24 listopada 2019

Honorowy hycel Henryk, hardy huncwot, haczy hipopotama hakiem holowniczym hałaśliwej Hondy hybrydowej

Okładka zastępcza
Dzisiejszą pisaninę sponsoruje literka H i cyfra dwanaście (to i tak lepiej niż trzynaście)

Termit: -Gwiazdą dzisiejszego odcinka będzie (szeptu, szeptu) jak to nie będzie, zgasła? Aaaa  gwiazdy w dzisiejszym odcinku nie będzie, za to w kolejnym pojawi się supernova!!!
Zatem już nie czekajmy, już nie zwlekajmy, już zaczynajmy. Nadszedł czas na niemoralny, nielegalny i nieoficjalny, oto przed wami lekko szurnięty madbooks show!
ŁUP!!!
Na scenę, z rusztowania pod napisem, spadł Gorgonzola z trąbką, którego trafił celnie rzucony Kisiel.
Stapler: -Ty ale jak się robi taki kabareton to na początek daje się prawie najlepsze skecz coby ludzie nie zaczęli opuszczać teatru
Wardrob: -Oni wyszli z innego założenia na początek damy coś co jest całkiem drewniane jak Jawor.
S. : - Ale po co?
W. : - Po to, że potem nie może być już dużo gorzej.
S. :- To lepiej nie będzie?
W, : -Ależ będzie dużo lepiej, tylko musisz tym drewnianym klockiem dobrze przycelować, trafiony już nic nie powie.
S. i W. : -He he he he.

T. : -Dzisiaj nasz znakomity szef kuchni Janusz, no i co z tego, że ze Szwecji, przyrządzi suszi!
J. : - Bierze się dowolną rybę, może być Dróżniczka, i się ją suszi za uszi, a jak się pokruszi to zostaje miłe wspomnienie, że zaoszczędzono nam jej jedzenie.

T. : -A teraz miś Fugazi z Białołęcka opowie dowcip o gąsce Balbince przywitajmy go brawami, łuuuu
S. : -Buuu
W. :-Buuu!
F. : -A żeby wam łby powybuchały stare grzyby.
Szuuuu ŁUP!
F. : -Ej no tylko nie w głowę.
W. : -No i co lepiej?
S. : -Dużo lepiej hłe, hłe, hłe.

Sceneria sali tortur w lochach jakiegoś starego zamczyska. Ze sceny wieje trupim odorem i jeszcze czymś gorszym. Na środku sceny Gorgonzola przebrany za hrabiego herbu Kubasiewicz w pozie zadumanej (która w jego wykonaniu bardziej przypomina osobę mającą problem z zatwardzeniem). Wpada miś Fugazi w stroju kamerdynera i z przerażeniem w głosie pyta
F. : -Panie dokąd odeszły cienie?
W. : -A mnie wody odeszły jak się na was patrzę. Hu, hu, hu 
S. : -Cewnik ci wypadł stary durniu. Hi hi hi

Tymczasem za kulisami.
T. : -Zielińska idź do tych dwóch wesołków i im powiedz, że jak się nie uspokoją, to prędzej dwa księżyce na niebie zobaczą i mleczaki im się znowu wyrżną, nim ja ich znów wpuszczę do teatru. Po drugie jak mi drewniak miły wezwę na nich policję. Rzucają czymś z góry. Nie patrzą gdzie to spadnie przecież mogłem się o to potknąć. Jeszcze raz tak zrobią a taki im Hrycyszyn urządzę, że im bąbelki pójdą nosem, a przez tydzień będzie im się wodą morską odbijać i choroby kesonowej dostaną. No leć już. Niech ja jeszcze coś na nich znajdę, to ich tam w tej loży utopię.

