2 czerwca 2019

Bilans zysków i strat

Opadł już targowy kurz, a X jubileuszowe WTK przeszły do historii, ale nie poszły w zapomnienie (co to to nie). Niby rozmach był, bo to i kilkuset wystawców, strefa gier, strefa komiksu, strefa fantastyki i wiele wiele innych oraz 80 tysięcy kupujących zwiedzających, a jednocześnie dało się odczuć, że organizator bardzo mocno przyciął koszty. Mało kas, strefa gier upchnięta w jakimś lochu (co prawda miało to swój klimat, ale na płycie miało rozmach). Nie można było jak w latach ubiegłych, wyskoczyć sobie choćby na Francuską (odznaczając się u ochrony), coś przegryźć (bo ceny na stadionie nie są dla normalnych ludzi) bo wejściówki uprawniały tylko do jednego wejścia. Na dokładkę tylko dwa bufety były czynne, żadnego żarłowozu. Czuło się oszczędności na każdym kroku.
Ale to nie ważne, bo to co się zadziało w sobotę, było wielkie. Akcja z półki na półkę organizowana przez Lubimy czytać (bo o nią właśnie chodzi) dzięki wam czytacze była w tym roku kosmiczna. Ja jak zwykle zacząłem już w czwartek, udając się do obsługi coby im przypomnieć, że na sobotę potrzebne będą stoły. W piątek poszedłem się przypomnieć i tak jak najdelikatniej zasugerowałem, że sobota jest już jutro. W sobotę wystartowałem jak rakieta i po 10 minut pięć dotarłem pod salę Amsterdam, w której to akcja miała się odbyć. Lekkie zdziwienie wywołała u mnie, kolejka która już czekała pod salą (od czwartku tam siedzieliście czy jak?), zaś w sali (w co nie uwierzycie) były ustawione stoły. Mogliśmy zatem od razu udać się do wydawnictw po książki. W tym roku i wydawnictw było więcej i szczodrzej sypnęły książkami. A JA ZE SWOJEJ STRONY JAK ZWYKLE NIEZWYKLE JESTEM WAM ZA TO WDZIĘCZNY I BARDZO DZIĘKUJĘ. Zaś to co działo się od dwunastej, to jeszcze tak nie było. Zazwyczaj wystarczała nasza trójka do roznoszenia książek po stołach, i dawaliśmy radę. W tym roku pięć osób roznosiło i ledwo ledwo się wyrabialiśmy. Brakowało miejsca na stołach (i to mimo chomików, które zgarniały całe stosy książek), a końca kolejki widać nie było. Daliście czadu ludziska i było pięknie.
W niedzielę za to, postanowiłem po raz pierwszy zebrać autografy. I może nie byłoby w tym nic dziwnego ale wszystkie dwanaście miały się znaleźć w jednej książce. Chodziło o antologie Harda Horda Hardej Hordy i mi się udało, ba wyrobiłem 108% normy (przodownik pracy).
Albowiem Horda składa się z trzynastu hordzistek. Jak widać na obrazie z pierwszego hardego śniadania, które odbyło się w strefie fantastyki. I ja też tam byłem ale nic nie jadłem (no może poza paroma krówkami) i niewiele piłem. Nic nie trzeba czynić na jego pamiątkę.
Być może smutna wiadomość na koniec. Nie udało mi się uzyskać konkretnej odpowiedzi czy w przyszłym roku będzie stoisko Polskiego Fandomu, ale skądinąd wiem, że mieli  umowę z organizatorem do tego roku. Być może zatem już nie zobaczymy Zajdla na przyszłorocznych targach.
Podsumowując 10 książek, 2 czasopisma, 13 autografów, 0,5 kilograma przypinek i coś koło tego krówek, 3 torby płócienne (publio.pl i Polska Akademia Nauk), kieliszek wina (chyba mi to w krew wejdzie, chlanie wina na targach książki) i piękne wspomnienia jak co roku. Do kolejnych targów zostało 51 tygodni.


