4 marca 2020

Na wyspach Bergamutach

Wczoraj, czyli trzeciego marca, był Światowy Dzień Dzikiej Przyrody. Szkoda tylko, że coraz mniej jest tej dzikiej przyrody, z tej prostej przyczyny, że nas jest coraz więcej. Ponadto z jakiś zupełnie niewyjaśnionych powodów lubimy wszystko poklasyfikować, ponazywać zupełnie niezrozumiałymi słowami np. gallus gallus domesticus, ponumerować i oznakować. Następnie poukładać w gablotkach i zaliczyć do wymarłych.
Z powieściami robimy podobnie, staramy się je przypisać do jakiegoś gatunku (potem odkładamy na półkę i zaliczamy do przeczytanych). I tu zaczyna się mój problem z tym co właśnie przeczytałem. Niby to kryminał, opowieść policyjna, ale więcej w tym obyczajówki niźli tego kryminału. I okej może być kryminał obyczajowy nawet fajnie brzmi. Ale akcja tego kryminału dzieje się na wyspach, które leżą pomiędzy Albionem i Skandynawią, i miasta są na nich i wioski, drogi, porty, transport morski, i nawet ratusz jest jak mniemam  "i tylko... wysp tych nie ma". Ponoć był jakiś Doggerland, który nawet lądowo łączył Brytanię z kontynentem europejskim, tylko że jakieś trzynaście tysięcy lat temu, a ostatnie jego pozostałości pochłonęło morze jakieś 8000 lat temu. Nie wiem co Volvo wtedy produkowało ale Jaguar to chyba szablastozębny właśnie wszedł do produkcji. Zatem to albo bajka albo fantastyka. Bajka to to nie jest zapewniam, zostaje fantastyka. Sumując: przeczytałem fantastyczno nienaukowy kryminał obyczajowy i git.

Za co lubię serial "Endeavour: Sprawy młodego Morsa" i jemu podobne, za ich niespieszne tempo. Za to że nie muszę uważać kto, kogo, czym, w co i ile razy postrzelił. A jak w ranie znaleziono nogę komara, pióro pawia i włókno węglowe to powinienem się domyślić, ze morderca jest zapalonym golfistą. Mogę na spokojnie śledzić rozwój śledztwa, a przy tym zachwycać się jak autorom filmu udało się odwzorować lata sześćdziesiąte ubiegłego wieku. Mogę też podziwiać grę aktorów, wsłuchiwać się w dźwięki i muzykę dobraną do danego odcinka. W książce takie tempo, troszeczkę niestety nuży.

Teraz tych którzy zamierzają przeczytać książkę Pani Marii proszę o przejście do kolejnego akapitu. Muszę bowiem niestety zdradzić clou intrygi, które niestety nie jest najwyższych lotów.
Dlaczego napisałem nienaukowej. Bliźniaki jednojajowe wiele łączy. Mają ten sam genom, są do siebie podobne, nierzadko mają podobne skłonności. A ponoć niektóre z takich bliźniąt łączy coś na podobieństwo splątania kwantowego. Jeszcze raz proszę osoby, które mają w planach powieść "Podstęp" aby przeszły do kolejnego akapitu, to ostatnie ostrzeżenie. Ale jedno mają odmienne, są to linie papilarne. Pierwsze co robią śledczy po zebraniu wszystkich próbek, to pobranie odcisków palców od denata. Po pierwsze jeśli są w bazie policyjnej to potwierdzi identyfikację. Po drugie nawet jeśli nie ma ich w bazie, to trzeba odrzucić odciski ofiary z tych znalezionych na miejscu zbrodni. I tu byłoby pierwsze zaskoczenie jakby w domu ofiary znaleziono niewiele jej odcisków, a w jej sypialni ani jednego. Za to w samochodzie i całym domu pełno byłoby jakiś obcych odcisków, zwłaszcza na rzeczach osobistych ofiary. To z pewnością byłoby dużym zaskoczeniem dla śledczych. W scenie finałowej też jest niewielki błąd. Nie było możliwości niepostrzeżenie podkraść się do policjantki. Co zresztą w kolejnych akapitach udowadnia sama autorka. Ale to przy tym pierwszym to drobiazg.

