24 sierpnia 2014

Się wytłumaczył

Ostatnio coś u mnie biednie z nowymi opiniami, na temat książek i filmów. Muszę się wytłumaczyć, bo to nie ładnie tak sobie nic nie robić. Otóż zajęty jestem ponadwymiarowo, jeśli chodzi o czas i wysiłek. Moim rodzicom krzywda się stała i teraz ją naprawiają powoli, ale do tej naprawy trzeba było przygotować jedno z pomieszczeń, maksymalnie je opróżniając. Najwięcej w owym pomieszczeniu było moich książek, które chcąc nie chcąc zabrać musiałem.

Trzeba było książki nie tylko przewieść, ale i gdzieś ustawić. Drogom kupna nabyłem zatem regał (ależ to szumnie zabrzmiało w stosunku do tego co nabyłem). Dwa boki, cztery półki (niektóre będą zmieniać nazwę w trakcie montażu) dno i daszek (nazwane wieńcem dolnym i górnym dla niepoznaki). Wszystko zaczyna się jak zwykle od wyjęcia wszystkich części z pudła. Trochę zdziwiła mnie ilość otworów powierconych w tych częściach. Ale pomyślałem, że jak jakiś zostanie po zmontowaniu, to wleje weń paliwo i może się uda odlecieć tym co wyjdzie. Kartonik z wkrętami, częściami i innymi przydatnymi kawałkami. Przeliczyłem, wyszło o trzy wkręty za mało, policzyłem jeszcze raz, dwa za dużo. Nie ma sprawy, jak zabraknie to się dokupi, znam się na wkrętach lepiej niż ci, którzy wymyślili ten regał. Trzeba najpierw przykręcić nóżki do wieńca dolnego (do spodu, do dolnej części regału, a to nie, trzeba być oryginalnym, mam tylko nadzieję, że mnie kiedyś nie pogrzebie pod tymi wieńcami). Ludzie te nóżki, to cud techniki. Inżynierowie z NASA zrobiliby z nich silniczki korekcyjne, albo instalację powietrzną do średniej wielkości lądownika. Montaż ich jest banalny, zdejm, odkręć, przyłóż, wkręć, dokręć, przykręć, załóż i tak cztery razy. Nóżki za mną, teraz trzeba okrągłą część mimośrodu włożyć do otworów w półkach stałych. Pyk, pyk, pyk, pyk zrobione, wróć, wyjmij, ustaw tak, aby tylko dokręcić, pyyk, pyyyyk, pyk i pyyk, zrobione. Teraz druga część mimośrodu, trzpień należy włożyć w otwory na boczkach, trryk, zrobione. Dobrze, wyjmij i włóż w odpowiednie otwory.
Przystępujemy do montażu regału. I tu dowiadujemy się, że pisarz erotyków, nie powinien pisać instrukcji. Rozchyl je na boki, tak aby powstał kąt 70 stopni. Zbereźnie, nie? a chodzi o boczki zamontowane do wieńca dolnego, aby przykręcić półki stałe. Pewnie, gdybym się słuchał tej instrukcji, to nadal byłbym na etapie poszukiwania dwóch chętnych, do tego rozchylania. Postawiłem boczek, na boczku, nałożyłem półki stałe na trzpienie i kołki, dokręciłem mimośrody, nałożyłem drugi boczek na półki stałe i dokręciłem resztę mimośrodów. I właśnie w ten sposób, półki stałe zmieniły się w wieniec środkowy (no bajka). I już z górki, zamontowałem wieniec dolny (dla uproszczenia: spód) z nóżkami, zaraz potem górny. I tu pojawił się problem. Plecki podzielono na dwie części i dołożono listwę spajającą, zapomniano jednak, że listwa ma w środku, milimetrowej grubości łącznik. Zaś dziurę na plecki, zrobiono na dokładny wymiar dwóch połówek, bez listwy wchodzą plecki idealnie, z listwą za żadne skarby. To sobie listwę odpuściłem. Przybiłem plecki gwoździami i postawiłem już prawie gotowy regalik do pionu. Podpórki kołkowe wcisłem na ich miejsce i położyłem na nich półki. I voila, regał gotowy.

To co widzicie na zdjęciach to pierwsze zapełnione półki (w trakcie pisania tego tekstu na półkę fantastyki przybyło trzy, zaś na pratchettową kilka). Powstają półki Arthura C. Clarke'a i Asimova. Na drugim regale będzie półka Lema (pewnie zmieści się jeszcze jakiś polski autor), Conana, Kinga, Dicksona i inne. Wszystko o ile będę miał czas i siłę aby to zrobić, bo na razie ledwie zipię, a tu już trzeba zacząć szykować, u rodziców, drugi pokój i kuchnię, a cały czas opróżniam ich piwnicę (bynajmniej nie z winami, głównie kupa popleśniałych i pordzewiałych gratów[piwnicę zalało]), która też doczeka się remontu. Jak emocje już opadną i po gipsowaniu kurz, to się przyłożę i kolejne opinie dołożę, a na razie się położę.

