22 maja 2017

Nominacje do nagrody im. Janusza A. Zajdla

Słowo się rzekło.

Obiecałem wczoraj, że dziś zdam relację z ogłoszonych nominacji do najważniejszej (moim zdaniem) nagrody literackiej w fantastyce. A jako, że załoga LC uciekła jeszcze przed zakończeniem akcji "Z półki na półkę" (tak, tak, pochwały zbierać to my, a do sprzątania to wolontariusze są ;)), to tak trochę się czułem jak przedstawiciel strony.

Zaczęło się jak już wczoraj opowiadałem od eskortowania gościa honorowego Pani Jadwigi Zajdel. Udało mi się to zrobić sprytnym mykiem z minimalnym opóźnieniem (nie przekraczającym kwadransa akademickiego). Impreza zatem mogła, bez większej zwłoki się rozpocząć.

Prowadzącymi byli Aleksandra Ciejek i Tomasz Kołodziejczak. Oczywiście zaczęło się od części nudnej zwanej oficjalną, czyli podziękowania sponsorom i inne takie dziwactwa. Jedyną atrakcja tej części było wykorzystanie teleportera, aby przenieś niespodziewanie prowadzących, z kąta sali niewyróżniającego się niczym szczególnym, pod stend nagrodowy stojący w drugim kącie sali (w trzecim siedziałem ja i nie był on na szczęście zbyt reprezentacyjny).

W drugiej części "gali" Pani Jadwiga ogłosiła tegoroczne nominacje. W kategorii opowiadanie nominowanych zostało, nietypowo, aż siedem opowiadań: "Lo faresti per me?" Juliusza Brauna; "Bunt maszyn" Michała Cholewy; "Panicz z Ertel-Sega" Agnieszki Hałas; "Paradoks Bliźniąt" Magdaleny Kucenty; "Wywiad z Borutą" Łukasza Orbitowskiego i Michała Cetnarowskiego oraz "Na nocnej zmianie" i "To byliśmy my" Anny Szumacher. W kategorii powieść nominowano: "Inwit" Michała Cholewy; "Siłę niższą" Marty Kisiel; "Idź i czekaj mrozów" Marty Krajewskiej; "Czterdzieści i cztery" Krzysztofa Piskorskiego i "Puste niebo" Radka Raka.

Był też show. Laureaci z lat ubiegłych opowiadali jak to jest zostać laureatem nagrody. I tu się okazało, że większość laureatów bardzo identyfikuje się z postaciami z "Kubusia Puchatka", a zwłaszcza z jedną. Rober Wagner gdy stanął na konwencje czuł się jak Kłapouchy, któremu kazano śpiewać na scenie. Następny miał być Tygrysek czyli Jakub Ćwiek ale okazało się, że też jest li tylko Kłapouchym w przebraniu. Dowiedziawszy się o nominacji, struchlał, zadrżał i zapomniał języka w gębie. Tomasz Kołodziejczak ma za to bardzo ekonomiczne podejście do nagrody. Może ona w pewnych warunkach podnieść wartość mieszkania jako oryginalne rękodzieło afrykańskie. A czasem bywa bardzo niebezpieczna dla pomocy domowej (jak już może wspomniałem, waży swoje ta statuetka i spadając z dużej wysokości może narobić szkód oraz nieźle przestraszyć), aż będzie domagać się podwyżki za pracę w warunkach zagrażających życiu lub zdrowiu. A wystarczyło kupić kask.

I tym lekko satyrycznym akcentem zakończyła się "gala" nominacji. Wyłonienie laureatów jak zwykle dokona się na Polconie. W tym roku w Lublinie na terenie Uniwersytetu im. Marii Curie-Skłodowskiej w dniach 24-27 sierpnia (dokładnie 26, ale wszyscy zainteresowani to przecież wiedzą).

21 maja 2017

Nieziemskie targi, śliczne magiczne z wizytą le pena

Co mnie jeszcze spotka na targach. W każdym bądź razie, co by to nie było, ciężko będzie przebić tegoroczne targowanie.