Pod względem literackim książka świetna. Autorka ma lekkie pióro i jest urodzonym gawędziarzem. Dialogi i rozmowy są żywe i dostosowane do miejsca i postaci. Bohaterowie są pełnokrwiści i bardzo ludzcy, czasem może nawet za bardzo. Byłaby to wręcz powieść doskonała gdyby nie ten aspekt kryminalny. Bo kryminalnie bardzo słabiutko, osoby które już nie jeden kryminał zaliczyły (w sensie nie odsiadkę tylko książkę) będą bardzo zawiedzione. Cała intryga wynika nie z genialności opisanej zbrodni ale z niewiedzy autorki niestety. Będziecie mogli się o tym przekonać już za tydzień, bo za tydzień właśnie książka będzie miała swoją oficjalną premierę.

Za książkę Bardzo Dziękuję Wydawnictwu W.A.B. oraz genialnemu serwisowi nakanpie.pl, które założyło Klub Recenzenta i nawet mnie do niego wpuściło.

Cały czas biję się z myślami jaką właściwie dać ocenę. Ta książka to podstęp, z jednej strony postaci, z którymi mimowolnie się człowiek zaprzyjaźnił, a z drugiej strony ta kryminalno piramidalna bzdura, która jest osią napędową powieści. Dam na wyrost 6/10 ale, w przeciwieństwie do książek Becketta czy MacBrida, nie mam jakoś większej ochoty wracać na wyspy Doggerlandzkie.

Maria Adolfsson "Podstęp" tyt. org. "Felsteg" wydawca Wydawnictwo W.A.B.

23 lutego 2020

United States of... Canada?

Dzień zakochanych, takie dość dziwne i jakby nie patrzeć zupełnie zbędne święto. Ci co akurat są zakochani potrzebują go jak dobry most dziury i tak mają święto na co dzień. Obchodzący zaś rzadko kiedy są jeszcze w sobie zakochani, a często są już raczej na etapie zastanawiania się co oni właściwie w sobie widzieli. Reszta dostaje niestrawności od różu, słodziaków i serduszek.
Taak, ale zakochanym być. Stopy potykają się na gładkiej, pustej i nie śliskiej podłodze. Kolana dostają specjalne zezwolenie na zginanie się w dowolnym kierunku co perfidnie i złośliwie wykorzystują. Układ pokarmowy przestawia się na wytwarzanie owadów powszechnie nazywanych motylami (normalnie produkuje bąki). Zaś mózg zamienia się w budyń produkujący endorfiny litrami. Najgorsze w tym jest to, że obiekt nic nie wie o żywionych wobec niego uczuciach. Zazwyczaj nawet nie wie o waszym istnieniu. Czasem to chciałoby się tak wstać, podejść nie potykając się i nie obijając se twarzy o podłogę, gdy akurat kolana wpadną na pomysł zgięcia się w tył. I z błyskiem (może nie szaleństwa, bo mogłoby to odstraszyć) w oku, powiedzieć: "Blejtram, a tam ekierka" (może przetłumaczę, bo nie każdy rozumie język zakochanych "Cześć, jestem fprefect"). Idąc za ciosem "Kalafior pryszczaty... (może od razu napiszę tłumaczenie "Może wybrałabyś się ze mną do kina albo nawet na film"). Muszę wam powiedzieć, że to bardzo skuteczna metoda*.

Nie wiem czy autor powieści był zakochany jak ją pisał. Ale niezbyt zborny język (nie wiem czy więcej w tym winy autora czy tłumacza), oraz nietypowa logika mogą na to wskazywać.

Ta powieść to istny kociokwik. Wymaga pełnego skupienia albowiem główny bohater przeobraża się psychicznie i fizycznie, zmienia się jego imię i nazwisko, ciągoty i umiejętności, wiedza i lodówka. Przemieszcza się w światach dusznych (takich jak sejfy, lochy czy archiwa), bezdusznych (świat prostopadły z budyniu powstały), czy zadusznych (czyli zaświatach). Żyje, nie żyje i nie wiadomo czy przeżyje choć jest nieśmiertelny, by zginąć i stać się śmiertelnym. Podróżuje w czasie, przestrzeni tej realnej (a w niej to głównie piechty, choć czasem budyniem, rzadziej taksówką, a niekiedy próbką latającego dywanu) jak i tej dodanej i budyniem poprzekładanej. Jeśli będziesz czytał szybko to jesteś zgubiony i to chyba nawet bardziej niż on.