23 maja 2019

Czas na targi

Czas jest dość ciekawą rzeczą. Właściwie nie ma przyszłości i przeszłości, jest tylko teraźniejszość (a w każdym bądź razie nic innego nie możemy jeszcze zaobserwować).
No i właśnie teraz mam taki lekki problem z tym czasem. Bo właśnie jutro/dziś/wczoraj pójdę/poszedłem i kupię/kupiłem sobie książkę. Na WTK oczywiście, które się zaczęły/zaczną wczoraj/dziś/jutro, a potem zacznie/zaczął się mój koszmar z czasem. (Piszę to tak, bo właściwie nie wiem jaki teraz jest dzień. Jak tylko wysiądę z tego cholernego niebieskiego pudła, to mam nadzieję, że wszystko się unormuje). Jak to ja zacząłem się szwendać po targowisku próżności, patrząc kto jest, a kogo nie ma (nie ma np. merlina.pl i nie ma krówek [a w każdym bądź razie jest ich znacznie mniej], ani darmowej kawy [to mi akurat zupełnie nie przeszkadza i tak nie lubię kawy] hm ciekawe czemu go nie ma?). Za to poczęstunków było ho ho, ja wlazłem na trzy (u Rumunów, Francuzów i na stoisku Znaku) wszędzie było wino (białe i czerwone) jakieś kanapki, naleśniki, ciastka i desery. Wypas normalnie. A chwilkę później trafiłem przez zupełny przypadek (bo łatwiej czarną dziurę w kosmosie znaleźć) do strefy fantastyki. I się zaczęła moja gehenna z czasem. Najpierw lekko czknęło do przodu i stąd ta zakładka z przyszłorocznych targów. Potem polecieliśmy parę lat w przeszłość i nieopacznie zostawiłem to zdjęcie (na szczęście u siebie w chałupie w albumie). Trochę wyblakło i tu i ówdzie przytarło ale wszystko wyraźnie widać. A teraz siedzę cholera wie gdzie, a jeszcze mniej wiem kiedy i piszę tego posta. Jak to możliwe spytacie, to wam pokażę. Stało sobie to niebieskie

bydle w kąciku, a ja głupi wlazłem pozwiedzać. Wiecie, że w środku jest nieco większe niż na zewnątrz. Trochę mi się zeszło (zwłaszcza przy basenie) oraz na siódmym poziomie w magazynie eksponatów (już nic nie powiem o sali kinowej i jakie i z kiedy można sobie filmy obejrzeć, niestety czas gonił). Biblioteka w tardisie jest niesamowita, nie możecie sobie nawet tego wyobrazić (szkoda że tylko angielskie wydania, ale mino wszystko). Jak w końcu wylazłem, to to właśnie robiło to swoje wziuu i poszło. To ja do doktora coby mnie wypuścił, że ja nie chcę (przecie napisałem, żem głupi).  Ale na moje szczęście/nieszczęście doktor powiedział: NO.

12 czerwca 2018

Cieniutki popisk

Zawsze lubiłem antologie wszelakie, a najbardziej te z krótką formą, opowiadań czy nowel. Oczywiście najbardziej te z działki SF, ale i inne jakie mi się trafiły też z chęcią przeczytałem. Dzięki nim zawsze można było dowiedzieć się co na innych planetach piszczy. Czy to poznać twórczość kilku autorów i nabrać chęci na zaznajomienie się z ich inną twórczością (bądź wręcz przeciwnie) albo też poznać inną stronę już wcześniej poznanego autora powieści. Czy po to je tworzono, nie wiem, mi służyły właśnie do tego celu. Wśród kilkunastu opowiadań trafiały się oczywiście czasem jakieś jedno góra dwa słabsze kawałki ale zazwyczaj też jedna bądź dwie perełki, a pozostałe trzymały bardzo wysoki poziom. Dbali o to redaktorzy, a i pewnikiem sami autorzy. I ta pozycja tego nie zmieni chociaż bardzo się starała.

Nie wiem co przyświecało redaktorowi i autorom tej antologii, bo z całą pewnością nie chęć pozyskania nowych czytelników. Dwa opowiadania z szesnastu, i to nie dlatego, że są dobre, ale na tle pozostałych się czymś wyróżniają. "Trup, którego nie ma" bo choć zabawny czasami i za gumiklyjzy (cokolwiek to jest) oraz "...Że cię nie opuszczę aż do śmierci..." za metafory i przenośnie i opisowość i porównania (bo sam pomysł raczej mocno ograny). Reszta jest słaba, cieniutka, a czasem jeszcze gorsza. Dwóm autorom nie chciało się nawet nic oryginalnego wymyślić, zbyletryzowali jeno rzeczywiste wydarzenia i się pod tym podpisali. Jak mnie nachodzi chęć przeczytania jakiegoś zbyletryzowanego (uwierzcie mi to nie jest błąd ortograficzny czy literówka) utworu, to idę nad kanałek kaczki pokarmić, aż mi przejdzie. I czy trzeba było do tego zatrudniać niejakiego Remigiusza M. czy też Katarzynę P. . Ponoć życie pisze najlepsze scenariusze, a im się udało nawet to spaprać.