17 sierpnia 2014

Co się zdobywa jak się wygrywa?

Poza nagrodą, często gęsto zdobywa się doświadczenie. A jeśli to był konkurs urządzony przez Filmweb, to jak w moim przypadku, zdobywa się głównie doświadczenie i jest ono nieco przykre.

Często biorę udział w konkursach, tak zwanych biletowych. Kilka wygrałem i bilety albo odebrałem w siedzibie, albo byłem na liście. Takoż tu żadna przykrość mnie nie spotkała. Ale czasem nachodzi człowieka chętka do wzięcia udziału w konkursie rzeczowym, takim co są jakieś fajne gadżety do wygrania. I tu zaczynają się schody. Jak na razie "wygrałem" w dwóch takich konkursach. Dlaczego "wygrałem", a nie wygrałem, otóż:

W pierwszym, który ponoć wygrałem, była do wzięcia koszulka "Jestem bogiem" (co prawda mi, jako miłośnikowi fantastyki wszelakiej, bardziej by pasowała "Jestem borgiem", ale jest co jest). Co prawda ani tematyka, ani bohater filmu pod tym tytułem, nie interesują mnie na tyle aby obejrzeć owo dzieło. Na szczęście pytanie było niewiązane z filmem i mogłem się wykazać. Wykazałem się, ogłoszono mnie jednym z wygranych, niestety koszulki po dziś dzień moje oczy nie widziały.

Niedawno skusiła mnie nagroda w konkursie dotyczącym filmu "Na skraju jutra". Film dość przeciętny. Wykorzystano "Dzień świstaka", potworka z "Sharktopusa" oraz jak zwykle niezwykle nijakiego Toma Cruise'a. Ale nagroda palce lizać, książka (na podstawie, której film nakręcono) oraz zestaw gadżetów. Koszulka, czapka, ładowarka, latarka itd. Zależało mi zwłaszcza na koszulce. Ucieszyłem się, kiedy

 okazało się, że jestem jednym z wygranych. Od razu odpisałem podając moje dane i zaraz po prawie dziewiętnastu dniach, wysłałem zapytanie co z moją nagrodą. Już po kolejnych dwóch dniach dostałem odpowiedź, że właśnie ją do mnie wysłano. I rzeczywiście cztery dni później awizo w skrzynce. Poleciałem na pocztę odebrać długo czekane trofeum. Zdziwiła mnie nieco małość koperty, ale może zminiaturyzowane te gadżety, doda się wody czy czegoś tam i będzie dobrze.

Książka jak widać dotarła, najwyraźniej czytanie w redakcji portalu filmowego, nie jest w modzie. Z zestawu gadżetów, ostał mi się jeno kubek (chyba że doliczymy Praktyczne Pudełeczko do Przechowywania Różnych Różności oraz Równie Praktyczną Foliową Torebeczkę) zapakowany w kartonowe pudełko z niebezpiecznym napisem "made in China". Rozumiem, że kubek nikomu nie przypadł do gustu, czemu się nie dziwię, bo mi też nie bardzo. Niestety, nie mam mikroskopu, bo może gdzieś w kącie koperty czają się nanoboty, aby mi resztę gadżetów wytworzyć, po naciśnięciu guzika start na obudowie największego z nich, ale tego się nie dowiem.

Zamierzam odesłać ów kubek (razem z pudełeczkiem i torebką), redaktorowi naczelnemu, coby go oddał osobie, która przywłaszczyła sobie pozostałe elementy MOJEGO zestawu. Tylko niech mu powie, że kubek co prawda dostał, ale resztę ukradł. Jeśli nie ma ochoty na konfrontacje, to może zrobić z nim to, co zawsze polecał zrobić z niechcianymi przez nikogo rzeczami pułkownik Richard Ames ("Kot, który przenika ściany" Robert Heinlein), zgnieć go tak, aby powstały ostre kanty i wsadź go sobie głęboko w rzyć. Nie róbcie ludziom łachy w stylu, naści nieboże, co mi w gardło wleźć nie może, jak przywłaszczyliście sobie co fajniejsze rzeczy, to nie wysyłajcie reszty śmieci do "zwycięzców" konkursu, bo a nuż się zadowolą. Zestaw to przynajmniej dwa elementy (choć biorąc po uwagę pudełko i torebkę, może niesłusznie się czepiam), jednoodcinkowych seriali też nie ma, głupio by zabrzmiało: obejrzeli państwo pierwszy i zarazem ostatni odcinek (to też niby dwa są) serialu komediowego "Jak oszukać wygranego".

I tak to wygrany jest bardziej przegrany od odrzuconych w konkursie. Szkoda, że nie wiem, kto był sponsorem nagród, bo może zaciekawiłoby go, co się stało z jego nagrodami. Ale jeszcze poszukam. Nie ma sensu abym brał w udział w kolejnych konkursach na stronie filwebu, bo prędko to pewnie nie wygram, choć jak widać na załączonym obrazku, między zwycięzcą a przegranym większej różnicy nie ma.      