I znów na scenie.
T. : -I tak oto proszę szanownej publiczności dotarliśmy do półmetka naszego programu. Teraz przed państwem grupa gimnastyczna z Jadowska koło Wołomina w oryginalnym pokazie Zielona zemsta, czyli o tym jak natura przerabia na wióry tego kto robił wióry z natury. Przywitajmy ich oklaskami Łuuuuu!
"A ja muszę napisać list"
Kochany panie M. nie, nie czarnym wezmę zielony to taki beznadziejny kolor, taaa no to:
Szanowny Panie M.
Jesteśmy niedużym teatrem ale z aspiracjami. Nasze występy emitowane są na cały Picim i okolice. Naszą ekipę nazwałem, tak dla podniesienia morale "hardą hordą"mającą podbić świat, tylko teraz nie wiem po co? Tym programem to się raczej nie uda, może kilka ościennych gmin co najwyżej. Nie pisze, że jest całkiem źle, bo i jest ten szwedzki kucharz Janusz ostatnio eksperymentujący z kuchnią Japońską i całkiem to smacznie i gimnastycy z Jadowska są nieźli, muzycy też robią całkiem niezły hałas, ale na tle całości to nie trudne. Miało być fantastycznie, a najlepszy skecz to nosz Kańtoch wypisał się jednak dalej czarnym thriller jakiś, czy kryminał. nie wezmę czerwony Horror dla trzylatków, bo zwykły kisiel nie przestraszy starszych dzieci. Jakieś fatum nas prześladuje. Upiór w teatrze czy ki duch w maszynie miało być kosmicznie, a jest jak na jakiś Zaduszkach a może jednak niebieskim Czasami już oglądanie na National Geographic jak mrówce z głowy grzyb wyrasta jest ciekawsze czy też podwodna archeologia. Trzeba by wręcz heroicznej fantazji by w tym dostrzec coś fantastycznego. Nie wiem czy podpisanie cyrografu by tu coś pomogło. Dlatego proszę by pan się przyjrzał fachowym okiem czy można to jeszcze uratować, bo nasza dyrektorka artystyczna chyba nie bardzo łapie o co w tym biega. 
Z poważaniem Termit Raduchowska.

T. : -Kurcze co tu taki zaduch, bezduch się zrobił. Gorąco jak w piekle, można by jakiegoś demona przywołać. Klima wysiadła, co?! Jak to miss Piegi wyłączyła, zimno wewnętrzne ją trzęsie, już ja nią potrząsnę. [wchodząc na scenę] Rozgrzali nas ci akrobaci, nie ma co, lecimy dalej. I o to ten, na którego wszyscy czekaliśmy. Gorące oklaski bo o to sam wielki WójtOwicz ŁuuUuuuUuuu! Jezioro łabędzie w jego wykonaniu pozostawia niezacieralne wspomnienia i wręcz niesamowite wrażenia.
S. : -Przy jego tuszy to pewnie i dołki w betonowej scenie.
W. : -To nie będzie przelot ptaka tylko lot wieloryba.
S. : - A jak instalacja nie wytrzyma to wrażenia mogą być piorunujące.
W. : -Byle strop wytrzymał, bo będziemy mieć pierwszy na świecie teatr cabrio.
Tymczasem za kulisami, lekko podrygującymi w takt, czy to muzyki, czy delikatnych, jak muśnięcie cyklonu, kroków tańczącego na scenie wójta.
T. : -Jak tam Gorgonzola twój wiersz o kurze?
G. : -To nie jest wiersz tylko poemat.
T. : -Tak, a ja chyba kupię sobie pistolet i się powieszę. Czytaj co tam spłodziłeś może będziemy mieli coś oryginalnego na scenę.
G. : -"Kurka, kurka, kurka" to tytuł
"Kiedyś gdy zajdziesz w śmierci strony,
znajdziesz zatokę dusz zgubionych.
jest nad zatoką dąb zielony,
drutem kolczastym w ból zmieniony.
W koronie jego mieszka kurka..."
T. : -Dobra, dobra, spokojnie. Twoja poezja z pewnością będzie się podobać, może jeszcze nie w tym stuleciu ale z pewnością, ludzie i nie tylko, będą się bić o tomiki twoich wierszy. Choćby po to by mieć coś na rozpałkę. O, przestała drżeć ziemia, chyba wójt skończył albo się wykończył. Lece.
Po chwili
T. : -UuuuUuu! ludziska zróbcie Hałas, oto dotarliśmy do finału.
S. : -Dożyliśmy.
W. : -Dotrwaliśmy.
T. : -Zapraszam na scenę wszystkich dzisiejszych artystów, pan wójcie może sobie jeszcze poleżeć, oto oni, podziękujmy im brawami. Orkiestra pod dyrekcją, sorki jak się nazywasz, a Nieznaj, orkiestra pod dyrekcją znakomitego perkusisty Nieznaja.
S. : -I nie ponimaju.
W. : -Ale chyba tylko on ma jaja.
W tym momencie przed sceną strzelają ognie rzymskie. Kłęby dymu błyskawicznie zasnuwają scenę i widownię. W dymie błyska ognisty warkocz miss Piegi. Z bocznych drzwi wbiega strażak ochotniczej straży z hydronetką, zalewając rzymskie ognie, aktorów i scenę niekontrolowanym strumieniem wody. Zwarcie, wywołuje potężny rozbłysk wyładowania elektrycznego i wyłączenie korków. Gasną światła, w blasku gasnących fajerwerków, skłębiona masa ciał stara wydostać się z mrocznego pomieszczenia.
Telewidz1 : -Trzeba lecieć i ich ratować.
Telewidz2 : -Daj spokój jutro też jest dzień.
T1 : -Przecież mógł ktoś przeżyć.
T2 : -Chciałeś chyba powiedzieć niestety.
T1 : -Nie no daj spokój, sam musisz przyznać, że dzisiaj było ostro, pełno spięć i napięć.
T2 : -Ale chyba w skali do dziesięciu.
T1 : -Ja mówiłem, że ... Zresztą nie ważne, chodź nie marudź, w końcu to nasi, nie?
KLIK