Na dokładkę to miało być zabawne i rozrywkowe. Tyle tylko, że jak jesteś skupiony na rozplątywaniu włosów zmieszanych ze spaghetti z sosem pomidorowym, to nawet nie powiem całkiem zabawne porównania i żarty autora tylko irytują. Są fragmenty gdzie to się zazębia i rzeczywiście jest dobrze i śmiesznie, ale to niestety dość rzadkie wyjątki. Ponadto autor tak pokręcił, pogmatwał, poplątał i zamieszał w fabule, że w końcu sam się zaczął gubić i mylić, a to jeszcze dodatkowo utrudniło odbiór.

A wszystko to, bo kilku kanadyjskim bankierom zamarzyła się władza nad światem. Jeszcze mógłbym uwierzyć w szwajcarskich ale kanadyjscy? 

Jak to zwykle ja musiałem oczywiście zacząć od tomu trzeciego, bo ja jakoś nie mogę jak normalni ludzie czytać w kolejności. Nie wiem czy ułatwiłoby to odbiór tej książki, ale wiem że o ile nie wpadną mi przez jakiś przypadek albo inne złe zrządzenie losu pozostałe dwa tomy, to nie będę ich jakoś usilnie szukał. Na okładkę lubię budyń czekoladowy, a waniliowym można mnie z domu wygnać, to więcej jak 5/10 nie dam. Zmęczyła mnie bardziej niż rozbawiła czy zaciekawiła.

Tom Holt "Ziemia, powietrze, ogień i… budyń" tyt. org. "Earth, air, fire and custard" wydawca Wydawnictwo Prószyński i S-ka

*O ile chcesz aby obiekt twoich westchnień i uniesień pozostał nieskalany poznaniem go bliżej.

11 lutego 2020

To ostatnia niedziela

Jesteśmy bardzo twórczą rasą. Zaś wyjątkową inwencję wykazujemy w sztuce zabijania się nawzajem. Potrafimy to zrobić czymkolwiek, a na dokładkę wymyślamy specjalnie tylko do tego celu przeznaczone przyrządy, maszyny, środki chemiczne i biologiczne, oraz energię. Możemy zakończyć nasz świat na tyle wymyślnych sposobów, że nie sposób zgadnąć jaką metodę eksterminacji rodzaju ludzkiego wybierzemy.

Kolejna wariacja na temat: "Jakby tu z przytupem zakończyć ludzką egzystencje na planecie Ziemia". O ile w większości tego typu książek poznajemy całą otoczkę, która doprowadziła do wesołego ostatniego nowego roku, a także przebieg konfliktu czy upadku cywilizacji jak choćby w opisywanej przeze mnie powieści "Śmierć trawy". W której to wirus atakuje najpierw w Chinach, a potem rozprzestrzenia się na cały świat. Ciekawostką jest to, że nie atakuje bezpośrednio ludzi ale wiechlinowate. I może nie byłoby aż tak źle jak opisuje to autor ale pięknie też by nie było.

Autorka "Ostatniego" poszła inną drogą. Nie wiemy nic o tym co doprowadziło do konfliktu. Niewiele więcej wiemy o jego rozmiarach. Choć ze strzępków informacji, oraz innych przesłanek możemy się domyślać, że nie był to konflikt totalny. Taką przesłanką jest choćby to, że działa internet. O ile dla mnie internet to taka trochę magia (może nie do końca czarna ale z pewnością też nie całkiem biała) to tak myślę, że do jego działania potrzebne są jakieś serwerownie. Te zaś potrzebują prądu i jakiejś łączności pomiędzy sobą. Działające elektrownie świadczą o tym, że cywilizacja jeszcze nie padła na pysk całkiem. 

Fajny pomysł jest taki, że śledzimy poczynania niewielkiej grupki ludzi, których konflikt zastaje w dość dużym, w miarę luksusowym i dość nowoczesnym hotelu. Hotelu który znajduje się w Europie, gdzieś na kompletnym odludziu. O ile psychologia nie jest istotnym elementem w takich pozycjach, bo wszelkie zachowania są prawdopodobne i dopuszczalne, o tyle tworzenie się plemienia ma swoją kolejność i to autorce się bardzo dobrze udało pokazać. Kolejnym smaczkiem jest śledztwo prowadzone przez głównego bohatera powieści, w sprawie zamordowanej  w dniu zagłady dziewczynki. Nie wiemy ile istnień zgasło, zdmuchniętych przez wybuchy bomb atomowych, a szukamy mordercy jednego dziecka. I to jest moim zdaniem świetne zagranie.