Drugiego dnia, targi nawiedził le pen prezesa w towarzystwie absolutnie nieważnego polityka w Niemczech, czyli ichniejszego prezydenta. Jeszcze pare lat temu nie wiedziałem, że oni tam mają coś takiego jak prezydent. I te dwie zupełnie nieistotne i zbędne w obu krajach osoby, zrobiły dookoła siebie tyle szumu jakby byli niezwykle ważni. Ale obu panom muszę powiedzieć, że skutek był wręcz odwrotny od zamierzonego. Hordy borowików wraz z ochroniarzami i ochroną stadionu skutecznie zablokowały główne wejście na targi. Nie tylko chcący dostać się na targi  (można było mykiem przez trybunę, albo odstać swoje i dać się przemacać ochronie) ale (a może zwłaszcza) wystawcy, klęli w żywy kamień i nabijali się z zadęcia i przegięcia. Swoją drogą panie długopisie prezesa, jak się pan tak obawia tego przypadkowego społeczeństwa, to może niech pan nie wychodzi z pałacu namiestnikowskiego, tylko korespondencyjnie nawiedza wydarzenia odbywające się pod pana "patronatem".

I zaczął się dzień trzeci. Dla mnie od składania (ponownie) krzeseł w wyznaczonej przez organizatorów sali. Tak, tak, jak dwa lata temu, sale była przygotowana do jakiegoś odczytu, a nie do akcji z półki na półkę. Gorączkowe ściąganie stołów i zestawianie krzeseł, skończyło się tym czym się skończyć musiało. Było trochę ciasno i trudno ale się chyba udało. Wszystkim nie dogodzisz zatem kilka osób było niezadowolonych, ale większość wychodziła uśmiechnięta. Mam nadzieję, że za rok znowu się spotkamy. Mi się udało 2 Kingi, Eco, Pratchett i nowość od SQN, oraz wyciągnięta ze stosów pozostawionych Kańtoch  i Nortonka. Chciałbym też podziękować z tego miejsca wszystkim wydawnictwom, które nie żałowały i obdarowały nas nowościami (a prywatnie jeszcze SQN za piękną niebieską torbę, drugą oddałem wiedźmie).
Ale najlepsze i najpiękniejsze było dopiero przede mną. Otóż w tym roku po raz pierwszy nominacje do nagrody im. Janusza A. Zajdla były ogłaszane na warszawskich targach. Z tego powodu było niewielkie (rozmiarami, bo ludzie jacy się tam pojawiali, to same tuzy polskiej fantastyki) stoisko z wystawioną statuetką nagrody (miałem ją w rękach, ale oddałem)  i wydawanymi antologiami opowiadań i fragmentów powieści nominowanymi do nagrody w latach poprzednich. Stoisko wypatrzyłem już pierwszego dnia i nie mogłem się powstrzymać aby nie dowiedzieć się czy można jakoś zdobyć owo wydawnictwo (albowiem kocham antologie, szczególnie opowiadań sf). Okazało się, że można i dowiedziałem się jak to zrobić, i wstyd się przyznać ale wykorzystałem ten sposób w sposób nie licujący z godnością, a wręcz i w nóż można powiedzieć bezczelnie i z premedytacją. Ale tego co mnie spotkało w sobotę się nie spodziewałem. Nie dość, że zdobyłem jedną z antologii, ale jeszcze na dokładkę z faksymile Janusza A. Zajdla odciśnięte przez Panią Jadwigę Zajdel. Ale tu miałem szansę odpracować ten dar, bo służyłem za przewodnika dla Pani Jadwigi. Przeprowadziłem sprawnie i pomysłowo od stoiska do sali Paryż, gdzie ogłaszane były tegoroczne nominacje (o wydarzeniu napiszę jutro, bo ten post i tak jest już długi i wiele osób pewnie TLDR). Miałem przy okazji szansę na taką zwykła rozmowę i jestem urzeczony i oczarowany. To bardzo niezwykła osoba, a mnie zwykłemu śmiertelnikowi dane było sobie z nią pogawędzić. Nie mogę też nie wyrazić mojej wielkie wdzięczności dla Pani Elżbiety Gepfert za cierpliwość, uśmiech i dobre słowo na zakończenie targów, dla namolnego, dzień po dniu przyłażącego, zapewne wkurzającego i wyłudzającego kolejne tomy (może kiedyś będzie mi to wybaczone) patafiana (znaczy mnie).