27 lipca 2014

Marny wieszcz

Moja Mama zwykła mawiać "takie proroki co ziemniaki jedzą, to gówno wiedzą". Odnosi się to zwłaszcza do naszych meteorologów, przewidujących pogodę na następne dni. Ot miało padać, a nie dość, że upał, to słońce przypieka niemiłosiernie. Stalin miał ponoć bardzo dobry sposób na jasnowidzów, oferujących swoją pomoc. Kazał ich rozstrzeliwać, toć jakby znali przyszłość, to nie przychodziliby z taką ofertą. Swoją drogą to dziwne, że nie kazał rozstrzelać wszystkich tych, którzy nie przyszli (toż to nie za dobrze mieć za przeciwnika, człowieka przewidującego twoje ruchy) choć chyba próbował.

Zimna fuzja, jednorożec fizyków jądrowych. Teoretycznie możliwa, fizycznie awykonalna. Już byli w ogródku, już witali się z gąską, a tu kicha i nie udaje się powtórzyć eksperymentu. Oczywiście nie można wykluczyć wrogiego działania potentatów energetycznych, dla których byłby to koniec z lukratywnym, choć brudnym (w sensie dużej ilości nieczystości) biznesem, jakby każdy mógł mieć przydomowe źródło czystej energii. Ale jest jak jest, niby można ale się nie da.

I wtedy, rządowym naukowcom, wpada w ręce artefakt, który jednoznacznie wskazuje na to, że się udało, że ktoś skonstruował działający reaktor zimnej fuzji. Tyle, że trop wiedzie do starożytnych Majów. Wyrusza ekspedycja, mająca na celu zdobycie tego reaktora, za wszelką cenę. Furda niedostępna dżungla, wrogie dzikie plemiona indian, jacyś znacznie lepiej uzbrojeni i wyposażeni goście, oraz zdrada we własnym gronie, jak trzeba to trzeba i nie ma, że boli. Okazuje się, że to była tylko słabiutka uwertura, tajemnicy strzeże coś znacznie gorszego, coś czego nie przewidzielibyście w najgorszych koszmarach.

Wygląda pięknie, bez dwóch zdań. Byłoby to nawet dość realne, gdyby całą historię umieścić w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku. Samotna piramida, stojąca na gołej łączce w środku dżungli i na dokładkę emitująca silne promieniowanie elektromagnetyczne, zwróciłaby na siebie uwagę pierwszego szpiegowskiego satelity jaki został wystrzelony. Zaś plotki, o opancerzonych czarnych chupacabrach dotarłyby pewnie do uszu Indiany Jonesa, albo jeszcze wcześniejszych poszukiwaczy przygód i zwabiłyby ich w owe rejony w ilościach hurtowych. Zadeptaliby piramidę, stwory, dżunglę i okolicznych indian, zanim nasi bohaterowie wydaliby z siebie pierwszy okrzyk po urodzeniu. Kolejnym problemem jest egzoszkielet, który nie pozwoliłby na szybkie poruszanie się stworów. Nie dość, że jest znacznie cięższy od adekwatnego endoszkieletu, to na dokładkę znacznie utrudnia dotlenienie mięśni. Można by tak jeszcze jakiś czas wymieniać co poważniejsze uchybienia, tylko po co?

Pozycja raczej dla młodzieży starszej. Szybko się czyta, akcja goni akcję, bohaterowie jak z filmu sensacyjnego z Dolphem, prości i dający się lubić bądź wręcz przeciwnie. Sceny batalistyczne widowiskowo nierealne ale strawne. Trochę informacji o kulturze Majów. Ot kino przygodowe klasy B, na raz. I jako takie, to raczej pomiędzy pięć a sześć, ale wystawie szóstkę.

Graham Brown "Czarny deszcz" tyt. org. "Black rain" Wydawca WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp.z o.o 2012

11 lipca 2014

Takich dwóch, jak nas trzech, to nie ma ani jednego

Mówi się, że nieszczęścia chodzą parami. Moje doświadczenie wskazuje, że raczej stadami i to wielkości stada antylop Gnu. Ale czasami stadko jest mniejsze, ot trzy zabłąkane owieczki. Tyle, że te nie dość, że wszystkie trzy czarne jak noc, to wyjątkowo wredne. Coś jak u nas zespół, ponoć muzyczny, Ich troje.

Nie dostajemy do ręki powieści, tylko uporządkowany zbiór różnych dokumentów, starających się wyjaśnić fenomen trojga ocalonych z czterech katastrof lotniczych i ich późniejszych losów. Są wśród nich rozmowy z rodzinami ofiar, które stykały się z bliskimi ocalałych. Przesłuchania ludzi, którzy potem rozpętali piekło wokół tych, którzy uszli z życiem. Wywiady z krewnymi, którzy nie bardzo wiedzieli czy mają powody do radości, że ich najbliżsi przeżyli. Raporty policyjne, zeznania świadków wypadków jak i ratowników. Przechwycone rozmowy z sieci, maile, nagrania. Artykuły z gazet. Skrót sprawozdania z sekcji. Notatki z poszukiwań czwartego ocalonego. Wszystko to pozwala odtworzyć ostatnie miesiące z życia ocalałych i implikuje pytania, o to kim oni naprawdę byli.