"Harda horda" redakcja Joanna Milka wydawca Wydawnictwo Sine Qua Non

ps. Jakiekolwiek podobieństwo osób ukazanych w opinii do osób realnie istniejących jest przypadkowe i niezamierzone, skojarzenia z twórczością ukazaną w opisywanej książce jest jak najbardziej zamierzone i nieprzypadkowe.

16 listopada 2019

Ludziska! Kurde, LECĘ NA MARSA!

Na wojnie, w miłości i jak się zachce czegoś słodkiego wszystkie chwyty są dozwolone. I nie ma przebacz, dwudziesta druga trzydzieści, listopad, leje jak z cerbera i trzeba iść i kupić jak nie ma. A na dokładkę jak się lubi marsy to nic nie poradzisz.
Na tego czerwonego nie polecę, bo: nie jestem Amerykaninem, jestem za stary, za gruby, za głupi, za leniwy i chyba nie mam ochoty. Ba nawet nie jestem Chińczykiem, co mogłoby pomóc, ale też nic z tego.

Ale sporo amerykanów już tam było. Gary Sinise poleciał z Misją na Marsa w towarzystwie Don Cheandle i Val Kilmer w towarzystwie Trinity wybrał się na Czerwoną planetę, nawet Arnold tam jakoś tak bez pamięci poleciał, bo nawet skafandra zapomniał. Zanim tam dotrzemy to aktorzy zadepczą ją całkiem, bo znowu się tam wybrali.

I wszystko szło dobrze kolejna wyprawa na Marsa zakończyłaby się sukcesem gdyby nie nagła i zupełnie niespodziewana burza nie pokrzyżowała planów. W czasie ewakuacji zwiało im jednego załoganta. Nie dość, że zginął to jeszcze wzięli i uznali go za zmarłego, bo przestał pikać. Tyle tylko, że on wcale nie miał ochoty rozstawać się z tamtym światem, trochę co prawda podziurawiony ale przeżył. A amerykanie nie zostawiają swoich, zwłaszcza na czerwonej planecie, jeszcze jakby była w paski albo gwiazdki to może.

Autor zrobił z Watneya takiego Hioba MacGyvera, scenarzysta z Damona raczej tak bardziej Słodowego z takim lekkim Iron Manem na zakończenie. Za to obaj i ten papierowy i ten celuloidowy (kręci się jeszcze na taśmę, bo ja to taki lekko przestarzały jestem) doskonale wiedzieli jak wpuścić Marsa w pyry. A co ty mi tu tak te pyr pyr pyry pyry, a to był Kopyrnik.  