A dziś targi się skończyły. I już nie mogę się doczekać kolejnych. Czym mnie zaskoczą, gdzie pokierują, co niespodziewanego mnie spotka. A to dopiero czy może już za rok.

18 maja 2017

Potargane targi

Dziś pierwszy dzień targów. Co prawda z nikim i o nic się jeszcze nie targowałem ale jeszcze wszystko przede mną. Tak wyglądają schody stadionu wiodące na targi. Znaczy one wyglądają lepiej jak się stoi na wprost nich ale wrodzone lenistwo i robienie tej fotki tabletem spowodowało, że jest jak jest. Wszystkiego można się domyślić :)
Jak co roku wydawcy przedstawiają swoje najlepsze (no nie, nie napiszę pozycje) książki i dają bardzo atrakcyjne rabaty sięgające 30% na nowości (resztki, starocia, końcówki można dostać nawet po pinć złoty). SQN nie tylko daje rabaty, ale przy zakupie trzech książek, tą trzecią (oczywiście tą trzecią jest ta najtańsza, ale zawszeć) dostaniecie za darmo (czyli rabatus maksimus). Czarna Owca trylogię Stiega oddaje z 50% rabatem, a gościem będzie u nich epigon autora trylogii o wytatuowanej dziewczynie.
Macie może jakiś plan obrabowania banku, bo z pensji to mi na wszystkie chcę (znaczy muszę) mieć nie starczy.
Później coś jeszcze dopiszę i błędy poprawię, bo tablet nie sprawdza pisowni niestety.

15 grudnia 2016

Szubrawiec nie jeden

Dawno, dawno temu, choć wcale niedaleko stąd, pytała chłopaka dziewczyna, czemu on jej nie przypomina Lenina? Po przylocie Sokoła Millenium, już inna dziewczyna pytała chłopaka, czemu on nic, a nic nie przypomina Chewbacca, albo dolaż moja dolo chociaż Hana Solo? Kiedy nastały internety, kolejnego chłopaka pytała kolejna dziewczyna, czemu ty mi nie przypominasz Justina? Czy po dniu dzisiejszym, jakiś chłopak nie spyta swojej nadobnej dziewicy, czemu ty nie przypominasz choć trochę łotrzycy?

Byłem, widziałem i wiecie co, to pachniało Gwiezdnymi Wojnami. Oczywiście jest efekciarskie, oczywiście to nie jest to tamto takie jak było. Ale jest w tym Moc, choć tak niewiele midichlorianów i zaledwie jeden miecz świetlny. Na szczęście nie jest takie plastikowe i sterylne jak pierwsze (czyli drugie, zresztą cholera wie jak je określać, o te części z Anakinem i Padme mi chodzi), no i nie jest takie wysadzone w kosmos jak w Przeroście Mocy nad treścią. Mogłoby być trochę mniej martyrologii (nie przytulajcie się do K-2SO czyli Kajtusia, choć jest kochany), ale z patosem się wstrzelili idealnie.

Widzieliście gołego Lorda Sithów, nie? No to będziecie mieli okazję obejrzeć w tej roli Vadera ;) Nie uwierzycie ale wygląda jak żywy. Trzeba przyznać, że gubernator Tarkin też jest do siebie podobny i całkiem dziarski jak na nieboszczyka. Za to senator księżniczka Leia Organa, bardziej przypomina Mei Kusakabe (tego najmniejszego łobuza z Totoro) niż siebie, ale to już zwykłe czepialstwo. C3PO i Artuditu też się załapały na epizodzik.