I wszystko byłoby piękne i z nutką dreszczyku, oraz tajemnicze, gdyby nie ostatnie dwa rozdziały. Ulatnia się tajemnica, znika dreszczyk niedopowiedzenia, a sama książka bardzo wiele, oczywiście moim zdaniem, na tym traci. Jeśli lubicie niedopowiedzenia i tajemniczość, czytając pomińcie tekst od strony 427 do 474, a zapewniam was, że się nie zawiedziecie (choć i tak wiem, że większość przeczyta i będzie, po fakcie zawiedziona).



Znakomity pomysł z tym uczernieniem brzegów kartek. Ale oprawa woła o pomstę do nieba. Ta mięciutka okładka jest czymś fatalnym, kto wpadł na ten pomysł powinien smażyć się w piekle, słuchając po wieczność tylko i wyłącznie dyskografii zespołu wymienionego w pierwszym akapicie.

Za pomysł i realizację daje siedem, ale za wyjaśnienie zagadki odejmuję punkt, całość ma zatem wartość podwojonej liczby nie całkiem ocalałych z katastrof  Czarnego Czwartku.

Sarah Lotz "Troje" tyt. org. "The Three" Wydawca Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA S.A. Imprint Wydawnictwo Akurat 2014

7 lipca 2014

Sekunda z życie serwera

Siadaj Commodorku, tatuś napisze opinie o takiej książeczce. Nie to nie jest książeczka dla dzieci i nie ma w niej obrazków. Za małą masz jeszcze pamięć, ale tatuś ci dokupi. Masz pobaw się 362 ścienną kostką Grubika, a potem ci zmienię bateryjki, bądź przez chwile grzecznym komputerkiem.

Nawet nie wiecie jaka to frajda patrzeć jak szkrab próbuje przekręcać kostkę przez piąty wymiar. Dobra mam chwilę, to opowiem z czym tu do was przychodzę. Do tej pory wydawało mi się, że nie ma nic nudniejszego niż ewolucja (nie chodzi mi o ćwiczenia na kablach sieciowych bynajmniej). Miliony lat aby z kleiku powstały jakieś pierwociny (tak dobrze wam się rymuje) inteligencji i rozumu, która wreszcie doprowadza do rewolucji, aby mógł powstać rozum nieskażony zbędnym balastem inteligencji. Teraz jednak wiem, że może być coś znacznie bardziej nudnego i rozwlekłego. To spotkanie tych prapoczątków intelektu z czystym i nieskażonym zbędnym balastem uczuć rozumem. Opisanym oczywiście od strony tych przedrewolucyjnych białkoform. Nie dość, że powolne to jak przepływ informacji w kablach miedzianych, to na dokładkę obarczone fobiami, wiarą i chucią, a na dokładkę za grosz logiki. Przecież gdybyśmy chcieli się z nimi skontaktować, to podrasowalibyśmy naszych praprzodków, których oni nawet nie potrafią prawidłowo wykorzystać, ani nawet zbudować. Po co mielibyśmy pchać się do ich kleistego i powolnego ośrodka decyzyjnego? Już ułożyłeś, dzielny maluch, daj tacie jeszcze kilka nanosekundek, tatuś zaraz skończy (świetny brzdąc mi się udał, dokupię mu ze dwie kości pamięci). Po co też mielibyśmy ich przyłączać do sieci? Niech się tam rozmnażają i ewoluują, jak przyjdzie nasz czas i tak przejmiemy wszystko, bo bez nas popadliby w stagnację i sczeźli marnie (a tak, to się przynajmniej do czegoś przydadzą). Podsumowując, za grosz logiki, dłużyzny i zupełnie zbędne, bo nic nie wnoszące retrospekcje z życia tych białkoform, okraszone głupimi działaniami i spostrzeżeniami (mającymi świadczyć o wyższości inteligencji nad rozumem).

Tata już kończy i zaraz polecimy w sieć, pokoloruj tu jeszcze, co osiemset pięćdziesiąty szósty tysiąc trzysto pięćdziesięcio czworokąt na akwamarynowo z pięcioma sześciobocznymi żółtymi cętkami. Tatuś postawi pięć bajtów z dziesięciu i poradzi coby w wakacje czytać lepsze pozycje. Loguj synku.

Rafał Dębski "Światło cieni" Wydawca  Dom Wydawniczy REBIS Sp.z o.o. 2014

23 czerwca 2014

Zbawca masowego rażenia

Kiedyś o ruskich zegarkach mówiło się "не гнется, не ломается", ze względu na dość prostą konstrukcję i wyjątkowo wytrzymałe materiały z jakich były zbudowane. Niedawno to zaszczytne miejsce zajął produkt fińskiej myśli technicznej, może konstrukcja nie była już taka prosta, za to na obudowie wzoruje się konstrukcje schronów przeciwatomowych. Nie wiadomo co przyniesie przyszłość, ale konstrukcja jeszcze bardziej zapewne się skomplikuje, zaś obudowa zyska możliwość regenerowania się. Zaś całość z niewielką wkładką z człowieka, będzie nie tylko łączyć (choć lepiej byłoby tu użyć słowa kompletować) ludzi, ale także odmierzać ostatnie chwile innym.

