Dla Kariny


Tytuł jest na serio, jeśli nie jesteś Kariną, to nie czytaj.
Jeśli jakimś cudem masz właśnie tak na imię, a Twoje nazwisko nie zaczyna się na R., to też nie czytaj dalej.
Nadal widzę, że czytasz ale w nazwisku nie masz dwuznaku „ch”, to się pożegnamy tutaj.
Nie jesteś spod znaku wagi, do widzenia, następne opowiadanie będzie dla wszystkich.
Przebrnęłaś (bo jakoś wątpię, żeby jakikolwiek samiec miał na imię Karina) przez dotychczasowe zasieki, a masz powyżej 160 centymetrów wzrostu, to pa pa do miłego.
Twoje oczy nie są brązowe, good night and good luck.

Jeśli nadal czytasz, znaczy spełniasz kryteria, ale na wszelki wypadek zerknij na zdjęcie poniżej (ale tylko na zdjęcie) nie jesteś podobna, to przykro mi, tu zakończ czytanie.

Czemu stawiam te wszystkie zasieki, bo muszę pozbyć się żalu, smutku, zazdrości, goryczy i miłości (choć nie, tego ostatniego się nie pozbędę), i nie chcę cię, potencjalny czytelniku narażać na to co napiszę dalej (obiecuję, że za niedługo pojawi się opowiadanie, które będzie dla wszystkich, to jednak jest dla mnie, i z przymusu albowiem Jej dotyczy, także dla Niej). Zaś panująca obecnie pogoda i temperatura, oraz dostrzeżone ostatnio na ziemi i niebie znaki wskazują, że czara się przelała (na swoje usprawiedliwienie dodam, że się przeziębiłem i mój umysł oraz ciało trawi gorączka, ze 38°C z kreskami). Po co więc masz się narażać na przykrości jakie niesie ze sobą czytanie takiego pisania.

Proszę zrezygnuj.

