Mnogość głównych bohaterów, którzy co chwilka wpadają na momencik i już ich nie ma, a już to następni na swoją kolej czekają potupując za stroną z niecierpliwością nóżkami. Ci tu, ci tam, gdzieś, coś, komuś, z kimś, do kogoś, po coś a ty tak drogi czytelniku za nimi w dyrdy.
Kobiety farbują włosy od niepamiętnych czasów (i nie tylko one). Ale żeby tak z rozdziału na rozdział to pierwsze słyszę ;)
Kilka nielogiczności do świata wymyślonego się wdarło. Łacina mimo swojej martwości, w naszym świecie jest ważna w medycynie, w naukach biologicznych, w chemii. Wszystko to za sprawą kościoła katolickiego, który posługiwał się łaciną i skupiał ośrodki naukowe w swojej domenie. Tu chrześcijaństwo jest w powijakach, skąd zatem taka ważność łaciny? Powinna ona umrzeć śmiercią naturalną jak i inne języki, które wyszły z obiegu.
W domu o wolnym światopoglądzie, nie będziemy dzielić ludzi na chrześcijan i pogan, czy sekciarzy. Jedni będą niewierzący (jeśli nie wierzą), a  ci którzy w coś tam sobie wierzą (niezależnie w co) to będą sekciarze wszyscy w czambuł.
Warto by znaleźć jakiś uważnych czytelników, którzy przeczytają skrypt i powiedzą jakie błędy zauważyli i czy autor nie rozważyłby zmian jakowyś przy ewentualnej kolejnej książce?

Rozdział III : W którym autor opinii mówi jak jest

Jest nie powiem ciekawie. Bo i tak trochę Strugacko-piknikowo z artefaktami, które nie wiadomo czym są. I tak Zelaznie z przewalającymi się po kartach bogami i przenikającymi się światami. I tak Białoszewsko z tym całym zalataniem i pędem. Dobrze się to czyta, lekko, znać warsztat, tylko...  Tylko puenty nie ma, kropki nad i, dupnięcia z pierdnięciem, wszystko do niego zmierzało i już, już było w ogródku, już witało się z gąską i nagle ciaach, łup, bęc i koniec. Jak ja o burzy na początku.

Epilog : Co ja mam biedny opiniopis napisać coby autora nie urazić (no przemiły facet) i do książki nie zrazić? Bo pomysł jest i to nawet taki dość, tylko no nie wykorzystany. Jakby autor wyraźnie zaznaczył, że to dopiero wstęp, że chce nam przedstawić bohaterów dramatu, okolicę, świat, a w drugim tomie dopiero nam dowali jak z kałacha, to jest ok, ale jeśli to wszystko, to nie, to nie tak winno być, zupełnie nie tak. Ale jak będzie drugi tom i autor podoła, wystarczy mu wyobraźni i pokaże co to się działo jak się popaprało, to to może być coś i to przez bardzo duże C (a ja mam nadzieję, że będzie). A za ten debiut powieściowy daję szóstkę z lekkim minusem.

 Tomasz Fijałkowski "Antipolis" Wydawca Czwarta Strona 2015

Prywata : Przepraszam, że tyle czasu mi zajęło wyklikanie tych paru słów, ale mam nadzieję, że zrozumiesz i wybaczysz.