Uważnie oglądajcie, bo przemycanie pierwszych trzech części (tych z Lukiem i Leią) do Łotra wyszło im lepiej, niż Hanowi Solo akcja z towarem Jabby.

Oczywiście brakowało Chewbacca i Yody i Solo i Złotka (choć przez chwilę niby jest) i Ewoków i nawet Jawow, ale było dobrze. Na tyle dobrze, że wróciła fascynacja. Zatem niech Moc będzie z wami. Mocne 8/10 i możecie oglądać nawet w 3D (w 4D nie polecam, bo dużo się w filmie chlapie wodą i można wyjść nieco przemoczonym, a przy tych temperaturach zapalenie płuc gotowe).

"Łotr 1. Gwiezdne wojny- historie" tyt. org. "Rogue One: A Star wars story" scen. Chris Weitz i Tony Gilroy reż. Gareth Edwards w rolach głównych Felicity Jones i Diego Luna

7 października 2016

Trzecich siedmiu

Wszystko zaczął Akira Kurosawa w 1954 roku kręcąc "Siedmiu samurajów". Skrócony z siedmiu do trzech godzin, w wersji kinowej, film odniósł ogromny sukces. I praktycznie z miejsca stał się filmem kultowym.
Nic zatem dziwnego, że amerykańscy producenci filmowi za wszelką cenę dążyli do zdobycia praw do scenariusza. Udało im się to. W 1960 roku reżyser John Sturges kręci western "Siedmiu wspaniałych". Jakie wrażenie zrobiło "Siedmiu samurajów" Kurosawy niech świadczy fakt, że Steve McQueen urwał się z planu serialu "Poszukiwany: żywy lub martwy", żeby zagrać w jego amerykańskiej wersji. Gwiazdorska obsada, świetna adaptacja, znakomita muzyka i film bardzo szybko staje się ikoną westernu.
Mija 56 lat, z japońsko-amerykańskiej czternastki ostał się już tylko jeden żywy wspaniały choć tchórzliwy Lee ( Robert Vaughn), najwyższy czas nakręcić zatem remake.

Mamy więc sprawdzony dwukrotnie scenariusz. Wiemy co i jak, co może się nie udać, sukces jak w banku. A tu niestety zonk. Dostajemy ładnie opakowany, z nośnym tytułem, zwykły szpagetti western bez większego sensu.

Niby mamy bandę złych, niby zbiera się siedmiu (ale czy wspaniałych tu bym się zastanowił), niby mamy biednych i ciemiężonych ale czy tak aby bezbronnych. O ile w dwu pierwszych filmach to miało jako tako ręce i nogi, to tu nic się nie klei. Banda bandzie nie równa. Po wojnach lub innych zawieruchach zbrojnych, zawsze pozostawały grupy nie potrafiące lub nie chcące się przystosować do pokojowej egzystencji. Przemieszczające się, rabujące, mordujące opornych, były ciężkie do namierzenia i zlikwidowania. Tu mamy osiadłą grupę rzezimieszków, ze znanym przywódcą, osiadłym w mieście pod znanym adresem. Jakby, który z tych siedmiu mało wspaniałych pomyślał, to najsampierw pojechaliby załatwić szefa, a potem wytłuc resztę pozbawionej głowy bandy. Zamiast tego, martyrologicznie poświęcają życie połowy mieszkańców i swoje, na zupełnie zbędną wojnę z rozjuszonym szefunciem, któremu jeszcze wspaniałomyślnie dają kilka dni na zebranie armii. O ile japońscy chłopi rzeczywiście nie potrafili walczyć, ba nie wolno im było tego robić. Meksykańscy peoni też nie byli obyci z bronią palną, a ponadto nie za bardzo ich było na nią stać. To w to, że mieszkańcy miasteczka na dzikim zachodzie, zaraz po wojnie secesyjnej nie potrafili posługiwać się bronią nie jestem w stanie uwierzyć. Może nie byli to rewolwerowcy ale karabinem na pewno potrafili się posługiwać.
I tak oto ze znakomitego pomysłu Kurosawy, Oguni i Hashimoto , wspaniale przeniesionego na amerykańsko-meksykański grunt przez Bernsteina, Newmana i Robertsa zrobiono ciężko strawną papkę pełną martyrologii i patosu i kalek (w obu znaczeniach tego słowa).