Zaczęło się to wszystko pewnego wiosennego i wyjątkowo ciepłego popołudnia. Daty dokładnej nie pomnę z przyczyn jakie wyjdą w toku dalszej pisaniny. Jako osoba niezbyt śmiała (zwłaszcza do kobiet, nie wiem czemu w tym momencie zawsze mi się Seksmisja przypomina) ale zmęczona nieco samotnością postanowiłem poznać kogoś za pomocą portalu randkowego. I właśnie w to popołudnie byłem umówiony na randkę w ciemno. Jako zaś osobnik zupełnie nieprzystosowany do współczesnych czasów zawsze wolę być na miejscu dziesięć minut przed czasem niż tą samą ilość sekund spóźniony. Tym razem moje wyprzedzenie wyniosło ponad dwadzieścia minut, na szczęście miałem (jak to ja) książkę, usiadłem więc spokojnie (jeśli ciągłe opędzanie się od komarów wielkości chomika i krwiożerczości Nosferatu można nazwać spokojnym) i zacząłem czytać (nie pytaj co to było, nie pomnę, wszystko się wyjaśni za moment). Wtem zadzwoniła i zawibrowała moja wierna komórka (jak się miało za chwilę okazać ostatnia inteligentna), która słodkim szczebiotem powiadomiła mnie o przybyciu oczekiwanej. Zerwałem się więc szparko i spojrzenie moje powędrowało w kierunku wejścia głównego, przez które to miała wejść Ona. Na początku mój umysł nie chciał dojść do porozumienia z oczami (podówczas jeszcze w pełni sprawnymi), albowiem miałem się spotkać z kobietą dorosłą (jak na swój wiek) zaś owo zjawisko nie mogło mieć więcej jak lat dwadzieścia. Szła w moim kierunku malutka, drobniutka dziewczynka w letniej sukience, z brązowymi uśmiechniętymi oczami. Na dokładkę wyglądała jakby ktoś urzeczywistnił moje najskrytsze marzenia o kobiecie. Nie dziwcie się więc, że organizm zareagował tak, a nie inaczej. Mózg stanął, zaś serce postanowiło wykonać normę za siebie i tego osłupiałego palanta w czaszce (na szczęście upływ krwi spowodowany przez błonkoskrzydłe wampiry uratował mnie przed apopleksją).
- Cześć, Karina – powiedziało zjawisko.
- Cześć, Tomek? – jestem geniuszem, zgadłem za pierwszym razem, choć umysł podpowiadał Karina.
Na dokładkę jakaś gula utrudniała wymowę (mógł być to komar, bo zapomniałem napisać, że żuchwa zaczęła drobiazgowo sprawdzać skład gleby). Karina uśmiechnęła się i wszystkie okoliczne wiewiórki przyniosły orzechy do jej stóp, ptaki postanowiły uczcić to wspólną serenadą, zaś olbrzymie stado kolorowych motyli na chwilę przesłoniło mi ten niesamowity widok (część tych motyli, przez dolną niewydolną szczękę uzyskało bezpośredni dostęp do mojego żołądka, gdzie z wyraźnym zadowoleniem się zagnieździło). Jakoś pozbierałem do kupy, nieprzystające do siebie części ciała, oraz resztki rozpełzającej się po nich inteligencji i udało mi się zacząć rozmowę. Nie powinien więc budzić waszego zdziwienia fakt, że w tych okolicznościach przyrody nie zapamiętałem jaki to był dzień, w jakim się to wydarzyło miesiącu, ani którego roku i jaką lekturą zapełniłem czas oczekiwania (nie bardzo pamiętam jak wróciłem do domu). Zapamiętałem tylko jedno, że zgodziła się na kolejne spotkanie.
Czy możecie wyobrazić sobie to kuriozum: czterdziestoletni facet zakochany jak jakiś szesnastolatek. Za każdym razem bałem się, że palnę jakąś piramidalną głupotę i za każdym razem jakoś udawało mi się tego uniknąć (chyba?). Rozmawialiśmy jakbyśmy znali się od lat. Co chwila wybuchaliśmy śmiechem z jakiś wspomnień, o których sobie opowiadaliśmy. Podobne lektury, filmy, muzyka (czad). Czułem się jak młody bóg, udało jej się podzielić krzyżyki znaczące mój kark na dwa jakby to była najprostsza czynność na świecie. Czas gnał (znacie ten relatywizm czasowy, który najpełniej ujawnia się gdy pęcherz przyciśnie, inaczej czas biegnie dla tego przed drzwiami ubikacji niźli dla tego wewnątrz), kilka godzin z nią przelatywało w niespełna kwadrans. Ilość spotkań zaczęła przekraczać powoli masę krytyczną, która pozwala mieć pewność, że to co się czuje jest odwzajemniane. Nie pozostawało już nic innego jak tylko zaproponować coś więcej. I wtedy wypadł mi zaplanowany na początku roku urlop.
Uwierzcie, że nigdy wcześniej, dwa tygodnie wolnego nie dłużyły mi się tak potwornie. Choć pierwszy sen na nowym miejscu był przepiękny. Szliśmy plażą jakiegoś ciepłego morza (ja i Karina jakby ktoś miał wątpliwości) opaleni, uśmiechnięci, trzymający się za ręce. Ona zjawiskowa w jednoczęściowym białym jak śnieg kostiumie. Ja jak zwykle trollowaty niezależnie od stroju ale promieniejący dumą i szczęściem. Proroctwo jak nic. Więc mój nietęgi umysł, na chwilę oddzielony od Karinotyku wpadł na iście szatański plan. W Gdańsku zobaczyłem takie urocze malutkie serduszko z bursztynu. W połączeniu z posiadanym (otrzymanym od babci, która to otrzymała od swojej mamy, która znowu...) złotym łańcuszkiem będzie dość wymownym i nie tak oklepanym jak pierścionek prezentem. Kilka dni później znalazłem opakowanie do niego. Karina zbiera muszle, zaś na stoisku z pamiątkami znad Bałtyku ( dość zimne morze, z którego muszelki nie są zbyt imponujące) znalazłem porcelankę (taka owalna muszelka wyglądająca jakby ją starożytni Chińczycy wykonali z najdelikatniejszej porcelany, nie tak jak ta nowożytna tandeta) wielkości pięści. Genialny plan się domknął.
Zaraz po powrocie umówiliśmy się na spotkanie. Geniusz zła (to o mnie) wyciągł ową muszlę i zapytał czy...

Niestety nie.

Smutek.
Gorycz, żal, ból, złość, głupi sms (czego można się spodziewać po wzgardzonym szesnastolatku?).
Opamiętanie. Powrót rozumu, po tym kilku miesięcznym urlopie był nad wyraz bolesny. Czego innego mógł się spodziewać pokraczny czterdziestoletni, niezbyt urodziwy, donżuan od siedmiu boleści. Powinien się cieszyć, że poświęciła mu te kilka miesięcy, czyniąc go choć na chwilę jeszcze, najszczęśliwszą muchą na tej kupie łajna na jakiej żyjemy.
Spotkaliśmy się jeszcze kilka razy, i znowu było fajnie (może nie tak jak wtedy, ale i tak warto było)

Niedawno, w dość dziwnych okolicznościach dowiedziałem się, że spotkała wreszcie tego właściwego. To oznacza koniec tej bardzo miłej mi znajomości. Nie zjem już tego obiecywanego kurczaka z brokułami (może to i lepiej, bo jakoś nie bardzo lubię brokuły, nie zagramy tej partyjki badmintona, na którą się nie mogliśmy umówić (a to już poważna strata, ciężko teraz trafić na dobrego przeciwnika, z którym chciałby człowiek przegrać). Żegnaj Karino (tylko bez głupich skojarzeń z serialem) życzę Ci szczęścia (choć kluch jest znacznie większy niż tego pierwszego dnia) i wiele radości. A temu palantowi zazdroszczę jak nigdy nikomu jeszcze nie zazdrościłem (niech go piekło pochłonie, amen)
TT

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za Wasze komentarze, to fajnie wiedzieć, że ktoś (poza mną) z tego korzysta.