Oczywiście książka i film nieco się od siebie różnią, ale w tym przypadku te różnice są na plus. Film zrobiony toćka w toćkę byłby zbyt ciężko strawny i mało prawdopodobny oraz nieco za długi. W książce nagromadzenie nieszczęść, jakie spotykają Marka, jakoś tak nie razi, a nawet jakby uwiarygadnia całą historię. W filmie spowodowałyby, że widownia pytałaby "może jeszcze je*nij go meteorytem tak dla zasady". Pisarz też starał się podejść do każdego wypadku, czy pomysłu Watneya, bardziej profesjonalnie, gdy film jest bardziej rozrywkowy, na szczęście.

Obie pozycje to niezła rozrywka. O książce mówią, że jest to z humorem i polotem napisany podręcznik "Hodowla ziemniaków w skrajnie niekorzystnych warunkach". I już nie trzeba czekać aż to zekranizują. Obu pozycjom daję osiem, bo świetnie się bawiłem czytając i oglądając.

Andy Weir "Marsjanin" tyt. org. "The Martian" wydawca Wydawnictwo Akurat
"Marsjanin" tyt. org. "The Martian" scen. Drew Goddard reż, Ridley Scott w roli głównej Matt Damon

15 listopada 2019

Na niebie Księżyca sierp, cierp, cierp!

Pięćdziesiąt lat temu dwóch ludzi wylądowało na Srebrnym Globie (ponoć tak na serio jest bury, ale w to to już nikt by nie uwierzył). Tak mówią, czy tak było, są różne teorie w tym głównie spiskowe. Osiem lat później niejaki Peter Hyams nakręcił film "Koziorożec 1" (Capricorn One) [z czystym sumieniem mogę go polecić naprawdę warto zobaczyć] o wyprawie, co prawda na czerwoną planetę ale wszyscy skojarzyli go z teoriami na temat naszego (piszę tu o ludzkości dla której był to ponoć wielki krok) lądowania na Księżycu. Ale nie o tym będzie dziś pisane, dziś dowiemy się co mogłoby być dalej ale nie było.

Warunki na naszym satelicie nie bardzo sprzyjają życiu, jakiemukolwiek, a już zwłaszcza ludzkiemu. Po pierwsze nie ma tam atmosfery. I nie mówię tu bynajmniej o tym co się tworzy na dobrej imprezie lub koncercie, czy też przy czytaniu książki. Tylko o powietrzu, którym choć czasem z trudem (ukłony dla Krakowa) staramy się oddychać. Po drugie nie ma tam wody. No może gdzieś w skałach jest trochę uwięzionej, ale takiej fajnej ciekłej jak w morzu czy w jeziorze, to ni grama. Po trzecie nic do żarcia, nawet macdonalda nie uświadczysz. Po czwarte nie ma pola magnetycznego więc promieniowanie kosmiczne działa tam lepiej niż roentgen na Ziemi. Po czwarte bardzo kiepska grawitacja, ledwo jedna szósta przyciągania ziemskiego. Na szczęście nie ma tam ludzi, zatem konfliktów też nie ma zbyt dużo, co najwyżej z jakimś meteorytem. No a co gdyby jednak byli?

NMDO czyli nie ma darmowych obiadów, taka zasada obowiązywała w powieściach niejakiego Heinleina traktujących o ludzkich koloniach na Lunie. W książce McDonalda wyraźnie czuje się, że autor czytał te powieści i twórczo je rozwinął. Chowańce zaś (nie, nie powiem wam co to) to takie dejmony z Mrocznych materii tylko nie eteryczne, a informatyczne. Zaś sceny seksu, kurde jakbym czytał prawiczka, który się zbyt dużo porno naoglądał.

Nie ma nic za darmo, płacisz za każdy oddech (no dobra pierwsze dziesięć po przylocie jest gratis), krople wody, gram węgla i bit informacji. Ale jak masz pracę nie masz się o co martwić. Gorzej jak nie masz. Plusy są takie, że nie ma policji, a prawo jest takie jakie wynegocjujesz, minusy nie masz gdzie uciec. A poza tym nie myśl, że jesteś nic nie wart, twój mocz i inne wydzieliny ciała są cenne, twoje ciało też.