Szczerze powiem nie spodziewałem się aż takiego gniota, bo to ponoć piętnastu najlepszych polskich pisarzy tworzyło. Aż boję się pomyśleć co mogliby stworzyć ci gorsi, a może by nas zaskoczyli i tych najlepszych. Ale ta pozycja ma jeden niezaprzeczalny plus, może służyć jako notes do zbierania autografów piętnastu najlepszych polskich autorów (ja mam już jeden). Mogę dać trzy na dziesięć, a i to wydaje mi się na wyrost.

23 maja 2018

Wypas krówek na Narodowym


Jak wiecie w niedzielę zakończyły się kolejne targi książki w Warszawie. Ja jak co roku spędziłem te cztery świąteczne dni na Narodowym. Jak było? Jak zwykle magicznie.
Książki, komiksy, zakładki, przypinki, gry, no i oczywiście krówki.
Ale też lirycznie i prozaicznie.
Aż cztery osoby były potrzebne do przecięcia wstęgi i ogłoszenia, że uważają targi za otwarte. Ja tam zauważyłem to i bez nich, jak zresztą wielu poza mną. Tylko stado fotoreporterów oraz oficjeli (którzy, tak jedni jak i drudzy, opuścili targi razem z prezydentką Warszawy i chyba już na nie nie wrócili) wydawali się tym poruszeni.
Ja zaś obleciałem (własnonożnie, skrzydłów nadal mi brak) stadion coby przywitać się z tymi, którzy nadal mnie nie lubią (no co ja poradzę, że ja ich lubię i namolnie co roku ich nawiedzam). Z tymi, którzy nie za bardzo wiedzieli kto zacz ich tak radośnie wita, niemalże merdając ogonem (niemalże, albowiem nie posiadam tak jak skrzydłów). No i z tymi, którzy chyba mnie jeszcze lubią (ale ci są w mniejszości ze zrozumiałych powodów).
Na dzień dobry w Nexto wygrałem e-booka "Marsjanin" (szczerze, to liczyłem na czytnik) i dostałem śliczny plecakowór (nadal mi się podoba co mnie nieco dziwi). Zaś u merlina zaopatrzyłem się w krówki.  Oczywiście udałem się też na drugie piętro coby przypomnieć, że w sobotę będą nam potrzebne stoły.
Piątek to był dzień drobnych zakupów. Udało mi się też zaopatrzyć w krówki w Nexto, Zielonej Sowie i Czarnej Owcy. Przypomniałem też, tym z drugiego piętra, że w sobotę będą nam potrzebne stoły.
Sobota, to oczywiście akcja spółki na spółkę, w której biorę udział jako wolontariusz. Jak zwykle nie było stołów, a w tym roku nawet nie było co liczyć na pomoc. Daliśmy radę, akcja (to moje zdanie, nie musicie się z nim zgadzać) udała się nad podziw. Oczywiście duża zasługa w tym wszystkich wydawnictw, które ofiarowały sporo całkiem niezłych pozycji BARDZO WAM ZA TO DZIĘKUJĘ. Po akcji zaopatrzyłem się w krówki w merlinie oraz w PAN-ie (te krówki podtrzymywały moje funkcje życiowe, bo ceny żywności na stadionie to jakiś koszmar). Fundacja DKMS za to, napoiła spragnionego (zupełnie za darmo, bo niestety nie spełniam kryteriów dawcy szpiku), a ceny napojów na Narodowym to jakaś totalna aberracja. Mimo dużej ilości cukru z krówek, krążącego w moim krwiobiegu, jednak padłem. Na szczęście na płycie (a bo zapomniałem napisać, że w sobotę otwarto płytę na której odbywały się zawody w e-sporcie [choć noże na jednym ze stoisk były jak najbardziej prawdziwe]) rozstawiono leżaki, takoż przez jakieś 20, no dobra 30 minut, z jednego z nich, kontemplowałem sobie dach stadionu. Ale wicie rozumicie, akcja z rana, targanie ciężarów i ganianie oraz poganianie (daje w kość), a potem noszenie ciężkiego plecaka ze zdobyczami, przeciążyło organizm. I tak kontemplując ten sufit, popijając wodę i pojadając krówki, wpadłem na pomysł zdjęcia, które otwiera tego posta. Dlatego w niedzielę...
Dlatego w niedzielę ganiałem (wydawałoby się poważny i już niezbyt młody człowiek) i zaopatrywałem (no przecież nie napiszę, że bezczelnie zabierałem [nawet ostatnią z miseczki])  się w krówki wszędzie gdzie tylko jakieś przyuważyłem. A przy okazji załapałem się na torbę, stado ołówków, tak z piętnaście deka zakładek i z dziesięć deka przypinek, podkładki pod szklanki, dwa długopisy, kilka notesów i notesików, piękny korkociąg do wina, a na dokładkę się ubzdryngoliłem. Piję (chodzi o alkohol, bo wody i herbaty to ile wlezie) mało, serio, a na targach książki (tak nadal jesteśmy na stadionie Narodowym) częstowali młodym winem. Jedno było paskudne, płaskie, bez wyrazu i rozwodnione. Za to drugie młode, szalone i dobre. I tak mi się troszkę poplątało.
Pewnie zauważyliście, że w jednym miejscu jest nie krówka. Tak, tam było stoisko nagrody im. Janusza A. Zajdla i tam częstowano galaretkami, autografami i uśmiechem. Nie mieli krówek, to co miałem zrobić.