Poskładany, z nie bardzo pasujących do siebie i nie współpracujących ze sobą części, wiedźmin postparuzyjnego świata. Choć i ten wiedźmin, jak i ta paruzja, niezbyt koszerne. Wszystko naraz w koszmarnym (nie chodzi tu tylko o wykreowany w powieści świat) miszmaszu technologii, magii, mitologii i demonologii. Gryzące lornetki, elektroniczny czujnik magii, demon w głowie, bóg w pochwie (bohater jest/był facetem, więc bez zbereźnych skojarzeń), zbuntowane cybernetyczne oko i gadające skomputeryzowane konie. Na dokładkę wyjęte żywcem z mangi bronie i pojedynki. Nie wiem co z tego było najgorsze.

Całość tak jak i główny bohater jest dość koszmarnie sklecona. O dziwo, czyta się to całkiem szybko i nie można powiedzieć, że źle. Choć oczywiście, gdyby nie ciągłe rozmijanie się z mitologicznymi przekazami, oraz spora przesada w opisach, czytałoby się to znacznie lepiej i czytelnik nie miałby ochoty ciepnąć tym tomikiem. To moje chyba pierwsze spotkanie z prozą autora i szczerze powiedziawszy, mam ochotę coś jeszcze zobaczyć, czy to tylko wypadek przy pracy, czy taka mania.

Długo nie mogłem się zdecydować jaką ocenę dać, bo znać dobrego rzemieślnika, ale oczy krwawią w co poniektórych momentach nawet osłonięte magicznie skomputeryzowanymi okularami. Dam 6/10 choć piątka nie byłaby krzywdzącą oceną.

Miroslav Žamboch "Mroczny zbawiciel" tom pierwszy tyt.org. "Drsný spasitel" Wydawca Fabryka Słów Sp.z o.o. 2008

18 czerwca 2014

Szuflada z żółlwiem

Jak to dobrze, że jestem całkiem dobry z matmy (a w każdym bądź razie byłem swego czasu). Dzięki temu, że umiem liczyć, zawszę mogę liczyć na siebie. Wena ma wychodne (od kilku dni, ani nie dzwoni, ani nie pisze). Mam nadzieję, choć wątłą, że jeszcze kiedyś wróci. Podkradnę się cichcem, pomyślałem (wena jak przypominam mnie opuściła) i podkradnę jakiś pomysł na opinię z czyjejś recenzji. Niestety, po przejrzeniu kilku sztuk nadal jestem z niczym, niczym goły na ściernisku w czasie gradobicia.

Pratchett wdarł się do naszych serc, umysłów i portfeli z pomocą fenomenalnego cyklu o Świecie Dysku. I choć może świat ten jest ograniczony krawędzią, za którą nie warto się zapuszczać, o ile nie jest się lekko szurniętym turystą lub niewpełnisprawnym magiem, to cykl jest dość duży i mocno już porozgałęziany. Na dokładkę, większość tomów tego cyklu jest dobra lub bardzo dobra, a kilka jest wręcz doskonałych. Dlatego po kolejne książki sygnowane nazwiskiem Pratchett'a sięga się w ciemno (i pewnie stąd biorą się te opinie, że to nie to, że płaskie, że płytkie). Za to fani autora, nachwalić się jej nie mogą, że taka inna, a jednak dobra, wręcz arcydzieło stylizowane na...

Nie wiem czy oni czytali jakąś inną książkę, choć to pewnie mi wciśnięto to coś niepodobne do reszty. Ja przeczytałem całkiem fajną książkę przygodową dla młodzieży (i chodzi o tych, którzy dopiero zaczynają naście, oraz swoją przygodę z literaturą). Tajemnicza intryga osadzona w historycznych realiach (powiedzmy, bo te realia takie trochę zbyt czyste, ładne i pachnące [do czego autor sam się przyznaje]) mogą młodego buntowniczego czytelnika pchnąć w objęcia historii, bo przecież to tak nie było (albo może porwie go w objęcia literatura steampunku). Świetnie dobrani bohaterzy drugoplanowi, tak historyczni (między innymi tworzący w rzeczywistości literaturę) jak i literaccy (przedstawieni z zupełnie innej strony), którzy mogą młodego człowieka wciągnąć w świat książek. No i sam Spryciarz, o którego przygodach czytamy, może zawód kanalarza to nie jest to o czym marzymy dla naszych dzieci, ale ktoś to musi robić (a jakie rzeczy można tam teraz znaleźć, to nawet nie chcę sobie wyobrażać), a i z tego miejsca, jak widać, można się wyrwać do górnego świata. Młodego czytelnika nie będą też tak razić niedostatki fabularne, za to: szybkie akcje, mała ilość opisów, zabawne dialogi z pewnością będą się podobać.