Wiemy jaki wpływ ma księżyc na naszą planetę. Stabilizuje ją, powoduje pływy oceanów i wzbudza różne emocje. Czasem są to miłosne uniesienia, czasem poetyckie tęsknoty i marzenia, a czasem jest to bezrozumny szał. Ciekawe jaki wpływ na ludzi przebywających na Księżycu może mieć Ziemia w pełni.

Wiadomo są biedni i bogaci jak wszędzie. Poznajemy życie na księżycu od tej jego jasnej i  ciemnej strony. Trochę lepiej poznajemy oczywiście tą bogatą część społeczności. Składa się na nią pięć "rodzin" zwanych smokami, które pomimo bogactwa żrą się między sobą o dominację. I właśnie konflikt narasta.

Książka świetna i zasługuje na co najmniej siedem, ale za to jak autor potraktował mnie jako czytelnika odejmuje mu cały punkt. Jest to pierwszy tom cyklu "Luna" i kończy się w takim momencie, że chcesz czy nie chcesz musisz zdobyć tom drugi, by dowiedzieć się kto przeżył i kto zostanie ostatnim żywym na placu boju jak opadnie księżycowy pył.

Ian McDonald "Luna: Nów" tyt. org. "Luna: New Moon" wydawca Wydawnictwo MAG

2 czerwca 2019

Bilans zysków i strat

Opadł już targowy kurz, a X jubileuszowe WTK przeszły do historii, ale nie poszły w zapomnienie (co to to nie). Niby rozmach był, bo to i kilkuset wystawców, strefa gier, strefa komiksu, strefa fantastyki i wiele wiele innych oraz 80 tysięcy kupujących zwiedzających, a jednocześnie dało się odczuć, że organizator bardzo mocno przyciął koszty. Mało kas, strefa gier upchnięta w jakimś lochu (co prawda miało to swój klimat, ale na płycie miało rozmach). Nie można było jak w latach ubiegłych, wyskoczyć sobie choćby na Francuską (odznaczając się u ochrony), coś przegryźć (bo ceny na stadionie nie są dla normalnych ludzi) bo wejściówki uprawniały tylko do jednego wejścia. Na dokładkę tylko dwa bufety były czynne, żadnego żarłowozu. Czuło się oszczędności na każdym kroku.
Ale to nie ważne, bo to co się zadziało w sobotę, było wielkie. Akcja z półki na półkę organizowana przez Lubimy czytać (bo o nią właśnie chodzi) dzięki wam czytacze była w tym roku kosmiczna. Ja jak zwykle zacząłem już w czwartek, udając się do obsługi coby im przypomnieć, że na sobotę potrzebne będą stoły. W piątek poszedłem się przypomnieć i tak jak najdelikatniej zasugerowałem, że sobota jest już jutro. W sobotę wystartowałem jak rakieta i po 10 minut pięć dotarłem pod salę Amsterdam, w której to akcja miała się odbyć. Lekkie zdziwienie wywołała u mnie, kolejka która już czekała pod salą (od czwartku tam siedzieliście czy jak?), zaś w sali (w co nie uwierzycie) były ustawione stoły. Mogliśmy zatem od razu udać się do wydawnictw po książki. W tym roku i wydawnictw było więcej i szczodrzej sypnęły książkami. A JA ZE SWOJEJ STRONY JAK ZWYKLE NIEZWYKLE JESTEM WAM ZA TO WDZIĘCZNY I BARDZO DZIĘKUJĘ. Zaś to co działo się od dwunastej, to jeszcze tak nie było. Zazwyczaj wystarczała nasza trójka do roznoszenia książek po stołach, i dawaliśmy radę. W tym roku pięć osób roznosiło i ledwo ledwo się wyrabialiśmy. Brakowało miejsca na stołach (i to mimo chomików, które zgarniały całe stosy książek), a końca kolejki widać nie było. Daliście czadu ludziska i było pięknie.
W niedzielę za to, postanowiłem po raz pierwszy zebrać autografy. I może nie byłoby w tym nic dziwnego ale wszystkie dwanaście miały się znaleźć w jednej książce. Chodziło o antologie Harda Horda Hardej Hordy i mi się udało, ba wyrobiłem 108% normy (przodownik pracy).
Albowiem Horda składa się z trzynastu hordzistek. Jak widać na obrazie z pierwszego hardego śniadania, które odbyło się w strefie fantastyki. I ja też tam byłem ale nic nie jadłem (no może poza paroma krówkami) i niewiele piłem. Nic nie trzeba czynić na jego pamiątkę.
Być może smutna wiadomość na koniec. Nie udało mi się uzyskać konkretnej odpowiedzi czy w przyszłym roku będzie stoisko Polskiego Fandomu, ale skądinąd wiem, że mieli  umowę z organizatorem do tego roku. Być może zatem już nie zobaczymy Zajdla na przyszłorocznych targach.
Podsumowując 10 książek, 2 czasopisma, 13 autografów, 0,5 kilograma przypinek i coś koło tego krówek, 3 torby płócienne (publio.pl i Polska Akademia Nauk), kieliszek wina (chyba mi to w krew wejdzie, chlanie wina na targach książki) i piękne wspomnienia jak co roku. Do kolejnych targów zostało 51 tygodni.