Wszystko co piękne i dobre niestety kończy się nazbyt szybko. Dziewiąte targi to już historia trzeba czekać rok na dziesiąte.

ps. Miś oznacza przybliżone miejsce gdzie autor wpadł na pomysł zdjęcia, wszystko (łącznie z żelkiem) co widać na zdjęciu pochodzi z targów.  

28 maja 2017

A najbardziej mi żal cukrowej waty

I znowu on. Jak tak dalej pójdzie, to jeszcze zmienię imię na Kinga. Kolejna książka i kolejne zdziwienie. Bo choć niby jest to taki paranormalny kryminałek z melodramatem w tle, ale tak na serio to książka obyczajowa.

I też tak jakoś bez zachwytów. Jedyne co w niej mi się (i to bardzo) podoba to opisy. Jak u większości autorów, opisy nużą (była taka książka, która mnie uśpiła i to na amen, rodziciele musieli mi wyjąć twarz z książki), rozpraszają akcję, spowalniają, to u  Kinga jest wręcz przeciwnie. Może tylko ja tak mam, ale mnie opisy w jego książkach wciągają bardziej, niż (często gęsto) cieniutka fabuła czy słaby pomysł (tak jak w tej pozycji). Chwilami wręcz byłem tuż obok bohatera. Szedłem z nim po plaży, czułem słoną bryzę, mokry piach pod stopami i promienie słońca. Machałem wajchami sterującymi karuzelami albo pociłem się w przebraniu razem z nim, w tym zakichanym lunaparku. Jak dla mnie King jest mistrzem opisów.

Co jeszcze można dobrego napisać o niej. Jeżeli interesuje was historia takich lekko szalonych showbusinessów, ludzie jacy się zatrudniają w nich, oraz jaki jest ich stosunek do was, odwiedzających ich przybytki, to jest to pozycja godna polecenia. King (co już napisałem wcześniej ale się powtórzę) znakomicie opisuje, zaplecze, ludzi (pracujących w nich na stałe, jak i tych pracujących dorywczo) ich język, wzajemne relacje, stosunki (nie liczcie na ekscytujące, smakowite czy soczyste opisy). Codzienne i te niecodzienne radości i smutki. A nawet takie marginalne zahaczenie o ekonomiczny aspekt tej działalności. Po lekturze można brać się za nomen-omen rozkręcanie karuzelowego interesu ;). 

Nie to nie jest rewelacja, to nawet nie jest jakaś ważna pozycja. Ot takie czytadełko, ale za te opisy, tak za te opisy to dam 6/10. Ale nie, nie polecam, King ma w swoim dorobku o wiele lepsze pozycje i nie warto na nią marnować oczu, a poza tym,  jest tyle książek, a tak mało czasu.