Jak zwykle wnerwiło mnie typowo holyłudzkie zakończenie, jak rybka chwyci to pociągniemy dalej. Ja rozumiem, że coraz ciężej wpaść na jakiś ciekawy pomysł i jak już się na taki po ciemaku nadepnie, to warto go wyeksploatować do maksimum, ale można to też zrobić w sposób cywilizowany. Zakończyć książkę jakąś petardą, a nie tak jak tu, po ostatnim fajerwerku ciągnąć jeszcze jakiś nieistotny wąteczek, do którego będzie można przysztukować tom drugi.

Książkę dostałem z Klubu Recenzenta (łubu dubu, łubu dubu niech żyje nam prezes naszego klubu, niech żyje nam, to napisałem ja recenzent drugiej klasy fprefect) portalu Nakanpie.pl dzięki uprzejmości wydawnictwa Czarna Owca. Bardzo chciałem za nią podziękować, bo całkiem fajna powieść się w niej kryła.

Dobrze napisane, nie doszukałem się jakiś poważniejszych błędów, może czasem brak logiki w zachowaniach poszczególnych postaci ale w dopuszczalnych granicach. Dam 7/10 ale nie będę śledził dalszych losów, bo mnie nie wciągło, a coś czuję, że będzie kontynuacja. 

Hanna Jameson "Ostatni" tyt. org. "The last" wydawca Wydawnictwo Czarna Owca.

30 stycznia 2020

Wirujący szklany morderca

Ciekawi mnie czemu niektórzy ludzie, często gęsto mający całkiem niezłe wykształcenie, znający rożne dziwne języki obce, jak choćby amerykański angielski. Tłumaczący zawodowo różne napisy, a czasami nawet całe książki napisów z języków dziwnych na jedyny normalny i zrozumiały, starają się być na siłę kreatywni.

Czasami chciałoby się wręcz nakłaść im szklarnią po łapkach jak coś bez seksu pokręcą, a czasem z chęcią nasłałoby się na nich eklektycznego parówkożercę coby im wszystkie ciepłe psy wyjadł. Czemu ta książka ma w Polsce tytuł "Elita zabójców"? Nie ma się to nijak do oryginalnego tytułu "Bad luck and trouble" co ja bym przetłumaczył na pech i kłopoty, ale może ja nie znam amerykańskiego angielskiego. Tytuł polski zupełnie też nie pasuje do treści powieści, a ten ładny taki hamerykański też tak ledwo ledwo.

Jack Reacher wagabunda, powsinoga, tułacz niemożliwy do odnalezienia, a w każdym bądź razie tak mu się wydawało. Ale jednak ktoś umiał go znaleźć. Kod 10-30 "funkcjonariusz potrzebuje pomocy" i nazwisko z przeszłości Reachera. Kiedy jeszcze był zawodowym żołnierzem, oficerem żandarmerii i dowódcą specjalnej grupy śledczej. Gra się toczy o 65 milionów dolarów i przeciwnicy się nie cofną i właśnie na to liczy Jack. Bo z grupą specjalną się nie zadziera, a już z pewnością nie w taki sposób.

Ktoś w holyłudzie chyba bardzo nie lubi tego cyklu. Żeby w roli dwumetrowego, ważącego sto dwadzieścia kilogramów  bydlaka obsadzić gościa, który był niższy od wszystkich swoich żon, a do Nicole Kidman to musiał zakładać koturny żeby ją w brodę pocałować. Trzeba specjalnie dobierać statystów do scen zbiorowych z nim i ubierać go w buty na obcasie, żeby choć trochę wyróżniał się z tłumu. To nieco wkurzyło fanów. Ciekawe jakby się wnerwili, bo to ponoć i Will Smith był rozważany do tej roli, gdyby ją dostał.