23 maja 2019

Czas na targi

Czas jest dość ciekawą rzeczą. Właściwie nie ma przyszłości i przeszłości, jest tylko teraźniejszość (a w każdym bądź razie nic innego nie możemy jeszcze zaobserwować).
No i właśnie teraz mam taki lekki problem z tym czasem. Bo właśnie jutro/dziś/wczoraj pójdę/poszedłem i kupię/kupiłem sobie książkę. Na WTK oczywiście, które się zaczęły/zaczną wczoraj/dziś/jutro, a potem zacznie/zaczął się mój koszmar z czasem. (Piszę to tak, bo właściwie nie wiem jaki teraz jest dzień. Jak tylko wysiądę z tego cholernego niebieskiego pudła, to mam nadzieję, że wszystko się unormuje). Jak to ja zacząłem się szwendać po targowisku próżności, patrząc kto jest, a kogo nie ma (nie ma np. merlina.pl i nie ma krówek [a w każdym bądź razie jest ich znacznie mniej], ani darmowej kawy [to mi akurat zupełnie nie przeszkadza i tak nie lubię kawy] hm ciekawe czemu go nie ma?). Za to poczęstunków było ho ho, ja wlazłem na trzy (u Rumunów, Francuzów i na stoisku Znaku) wszędzie było wino (białe i czerwone) jakieś kanapki, naleśniki, ciastka i desery. Wypas normalnie. A chwilkę później trafiłem przez zupełny przypadek (bo łatwiej czarną dziurę w kosmosie znaleźć) do strefy fantastyki. I się zaczęła moja gehenna z czasem. Najpierw lekko czknęło do przodu i stąd ta zakładka z przyszłorocznych targów. Potem polecieliśmy parę lat w przeszłość i nieopacznie zostawiłem to zdjęcie (na szczęście u siebie w chałupie w albumie). Trochę wyblakło i tu i ówdzie przytarło ale wszystko wyraźnie widać. A teraz siedzę cholera wie gdzie, a jeszcze mniej wiem kiedy i piszę tego posta. Jak to możliwe spytacie, to wam pokażę. Stało sobie to niebieskie

bydle w kąciku, a ja głupi wlazłem pozwiedzać. Wiecie, że w środku jest nieco większe niż na zewnątrz. Trochę mi się zeszło (zwłaszcza przy basenie) oraz na siódmym poziomie w magazynie eksponatów (już nic nie powiem o sali kinowej i jakie i z kiedy można sobie filmy obejrzeć, niestety czas gonił). Biblioteka w tardisie jest niesamowita, nie możecie sobie nawet tego wyobrazić (szkoda że tylko angielskie wydania, ale mino wszystko). Jak w końcu wylazłem, to to właśnie robiło to swoje wziuu i poszło. To ja do doktora coby mnie wypuścił, że ja nie chcę (przecie napisałem, żem głupi).  Ale na moje szczęście/nieszczęście doktor powiedział: NO.