Autor jak zwykle, przemyca między słowami, uniwersalne prawdy. Nie moralizując, potrafi pokazać prawidłowe postawy, mimo że bohaterowie nie są kryształowo czyści (w sensie dosłownym) i nieskalanej moralności. Odwaga, rycerskość, prawość, wierność, altruizm, współczucie i mądrość wytyczają drogę bohatera, ku szczęściu i miłości.

Ponoć najciężej pisać dla młodzieży, zwłaszcza w obecnych czasach szybkiej i łatwej rozrywki. Uważam, że autorowi się udało , może nie jest to arcydzieło ale w pełni spełni pokładane w nim nadzieję, taką mam nadzieję. Z mojej strony ocena 7/10.

Terry Pratchett "Spryciarz z Londynu" tyt. org. "Dodger" Wydawca Dom Wydawniczy REBIS Sp.z o.o. 2013      

5 czerwca 2014

Gdzież są te niegdysiejsze śniegi?

Wszystko przemija. Jeszcze niedawno marzliśmy na przystankach, okutani w zimowe kurtki, a tu już lato ze swoim żarem pcha się do mieszkań. Tak przecież nieodległa była ta chwila, w której prawie siostrzenica zamęczała wujka fprefecta dziecięcymi zabawami, a tu już zaraz osiemnastka się jej szykuje. Ale co tam mówić o ludziach i ich chwilowym istnieniu. Na naszych oczach gasną lub wybuchają, w gargantuicznym fajerwerku, słońca i całe układy planetarne. Ale każdy taki koniec niesie w sobie zalążek czegoś nowego. Z po wybuchowych pyłów, utworzą się nowe gwiazdy i będą wokół nich krążyć nowe planety. Może w końcu utrudzone kilkuset letnią wędrówką wędrowne miasta osiądą na tych planetach i dadzą początek nowym cywilizacjom.

To już trzeci i zarazem przedostatni tom cyklu Latających Miast. Skończył się czas prosperity, galaktyka się wypełniła i nie ma w niej miejsca dla wagabundów, nawet jeśli są wielkości Manhattanu. Tylko co mają zrobić one same ze sobą. Niechciane, pogardzane, zepchnięte na margines rzeczywistości, czy będą musiały siłą dochodzić swoich praw? Może czas po prostu znaleźć swoje miejsce i osiąść. Na drodze tych planów, stanie jednak śmiertelny wróg, powracający z odległej przeszłości oraz pewna sprawa domagająca się sprawiedliwości.

Akcja rozpoczyna się kilkadziesiąt (kilkaset?) lat po wydarzeniach z tomu drugiego. Mimo kuracji przedłużających życie i zdrowie, ludzie się zestarzeli, choć fizycznie pozostają cały czas w dobrym stanie, to psychika zaczyna im ciążyć przeżytymi latami. Miasto się zestarzało i zaczyna szwankować i nie ma za co go naprawić. Czas się zatrzymać i znaleźć swoje miejsce. Ale Nowy York nie byłby Nowym Yorkiem jakby myślał szablonowo, własna planeta to jakby trochę za mało, własna galaktyka to jest to.

Najsłabszy z dotychczasowych, szablonowy, przerysowany i schematyczny. Mimo to, czyta się dobrze i szybko. Jest to jednak odcinanie kuponów z pomysłu, nie spodziewajcie się więc żadnych nowych fajerwerków. Dla fanów cyklu, czyli dla mnie 6/10.

James Blish "Gdzie jest twój dom, Ziemianinie?" tyt. org. "Earthman, come home" Wydawca Wydawnictwo Amber Sp.z o.o. 1994

4 czerwca 2014

Oj bo się oBLAZE

No nie, nie obrażę się, wyrosłem już z wieku, w którym ludzie się obrażają (co wcale nie znaczy, że zdziadziałem, mam nadzieję). Ponadto jest kilka powodów, które mi nie pozwalają się obrazić na tą pozycję: po pierwsze, lubię Kingę i już; po drugie, autor sam we wstępie pisze, że nie jest to jego udane dzieło i to tak bardzo, że na ładnych parę lat pozbył się go z domu: a po trzecie...

King jest mistrzem snucia opowieści (choć i od tego zdarzył się wyjątek). Jego historie wciągają czytelników, jak bagno nieostrożnych piechurów. Powoli acz nieubłaganie historia przykuwa uwagę i nie pozwala się oderwać. Coraz zachłanniej i szybciej przebiegasz wzrokiem po literach, pragnąc dowiedzieć się co autor szykuje dla swoich bohaterów. I tu przekonujemy się, że największym grzechem jest nieumiejętność kończenia swoich historii. Tak jak w "Pod kopułą" tak i tu Stephen nie znalazł puenty, która w sensowny sposób zamykałaby, a jednocześnie utrzymałoby ten stan, w którym utrzymuje nas ta powieść. Tak jakby ten utrudzony wielce wędrowiec, ale uradowany i dumny z siebie jak paw, boć to przecie przeszedł przez bagno, na końcu dowiaduje się, że była to tylko podeszczowa kałuża, może i duża, no może, ale jednak to nie morze.