Stephen King "Joyland" tyt. oryg. "Joyland" Wydawca Prószyński i S-ka

22 maja 2017

Nominacje do nagrody im. Janusza A. Zajdla

Słowo się rzekło.

Obiecałem wczoraj, że dziś zdam relację z ogłoszonych nominacji do najważniejszej (moim zdaniem) nagrody literackiej w fantastyce. A jako, że załoga LC uciekła jeszcze przed zakończeniem akcji "Z półki na półkę" (tak, tak, pochwały zbierać to my, a do sprzątania to wolontariusze są ;)), to tak trochę się czułem jak przedstawiciel strony.

Zaczęło się jak już wczoraj opowiadałem od eskortowania gościa honorowego Pani Jadwigi Zajdel. Udało mi się to zrobić sprytnym mykiem z minimalnym opóźnieniem (nie przekraczającym kwadransa akademickiego). Impreza zatem mogła, bez większej zwłoki się rozpocząć.

Prowadzącymi byli Aleksandra Ciejek i Tomasz Kołodziejczak. Oczywiście zaczęło się od części nudnej zwanej oficjalną, czyli podziękowania sponsorom i inne takie dziwactwa. Jedyną atrakcja tej części było wykorzystanie teleportera, aby przenieś niespodziewanie prowadzących, z kąta sali niewyróżniającego się niczym szczególnym, pod stend nagrodowy stojący w drugim kącie sali (w trzecim siedziałem ja i nie był on na szczęście zbyt reprezentacyjny).

W drugiej części "gali" Pani Jadwiga ogłosiła tegoroczne nominacje. W kategorii opowiadanie nominowanych zostało, nietypowo, aż siedem opowiadań: "Lo faresti per me?" Juliusza Brauna; "Bunt maszyn" Michała Cholewy; "Panicz z Ertel-Sega" Agnieszki Hałas; "Paradoks Bliźniąt" Magdaleny Kucenty; "Wywiad z Borutą" Łukasza Orbitowskiego i Michała Cetnarowskiego oraz "Na nocnej zmianie" i "To byliśmy my" Anny Szumacher. W kategorii powieść nominowano: "Inwit" Michała Cholewy; "Siłę niższą" Marty Kisiel; "Idź i czekaj mrozów" Marty Krajewskiej; "Czterdzieści i cztery" Krzysztofa Piskorskiego i "Puste niebo" Radka Raka.

Był też show. Laureaci z lat ubiegłych opowiadali jak to jest zostać laureatem nagrody. I tu się okazało, że większość laureatów bardzo identyfikuje się z postaciami z "Kubusia Puchatka", a zwłaszcza z jedną. Rober Wagner gdy stanął na konwencie czuł się jak Kłapouchy, któremu kazano śpiewać na scenie. Następny miał być Tygrysek czyli Jakub Ćwiek ale okazało się, że też jest li tylko Kłapouchym w przebraniu. Dowiedziawszy się o nominacji, struchlał, zadrżał i zapomniał języka w gębie. Tomasz Kołodziejczak ma za to bardzo ekonomiczne podejście do nagrody. Może ona w pewnych warunkach podnieść wartość mieszkania jako oryginalne rękodzieło afrykańskie. A czasem bywa bardzo niebezpieczna dla pomocy domowej (jak już może wspomniałem, waży swoje ta statuetka i spadając z dużej wysokości może narobić szkód oraz nieźle przestraszyć), aż będzie domagać się podwyżki za pracę w warunkach zagrażających życiu lub zdrowiu. A wystarczyło kupić kask.

I tym lekko satyrycznym akcentem zakończyła się "gala" nominacji. Wyłonienie laureatów jak zwykle dokona się na Polconie. W tym roku w Lublinie na terenie Uniwersytetu im. Marii Curie-Skłodowskiej w dniach 24-27 sierpnia (dokładnie 26, ale wszyscy zainteresowani to przecież wiedzą).

21 maja 2017

Nieziemskie targi, śliczne magiczne z wizytą le pena

Co mnie jeszcze spotka na targach. W każdym bądź razie, co by to nie było, ciężko będzie przebić tegoroczne targowanie.