Czemu zatem 6 za takiego gniota. Bo zrobiono go bardzo dobrze i to pomimo political correctness. Świetne zdjęcia, znakomite strzelaniny, czego chcieć więcej od spaghetti westernu. Ale klasykiem, a tym bardziej kultowym, to ten film nie będzie i to mimo znakomitej gry Washingtona.
Film obejrzałem dzięki filmweb.pl w trakcie Filmweb offline 2016.

"Siedmiu wspaniałych" tyt. org. "The Magnificent Seven" scen. Nic Pizzolatto i Richard Wenk reż. Antoine Fuqua w rolach głównych siedmiu (mało)wspaniałych

30 września 2016

Jem popcorn, popijam kolą a tu jak nie przyp...

Dwudziestego kwietnia 2010 roku około godziny 22 na pływającej (czyli nie przybitej do dna) platformie poszukiwawczej Deepwater Horizon dochodzi do eksplozji i pożaru. I jest to początek największej katastrofy ekologicznej. Do oceanu wycieka 666000 ton ropy (dość ciekawa liczba ]:->), a jedna kropla tego surowca jest w stanie zanieczyścić ponoć 1 metr sześcienny wody (1000 litrów, dwumetrowa wanna napełniona po brzeżek to zaledwie 400 litrów).

Jak do tego doszło, mimo zabezpieczeń, czujników, ostrożności(!), testów(!), atestów, nowoczesnych rozwiązań(!), wyszkolonej i zgranej kadry?

Wchodzący na ekrany Żywioł, jest takim wysokobudżetowym second to disaser. Opowiada o ostatnim dniu pracy na Deepwater Horizon i czemu, pomimo zabezpieczeń, nie udało się uniknąć następującej po zniszczeniu platformy, katastrofy ekologicznej.

I wszystko pięknie i ładnie, film pokazuje co doprowadziło do wybuchu. Potem jakoś przestałem ogarniać, o co chodzi? Ja rozumiem, że ludzie pracujący w ekstremalnych warunkach są dość specyficzną częścią społeczeństwa. Mimo tego jakoś nie mogę uwierzyć, że gdy wszystko się wali i stoi w płomieniach, a jeszcze na dokładkę w każdej chwili może zatonąć, to nie zwycięży u nich instynktowna potrzeba ucieczki. Ale to amerykańscy poszukiwacze, pionierzy, więc trzeba ich siłą było wpychać do szalup, nawet tych rannych. Ten hamerykański patos zaczyna mi się powoli przejadać.

Film rozkręcający się, początek taki zwyczajny. Dzwonią budziki, ludziska myją zęby, jedzą śniadanie, nic się nie dzieje, nuda. Potem coraz szybciej, ostrzej, John Malkovich jak zwykle świetny, dziwniej i na koniec BUM. I jest to bum bardzo ładnie zrobione, przekonująco.

Film dobrze zrobiony. Aktorzy dobrze dobrani i prowadzeni. Niepotrzebne ujęcia z tego co się dzieje w rurze, bo i tak nie wiesz na co patrzysz. Nie wiem czy dobrze ukazuje, życie i pracę na platformie, bo nigdy na takim czymś nie byłem, ale mnie przekonało, że nie bardzo się nadaję do tej roboty. Reasumując: porządnie zrobiony paradokument. Choć jakby się kończył na erupcji ropy, bez erupcji bohaterstwa, byłby jeszcze lepszy. Dam 7/10.
Film obejrzałem dzięki filmweb.pl w trakcie Filmweb offline 2016.