12 czerwca 2018

Cieniutki popisk

Zawsze lubiłem antologie wszelakie, a najbardziej te z krótką formą, opowiadań czy nowel. Oczywiście najbardziej te z działki SF, ale i inne jakie mi się trafiły też z chęcią przeczytałem. Dzięki nim zawsze można było dowiedzieć się co na innych planetach piszczy. Czy to poznać twórczość kilku autorów i nabrać chęci na zaznajomienie się z ich inną twórczością (bądź wręcz przeciwnie) albo też poznać inną stronę już wcześniej poznanego autora powieści. Czy po to je tworzono, nie wiem, mi służyły właśnie do tego celu. Wśród kilkunastu opowiadań trafiały się oczywiście czasem jakieś jedno góra dwa słabsze kawałki ale zazwyczaj też jedna bądź dwie perełki, a pozostałe trzymały bardzo wysoki poziom. Dbali o to redaktorzy, a i pewnikiem sami autorzy. I ta pozycja tego nie zmieni chociaż bardzo się starała.

Nie wiem co przyświecało redaktorowi i autorom tej antologii, bo z całą pewnością nie chęć pozyskania nowych czytelników. Dwa opowiadania z szesnastu, i to nie dlatego, że są dobre, ale na tle pozostałych się czymś wyróżniają. "Trup, którego nie ma" bo choć zabawny czasami i za gumiklyjzy (cokolwiek to jest) oraz "...Że cię nie opuszczę aż do śmierci..." za metafory i przenośnie i opisowość i porównania (bo sam pomysł raczej mocno ograny). Reszta jest słaba, cieniutka, a czasem jeszcze gorsza. Dwóm autorom nie chciało się nawet nic oryginalnego wymyślić, zbyletryzowali jeno rzeczywiste wydarzenia i się pod tym podpisali. Jak mnie nachodzi chęć przeczytania jakiegoś zbyletryzowanego (uwierzcie mi to nie jest błąd ortograficzny czy literówka) utworu, to idę nad kanałek kaczki pokarmić, aż mi przejdzie. I czy trzeba było do tego zatrudniać niejakiego Remigiusza M. czy też Katarzynę P. . Ponoć życie pisze najlepsze scenariusze, a im się udało nawet to spaprać.

Szczerze powiem nie spodziewałem się aż takiego gniota, bo to ponoć piętnastu najlepszych polskich pisarzy tworzyło. Aż boję się pomyśleć co mogliby stworzyć ci gorsi, a może by nas zaskoczyli i tych najlepszych. Ale ta pozycja ma jeden niezaprzeczalny plus, może służyć jako notes do zbierania autografów piętnastu najlepszych polskich autorów (ja mam już jeden). Mogę dać trzy na dziesięć, a i to wydaje mi się na wyrost.