Kilka błędów i przedziwnych zachowań w tym całkiem niezłym czytadle, powoduje że nie jest to chyba najlepsza część tego cyklu. Jack załatwił sześciu to i ja dam 6/10 dobrze się czyta ale te błędy powodują pewien dysonans poznawczy i jeszcze ten idiotyczny tytuł. 

Lee Child "Elita zabójców" tyt. org. "Bad luck and trouble" wydawca Wydawnictwo Albatros A. Kuryłowicz

28 stycznia 2020

Torturowanie przez czytanie

Czytając to "dzieło" przypomniał mi się taki dowcip:
Rabi, rabi pomóż co robić? Mój syn nie umie pić i nie umie grać w karty.
Eee, no nie przesadzaj Mosze to chyba dobrze, że on tego nie umie?
Taa, rabi, tyle że on nie umie pić a pije i nie umie grać ale gra.
Autor tegoż potworka nie umie pisać powieści ani tym bardziej wierszy, niestety nie umie się też powstrzymać aby tego nie robić i niech mu tam, długopis się nigdy nie wypisze, a papier będzie cierpliwy. Tylko czy trzeba to od razu wieźć do drukarni i uraczyć brakiem talentu bogu ducha winnych czytelników.

To moje drugie spotkanie z samopublikacją i jak na razie jestem tą formą wydawniczą szczerze przerażony. Książkę otrzymałem z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl ale dziękować wyjątkowo nie będę (chyba mnie już tam nie lubią).

Bohaterowie tego tworu nie są nawet dwuwymiarowi, akcja jest prostolinijna i aż jestem zdziwiony, że książka w której się to znalazło zachowała trzy wymiary. Jedyne co w niej jest dobre, że nie jest zbyt gruba ale i tak przebrnięcie przez te dwieście pięćdziesiąt stron to męka. Chciejstwa jest tyle, że żeby jakoś uzmysłowić szczęście głównego bohatera, to trzeba by trafić szóstkę w totka z pięć razy pod rząd. Ale nie skreślając i opłacając kupon, tylko znajdując już opłacony przez kogoś innego. Ciągłe powtórzenia, Stan (główny bohater) to, Stan tamto i jak najbardziej Stan owo. Poczucie humoru, gdzieś tak na poziomie piętnastolatka, porównania i podejście do spraw erotyki jak trzynastolatek, zgroza "pocałowała go prosto w usta". Już nic nie napiszę o podejściu do związków, kobiet i seksu.

Sheldon Cooper niestety miał rację, geologia to nie nauka. Wykształcony geolog nie jest w stanie odróżnić szmaragdów od farbowanego na zielono szkła. Co miłośnikom chmielowego trunku daje możliwość niskonakładowych prezentów dla ukochanej kobiety. Stłuc butelkę, ładnie oszlifować i wkleić do taniego pierścionka i oto mamy drogocenny pierścień po babci (się nie wyda, aż do wyceny w lombardzie). Swoją drogą ciekawe ile kobiet nosi dumnie swoje szklane szmaragdy.

Wierszydła to osobna kategoria w tym "dziele". Uczęszczałem do technicznej szkoły ale uwierzcie, że poezja wydrapana w męskich toaletach, była znacznie wyższych lotów. Najlepiej (zwłaszcza jedną z fraszek) zobrazowałby znany rysunek Andrzeja Mleczki (ale w dobie praw autorskich i pokrewnych nie chce mi się ubiegać o zezwolenie na jego zamieszczenie) jak chcecie zobaczyć wpiszcie w wyszukiwarkę "obywatelu nie (tu nazwa ostrej przyprawy w postaci małych czarnych ziarenek, dodawana do wszystkiego, może poza bitą śmietaną, świeżo zmielona) bez sensu". Szkoda, że autor go nie widział.

Tak się już od dawna nie pisze, o ile kiedykolwiek się tak pisało. Wtórne, bzdurne, ciężkostrawne i zwyczajnie nudne "dzieło". Choć w dobie kilkudziesięciu szarych ryjów, taki romantyczny (o ile znacie bajkę o romantyku) drań (a jak wiadomo drań kocha bardziej) może się jakimś niedopieszczonym paniom spodobać, ale ja im szczerze nie zazdroszczę. Polecam jako pokutę i jak ktoś się lubi umartwiać 2/10. Swoją drogą, gdzie są ekolodzy jak dochodzi do takiego marnotrawstwa papieru. Autor powinien zasadzić przynajmniej sto drzew na swój koszt.