"Żywioł. Deepwater Horizon" tyt. org. "Deepwater Horizon" scen. Matthew Michael Camahan, Matthew Sand reż. Peter Berg w rolach głównych  Mark Wahlberg i Kurt Russell

18 lipca 2016

Przysypianie na Manhattanie

Zaczynam się zastanawiać po co chodzi się do kina? Nie wiem jak wy, ale ja kiedyś byłem kinomanem (to trochę podobne do bycia narkomanem, tyle że nie wygląda się jak nieświeże zombi i można prowadzić samochód). Oglądałem wszystko, raz nawet "Kamienne tablice" i było fajnie. Raz zdarzyło mi się wyjść z kina (serio tylko raz), raz przysnąłem i raz z nudów grałem sobie na jakimś gameboju lub czymś podobnym. Teraz nie dość, że większość osób znajdujących się w kinie, myli sale kinową z restauracją czy domem publicznym na literę "b" (bynajmniej nie o bibliotekę mi chodzi), lub też z budką telefoniczną czy klubem dyskusyjnym, to na dokładkę z ekranu wieje nudą lub (oprócz efektów CGI i pirotechnicznych) kompletnie niczym.

Ale ja tu o filmie miałem pisać, a nie wylewać gorzkie żale nad kondycją kina. Trafił mi się thriller. To znaczy na FW jest tak opisany, bo ja byłem na kryminałku chyba miał być psychologiczny, ale ja jakoś głębi nie odczułem. Dobrze zapowiadający się dziennikarz śledczy Porter Wren (Adrien Brody), kończy jako dziennikarska hiena, krążąca od wypadku do tragedii, aby wyrwać z piersi ofiar, parujące jeszcze serce i pokazać je w swojej gazecie. Ale o to, zostaje wciągnięty, z jednej strony seksualnie (tu w roli femme fatale Yvonne Strahovski), z drugiej dość brutalnie, do akcji  poszukiwania "zaginionej arki", znaczy się filmu, który się niechcąco-chętnie nakręcił był.

Tu może by lekki spojler, jeśli nie widziałeś, a musisz obejrzeć, to omiń ten akapit. Cała intryga związana z ową produkcją filmową, jak i wątki poboczne dziejące się w trakcie poszukiwań, zszyte są tak wątłą nicią, że za jej pomocą można by przywiązać do nabrzeża średniej wielkości transatlantyk. Zupełnie niezrozumiały jest powód, dla którego jest on tak poszukiwany. W latach 90 znacznie gorsze filmy nikogo już nie szokowały, zaś ten mógł "czarnemu charakterowi" wręcz przysporzyć sympatii i poprawić jego medialny wizerunek. O ile lekki szantaż (jakiemu został poddany Wren) jeszcze rozumiem, to pobicia i napaści na dom nie mogę pojąć. Działania kobiety fatalnej, w tej sytuacji, miały już chyba służyć tylko temu aby Yvonne pokazać nago (nie wiem co prawda czy to jej ciało czy ciało dublerki, ale widok jest bardzo miły dla oka). Infantylne zachowania, zmarłego tragicznie męża Yvonne, wydają się być w tym towarzystwie całkiem racjonalne.

O ile aktorzy drugoplanowi byli dobrzy w tym co robili i Strahovski też podołała roli, to Adrien, moim zdaniem poległ na całej linii. Nie wiem czy to wina złego prowadzenia przez reżysera, czy aktor źle sobie wyobraził osobę dziennikarza, ale mnie nie przekonał, był do bólu sztuczny, wręcz groteskowy, co mnie dziwi, bo widziałem go w kilku filmach i dobrze odgrywał swoje role.

Nie wiem jak książka, ale film był zbytnio rozwleczony. Momentami wiało taką nudą z ekranu, że siłą woli powstrzymywałem się jeno przed przysypianiem. Swobodnie można go byłoby upchnąć w 90, a może nawet w osiemdziesięciu minutach. Moja ocena to 4/10.

"Tajemnice Manhattanu" tyt. org. "Manhattan nocturne" scen. i reż. Brian DeCubellis w rolach głównych Adrien Brody i Yvonne Strahovski