Drugiego dnia, targi nawiedził le pen prezesa w towarzystwie absolutnie nieważnego polityka w Niemczech, czyli ichniejszego prezydenta. Jeszcze pare lat temu nie wiedziałem, że oni tam mają coś takiego jak prezydent. I te dwie zupełnie nieistotne i zbędne w obu krajach osoby, zrobiły dookoła siebie tyle szumu jakby byli niezwykle ważni. Ale obu panom muszę powiedzieć, że skutek był wręcz odwrotny od zamierzonego. Hordy borowików wraz z ochroniarzami i ochroną stadionu skutecznie zablokowały główne wejście na targi. Nie tylko chcący dostać się na targi  (można było mykiem przez trybunę, albo odstać swoje i dać się przemacać ochronie) ale (a może zwłaszcza) wystawcy, klęli w żywy kamień i nabijali się z zadęcia i przegięcia. Swoją drogą panie długopisie prezesa, jak się pan tak obawia tego przypadkowego społeczeństwa, to może niech pan nie wychodzi z pałacu namiestnikowskiego, tylko korespondencyjnie nawiedza wydarzenia odbywające się pod pana "patronatem".

I zaczął się dzień trzeci. Dla mnie od składania (ponownie) krzeseł w wyznaczonej przez organizatorów sali. Tak, tak, jak dwa lata temu, sale była przygotowana do jakiegoś odczytu, a nie do akcji z półki na półkę. Gorączkowe ściąganie stołów i zestawianie krzeseł, skończyło się tym czym się skończyć musiało. Było trochę ciasno i trudno ale się chyba udało. Wszystkim nie dogodzisz zatem kilka osób było niezadowolonych, ale większość wychodziła uśmiechnięta. Mam nadzieję, że za rok znowu się spotkamy. Mi się udało 2 Kingi, Eco, Pratchett i nowość od SQN, oraz wyciągnięta ze stosów pozostawionych Kańtoch  i Nortonka. Chciałbym też podziękować z tego miejsca wszystkim wydawnictwom, które nie żałowały i obdarowały nas nowościami (a prywatnie jeszcze SQN za piękną niebieską torbę, drugą oddałem wiedźmie).
Ale najlepsze i najpiękniejsze było dopiero przede mną. Otóż w tym roku po raz pierwszy nominacje do nagrody im. Janusza A. Zajdla były ogłaszane na warszawskich targach. Z tego powodu było niewielkie (rozmiarami, bo ludzie jacy się tam pojawiali, to same tuzy polskiej fantastyki) stoisko z wystawioną statuetką nagrody (miałem ją w rękach, ale oddałem)  i wydawanymi antologiami opowiadań i fragmentów powieści nominowanymi do nagrody w latach poprzednich. Stoisko wypatrzyłem już pierwszego dnia i nie mogłem się powstrzymać aby nie dowiedzieć się czy można jakoś zdobyć owo wydawnictwo (albowiem kocham antologie, szczególnie opowiadań sf). Okazało się, że można i dowiedziałem się jak to zrobić, i wstyd się przyznać ale wykorzystałem ten sposób w sposób nie licujący z godnością, a wręcz i w nóż można powiedzieć bezczelnie i z premedytacją. Ale tego co mnie spotkało w sobotę się nie spodziewałem. Nie dość, że zdobyłem jedną z antologii, ale jeszcze na dokładkę z faksymile Janusza A. Zajdla odciśnięte przez Panią Jadwigę Zajdel. Ale tu miałem szansę odpracować ten dar, bo służyłem za przewodnika dla Pani Jadwigi. Przeprowadziłem sprawnie i pomysłowo od stoiska do sali Paryż, gdzie ogłaszane były tegoroczne nominacje (o wydarzeniu napiszę jutro, bo ten post i tak jest już długi i wiele osób pewnie TLDR). Miałem przy okazji szansę na taką zwykła rozmowę i jestem urzeczony i oczarowany. To bardzo niezwykła osoba, a mnie zwykłemu śmiertelnikowi dane było sobie z nią pogawędzić. Nie mogę też nie wyrazić mojej wielkie wdzięczności dla Pani Elżbiety Gepfert za cierpliwość, uśmiech i dobre słowo na zakończenie targów, dla namolnego, dzień po dniu przyłażącego, zapewne wkurzającego i wyłudzającego kolejne tomy (może kiedyś będzie mi to wybaczone) patafiana (znaczy mnie).

A dziś targi się skończyły. I już nie mogę się doczekać kolejnych. Czym mnie zaskoczą, gdzie pokierują, co niespodziewanego mnie spotka. A to dopiero czy może już za rok.