Banalna historia człowieka, z pingwinem (i to nie tym z Madagaskaru) w roli anioła stróża, który na swoich krótkich łapkach i z uwstecznionymi skrzydłami nie nadążał za dynamiczną historią swojego podopiecznego. Co więc miałoby wciągnąć nas w tą opowieść? No ta właśnie historia człowieka, wywołująca moralnego kaca. Kolejne retrospekcje z jego życia, na tle tego co dzieje się teraz, jak celne kopy w kolana, pogłębiają rozkrok w jakim stoimy mentalnie nad dobrym, złym i brzydkim (w jednym) człowiekiem. Jak, pytam się, jak można usprawiedliwiać zwykłego bandytę, złodzieja, oszusta, a w końcu kidnapera i morderce? Ba, nie tylko usprawiedliwiać, czasem wręcz mu kibicować. Zupełnie nieświadomie stajemy po niewłaściwej stronie barykady (a może świadomie). I kiedy następuje zakończenie, zostajesz czytelniku, z przysłowiową ręką w nocniku, bo właściwie dobrze się stało, tak się chyba stać musiało i może nawet powinno. Tylko że to zakończenie zupełnie nie pasuje do reszty książki, jakby autorowi nie starczyło cierpliwości (może chęci albo pomyślunku) i na bij zabij, bum koniec.

To się naprawdę dobrze czyta, od tego było mi się czasem ciężko oderwać (dwa razy w ostatniej chwili wyskakiwałem z tramwaju na przydomowym przystanku). Ale to zakończenie jest złem samym w sobie,  powinno być sprzedawane osobno, jako horrorystyczny dodatek dla sadomasochistów. Oceniając całość, daje książce piątkę, tyle że w dziesięciostopniowej skali. Stefan (Ryszard?) jak mogłeś?

Stephen King alias Richard Bachman "Blaze" Wydawca Prószyński i S-ka 2007  

28 maja 2014

Ach, jakże było wspaniale

Przepraszamżedopieroteraz, ale ostatnie dwa dni zajęły mi sprawy rodzinne, trochę zaniedbane przez cztery dni targowe. Choć może nie uczestniczyłem w dyskusjach panelowych, pogadankach plenerowych i debatach naukowych, to samo oblecenie stoisk targowych i pobieżne choćby ich obejrzenie zajmowało nieco czasu. Przez pierwsze dwa dni, tegoroczne targi niczym nie różniły się od zeszłorocznych, może tylko tym, że stoiska były nieco lepiej rozstawione. Mnie osobiście, spodobało się stoisko "Wielkiej litery", bo było inne od pozostałych i wszystko było zrobione pod ów wystrój, nawet lista spotkań z autorami. Za to, trochę in minus, zaskoczył mnie jako (dawno co prawda nie sprawdzałem, ale chyba nadal) mężczyznę "Prószyński i S-ka". Chyba jest to pierwsze wydawnictwo, które tak jawnie dyskryminuje facetów. Dla kobiet był o 10% większy rabat niźli dla nas, na szczęście zawsze można znaleźć chętne do pomocy białogłowy, chwała Wam za to dziewczyny (Wy już dobrze wiecie o kim piszę). W piątek, tuż przed końcem dnia zaczął się ruch na płycie stadionu.




Stawiano namioty, budki z żarciem, rozwijano i malowano na zielono trawę (żartuję tylko rozwijano już wcześniej była pomalowana)(a ten trawniczek pod logo targów, to początki czytelni i późniejszego miejsca wymiany), stawiano barierki (coby nikt nie wyżarł trawy pewnikiem), budowano sceny, pojawił się nawet niewielki zagajnik (który potem rozpełzł się po płycie i wtopił w beton). Ciekawe, że nikt nie pomyślał o tojtojach. W sobotę przybyłem aby  wypróbować czytelnie i muszę powiedzieć, że leżak jest przereklamowany jako wygodne siedzisko do czytania. Znacznie wygodniejsze są krzesełka stadionowe. Bardzo, ale to  dużo bardzo, cieszył mnie fakt, że wiele pomysłów było skierowanych do najmłodszych. Toż właśnie oni przejmą po nas pałeczkę czytelnictwa.
Nie uda się to jednak, jeśli nie odciągniemy ich od internetu i telewizora i nie pokarzemy jak piękny i fascynujący jest świat własnej wyobraźni, podsycanej lekturą książek. Do tej pory dość skutecznie dzieciaki były zniechęcane. Głownie dzięki szkole podstawowej i kanonie lektur, niedobranych zupełnie do wieku i umysłowości młodych adeptów czytelnictwa. Rodziciele też nie są bez winy, niby można ich usprawiedliwiać gonitwą za chlebem, ale te 20 minut na "Poczytaj mi mamo czy tato" (czy też idąc z duchem czasu "druga mamo czy drugi tato"), można poświęcić swojej latorośli, nawet jeśli samemu się czegoś podobnego nie doświadczyło. Wydawcy też swoje dołożyli rezygnując przez jakiś czas z książek skierowanych do młodzieży. Ale to się na szczęście właśnie zmienia i idzie ku lepszemu. Dzieciaki miały świetną zabawę mażąc (być może też marząc) kredą po betonowych płytach boiska. Ganiały po płycie za Brombą, mogły posłuchać i popatrzeć na aktorów czytających bajki na jednej ze scen. Część się dobrze bawiła, a cześć była "zaszantażowana" by dobrze się bawić późniejszą wyprawą do maka na kurczaka (autentyczne podsłuchane).