Andrzej Śliwa "Ryzykant i subtelny urok szmaragdów" wydawca Wydawnictwo Poligraf

10 stycznia 2020

Umysł wymiętoszony

Ostatnio na którymś kanale przypomniał się taki fajny horrorek "Ukryty wymiar" (Event horizon) z 1997 roku. Jeśli nie znacie, to warto zobaczyć (ale lepiej nie czytajcie dalej bo będzie spojler, przejdźcie zatem do następnego akapitu), a tym którzy znają, tak tylko z lekka przypomnę. Wyprawa ratunkowa dociera do zaginionego siedem lat wcześniej super nowoczesnego statku Event horizon. Statek miał eksperymentalny napęd grawitacyjny, który pozwalał na pokonanie prędkości światła poprzez przeniesienie statku do innego wymiaru. Tyle że ten inny wymiar okazał się iście piekielnym zjawiskiem, które zlikwidowało załogę i ożywiło statek. A ten wrócił coby zapolować na jeszcze kilku ludziów. Czemu wspominam o tym filmie albowiem autor dziś opisywanego dzieła również stworzył iście piekielne warunki swoim bohaterom. I wcale nie powiem, pomysł był niegłupi ale coś nie pykło, jak z tym napędem grawitacyjnym, nie wiem czy autorowi zabrakło odwagi czy fantazji.

Uwielbiam czytać blurby, oczywiście po przeczytaniu samej książki, zazwyczaj jest to humorystyczny dodatek. Nie inaczej jest w tym przypadku. Trzy blogerki (których blogi będę omijał szerokim łukiem) wywaliły tak piękne laurki, że można dostać cukrzycy od samego patrzenia na te ich wypociny. Gorsze jest to, że dwie z nich na sto procent nie przeczytały tej powieści, co do trzeciej mam tylko podejrzenia, bo jej laurka jest tak ogólnikowa, że po zmianie tytułu można to przypiąć do każdej książki. Skąd mam pewność, że nie czytały.

Gdyby przeczytały do wiedziałby, że tyłówka i pierwsze sto osiemdziesiąt stron tego dzieła to tylko wstęp, a całość ma zupełnie inny wydźwięk. Ja też na początku chciałem swoją opinie zatytułować "Dziesięciu murzynków"  (Ten little niggers) (choć w dobie poprawności politycznej powinienem podać tytuł neutralny czyli "I nie było już nikogo" ale kim ja jestem żebym Agathe poprawiał). Ale ta książka jest jakieś 40 lat świetlnych za "murzynkami" (swoją drogą uwielbiam murzynka zwłaszcza przy dobrym kryminale i z kubkiem kakao, oczywiście jak to u mnie, przesłodzonego). Więc o czym to jest? I tu właśnie pojawia się problem, nie wiem. Miało być o zniewoleniu i wyzwoleniu (chyba), a w sumie to się jakoś tak rozlazło po kontach okrągłego statku kosmicznego. Zapomniałem wspomnieć, że jedna z laurkotwórczyń nazwała międzyukładowy statek kosmiczny: promem. Już byście wzięli kogoś z jakąś choć ogólną wiedzą w temacie. Ale nie ma się co dziwić, jak sam autor nie ustrzegł się dość poważnych błędów.

Co zrobi grupa kryminalistów różnej maści, jak się ich zostawi bez dozoru w jakimś pomieszczeniu. Zwłaszcza, że dobrze wiedzą, że nie są załogą ale towarem przewożonym w ładowni. Postara się wykombinować jak zwiać. O ile ciężko jest zwiać ze statku kosmicznego, bo próżnią się ciężko oddycha, to zawsze można zwiać statkiem. Ale ze statku też można było, bo był na nim prom (to taki statek do krótkich podróży). Przez trzydzieści lat można plastikowym (ależ ja dziś niepoprawny politycznie jestem no no) widelcem czołg rozkręcić na części, a co tu pisać o tak skomplikowanym tworze jak statek kosmiczny. W nieważkości nie da się biegać panie autorze, no nie ma sposobu na to. Można coś na kształt biegu uprawiać ale trzeba być bardzo mocno i dokładnie przypiętym do bieżni i to w taki sposób aby uniemożliwić wykonywanie salt (bo akurat wykonywanie nieskoordynowanych salt w nieważkości jest bardzo proste), A jakby się pan choć trochę zainteresował, poczytał dostępną literaturę, pooglądał co tam w kosmosie piszczy (choć teoretycznie nie powinno, bo dźwięk się w próżni kosmicznej ciężko niesie, może temu że nie ma za bardzo na czym) to wiedziałby pan jeszcze jedno. Po czterech miesiącach w nieważkości, jakiekolwiek próby eksploracji jakiejkolwiek planety, a już zwłaszcza planety o ciążeniu prawie półtora G, są awykonalne. Astronauci po powrocie na naszą planetę mają problemy z poruszaniem się, a tu jest tylko 1 wielkie G. Co się stało z ogrodem, rośliny w nieważkości kompletnie głupieją, nie ma zielonym do góry, bo nie za bardzo wiadomo gdzie jest góra. Skąd kurz w nieużywanej części statku? I kilka mniejszych i drobniejszych potknięć ale to pomińmy.