23 maja 2018

Wypas krówek na Narodowym


Jak wiecie w niedzielę zakończyły się kolejne targi książki w Warszawie. Ja jak co roku spędziłem te cztery świąteczne dni na Narodowym. Jak było? Jak zwykle magicznie.
Książki, komiksy, zakładki, przypinki, gry, no i oczywiście krówki.
Ale też lirycznie i prozaicznie.
Aż cztery osoby były potrzebne do przecięcia wstęgi i ogłoszenia, że uważają targi za otwarte. Ja tam zauważyłem to i bez nich, jak zresztą wielu poza mną. Tylko stado fotoreporterów oraz oficjeli (którzy, tak jedni jak i drudzy, opuścili targi razem z prezydentką Warszawy i chyba już na nie nie wrócili) wydawali się tym poruszeni.
Ja zaś obleciałem (własnonożnie, skrzydłów nadal mi brak) stadion coby przywitać się z tymi, którzy nadal mnie nie lubią (no co ja poradzę, że ja ich lubię i namolnie co roku ich nawiedzam). Z tymi, którzy nie za bardzo wiedzieli kto zacz ich tak radośnie wita, niemalże merdając ogonem (niemalże, albowiem nie posiadam tak jak skrzydłów). No i z tymi, którzy chyba mnie jeszcze lubią (ale ci są w mniejszości ze zrozumiałych powodów).
Na dzień dobry w Nexto wygrałem e-booka "Marsjanin" (szczerze, to liczyłem na czytnik) i dostałem śliczny plecakowór (nadal mi się podoba co mnie nieco dziwi). Zaś u merlina zaopatrzyłem się w krówki.  Oczywiście udałem się też na drugie piętro coby przypomnieć, że w sobotę będą nam potrzebne stoły.
Piątek to był dzień drobnych zakupów. Udało mi się też zaopatrzyć w krówki w Nexto, Zielonej Sowie i Czarnej Owcy. Przypomniałem też, tym z drugiego piętra, że w sobotę będą nam potrzebne stoły.
Sobota, to oczywiście akcja spółki na spółkę, w której biorę udział jako wolontariusz. Jak zwykle nie było stołów, a w tym roku nawet nie było co liczyć na pomoc. Daliśmy radę, akcja (to moje zdanie, nie musicie się z nim zgadzać) udała się nad podziw. Oczywiście duża zasługa w tym wszystkich wydawnictw, które ofiarowały sporo całkiem niezłych pozycji BARDZO WAM ZA TO DZIĘKUJĘ. Po akcji zaopatrzyłem się w krówki w merlinie oraz w PAN-ie (te krówki podtrzymywały moje funkcje życiowe, bo ceny żywności na stadionie to jakiś koszmar). Fundacja DKMS za to, napoiła spragnionego (zupełnie za darmo, bo niestety nie spełniam kryteriów dawcy szpiku), a ceny napojów na Narodowym to jakaś totalna aberracja. Mimo dużej ilości cukru z krówek, krążącego w moim krwiobiegu, jednak padłem. Na szczęście na płycie (a bo zapomniałem napisać, że w sobotę otwarto płytę na której odbywały się zawody w e-sporcie [choć noże na jednym ze stoisk były jak najbardziej prawdziwe]) rozstawiono leżaki, takoż przez jakieś 20, no dobra 30 minut, z jednego z nich, kontemplowałem sobie dach stadionu. Ale wicie rozumicie, akcja z rana, targanie ciężarów i ganianie oraz poganianie (daje w kość), a potem noszenie ciężkiego plecaka ze zdobyczami, przeciążyło organizm. I tak kontemplując ten sufit, popijając wodę i pojadając krówki, wpadłem na pomysł zdjęcia, które otwiera tego posta. Dlatego w niedzielę...
Dlatego w niedzielę ganiałem (wydawałoby się poważny i już niezbyt młody człowiek) i zaopatrywałem (no przecież nie napiszę, że bezczelnie zabierałem [nawet ostatnią z miseczki])  się w krówki wszędzie gdzie tylko jakieś przyuważyłem. A przy okazji załapałem się na torbę, stado ołówków, tak z piętnaście deka zakładek i z dziesięć deka przypinek, podkładki pod szklanki, dwa długopisy, kilka notesów i notesików, piękny korkociąg do wina, a na dokładkę się ubzdryngoliłem. Piję (chodzi o alkohol, bo wody i herbaty to ile wlezie) mało, serio, a na targach książki (tak nadal jesteśmy na stadionie Narodowym) częstowali młodym winem. Jedno było paskudne, płaskie, bez wyrazu i rozwodnione. Za to drugie młode, szalone i dobre. I tak mi się troszkę poplątało.
Pewnie zauważyliście, że w jednym miejscu jest nie krówka. Tak, tam było stoisko nagrody im. Janusza A. Zajdla i tam częstowano galaretkami, autografami i uśmiechem. Nie mieli krówek, to co miałem zrobić.

Wszystko co piękne i dobre niestety kończy się nazbyt szybko. Dziewiąte targi to już historia trzeba czekać rok na dziesiąte.

ps. Miś oznacza przybliżone miejsce gdzie autor wpadł na pomysł zdjęcia, wszystko (łącznie z żelkiem) co widać na zdjęciu pochodzi z targów.