Ale autor jest chyba jeszcze dość młodym człowiekiem ma czas się poprawić. Nie wyrósł jeszcze z idealizmu (to taki chorobowy stan przejściowy pomiędzy młodością, a dostrzeżeniem w co się tu gra) o czym świadczy zakończenie (chyba najgorsza część tej powieści). A mogło być tak pięknie, bo pomysł niegłupi. Stanowczo za długi i zupełnie niepotrzebny ten brutalny wstęp, który właściwie nie ma dalszego ciągu ani większego wpływu na drugą część powieści. Którą to właśnie z chęcią przeczytałbym bardziej rozwiniętą, a nie tylko te kilka ostatnich dni. Serio, odkrywanie i eksploracja obcej cywilizacji znacznie bardziej ciekawi niźli nieporadność i mordercze skłonności naszej własnej rasy. Co się stanie z naukowcami wiadomo było, zaś zupełnie nie wiem co stało się z dwoma przestępcami, którzy uczestniczyli w kontakcie trzeciego stopnia, co z nimi panie Struno? Gdzie się podziały ich umysły wyzwolone?

Myśląc o wolności, myślimy raczej o wolności naszego ciała niż umysłu. Może rzeczywiście ograniczanie wolności poprzez wsadzanie przestępców za kratki, to jakaś aberracja. Toż ciało jest tylko narzędziem jak nóż czy pistolet. Może właśnie należałoby zamykać umysł. Odciąć go od możliwości sterowania ciałem, a ciału pozostawić tylko podstawowe funkcje, aby mogło zarabiać na siebie jako prosty robotnik przy nieskomplikowanych pracach. Jest to jakaś myśl, tylko czy aby na pewno moja własna?

To mogło być fajne, to się całkiem dobrze czytało miejscami, mimo tych błędów, ale czegoś zabrakło jak przypraw w chili con carne. Wszystko zostało jakoś tak wymemłane, rozwleczone, nieostre i jeszcze to tragicznie idealistyczne zakończenie. Nie, to nie tak być winno, a może tylko ja jakiś taki niedomyślny ale jestem na nie i dam tylko 5/10 i ciężko mi to polecić, bo nie za bardzo wiem komu mógłbym.

Tym razem podziękowania na końcu. Na kanapie bardzo dziękuję za zaufanie, zaś wydawnictwu Novae Res za udostępnienie książki (mam nadzieję, że nie zrazi Was zła recenzja, a da asumpt do wnikliwszej oceny wydawanej powieści).

Edward Strun "Nadir" wydało Wydawnictwo Novae Res

24 grudnia 2019

Takie proste życzenia

Ciężko dziś będzie z powodu zachmurzenia o pierwszą gwiazdkę zatem służę Syriuszem


Można już zasiąść do wieczerzy, która spełni wasze oczekiwania kulinarne i doda sił. Przełamiecie się opłatkiem.
Wygarnijcie prezenty spod choinki, przytulcie tych może nieświętych mikołajów (nawet jeśli nie o takich prezentach marzyliście). Zaśpiewajcie (wiem z autopsji, że nie każdemu jest dane ale choć spróbujcie) kolędy (albo jakieś fajne piosenki byle razem) i cieszcie się świętami :)
Tylko proszę nie bądźcie po świętach jak ten tu, bo zaraz sylwester.