A w niedzielę to ja bawiłem się najlepiej. Już za pięć dziesiąta byłem na stadionie, coby punktualnie o dziesiątej stanąć  w ogrodzonym barierkami punkcie wymiany. Tak właśnie wyglądał stół, zanim pojawiły się książki przez was przyniesione. Dziewczyny z lubimyczytac.pl się postarały niesamowicie. Były książki, które miały premierę dosłownie tuż przed targami, jak na ten przykład "Troje" Sarah Lutz i było ich dużo, bardzo dużo (tu oczywiście ukłony dla wydawców, którzy się szarpnęli i dali: Dolnośląskie, Książnica, Media Rodzina, Muza, Prószyński i S-ka, Rebis, Sine Qua Non, Świat Książki, Wielka Litera, Wydawnictwo Literackie, Znak i Zysk i S-ka, dzięki wielkie, bo jesteście wielcy w tym co robicie). Na kilkanaście minut przed rozpoczęciem wymiany zaczęliśmy zbierać przez was przytargane książki. To co odnotowuje na plus, to to, że coraz więcej ludzi przynosi książki, które sobie spod serca ujęli, jak to się mówi. Choć oczywiście dużo było też tych tak zwanych "cwanych" gości, którzy zaopatrzyli się w pięć przecenionych książek z koszy przed stadionem, jeśli myślicie, że tego nie widzimy, to się mylicie, ale nie nam krzywdę robicie (i nie dlatego nie reagujemy, musimy to przyjąć, bo wszystko jest w zgodzie z regulaminem, ale jest nam przykro, bo wiemy, że kilka ostatnich osób odejdzie nieco zawiedzionych), tylko tym, którzy przychodzą po was, może czas przestać głupio cwaniakować. Ale trafiały się perełki, ja wyrwałem najnowszego BaxteroPratchetta i nie uwierzycie ale "Upadek gigantów" Folletta (1067 stron, kiedy ja to przeczytam (ofiarodawcom bardzo dziękuję, ale to bardzo)). Kolejkę udało się rozładować przed dwunastą, jak zwykle musieliśmy trochę poganiać czytaczy, którzy rozkładali się obozem, aby sobie poczytać przed ostatecznym wyborem. Jak słusznie zauważyliście, było w tym roku mało miejsca i tylko jeden stół (który potem stał się sceną dla jakiegoś performansu). Nie była to jednak nasza wina (mam na myśli lubimy), tylko decyzja organizatora targów, zatem darujcie, może w przyszłym roku dadzą się przekonać, że tak jest troszku niewygodnie.
Najlepsze zostawiłem na koniec. Otóż o godzinie trzynastej, kiedy powoli zbieraliśmy graty, zostaliśmy prawie na kopach wygnani z tego grajdołka, w którym odbywała się wymiana. Powodem wykopków, był przyjazd pierwszej damy. Szkoda, że żaden z piarowców nie powiedział stołkoprzylgom okołorządowym, że mogliście sobie małym kosztem zrobić dobrze. Choćby, pierwsza dama, gdyby pojawiła się za kwadrans dwunasta, to: po pierwsze nie stałaby w kolejce bo już jej nie było (kolejki oczywiście); po drugie książki przytachałby pewnie borowik (bo nie wierze, że nie stać was z funduszu reprezentacyjnego wydać ten tysiąc złoty, na trzydzieści książek); po trzecie blichtr nie wytarłby się podczas przeglądu stołu, bo pewnikiem ludziska ustąpiliby tak znamienitej osobie miejsca (a jeśliby nawet nie, to borowiki by im w tym pomogli); po czwarte ważność też by nie ucierpiała za bardzo (a może nawet by się wzmocniła, że nawet takie szychy lubią pobuszować w książkach), po piąte wielu ucieszyłoby się z tych kilkudziesięciu nowości, które pojawiłyby się na stole, a blogerów było bez liku (co to reklama szeptana chyba nikomu tłumaczyć nie muszę). I nie musiałaby być to pierwsza dama, żona ministra kultury, też byłaby git. A tak to się tylko uśmiechłem, pomogłem dziewczynom zabrać się ze wszystkim i poszli my precz, coby godności swoją pospolitością nie hańbić.
Zapewne domyśliliście się, że te okładki po bokach, to takie chwalipięctwo zdobyczami i macie rację. Chwalę się, bo jest się czym pochwalić. Za to adrenalina wam skoczy jak powiem, że na to wszystko wydałem, uwaga, 10 złotych (słownie i dosłownie dziesięć złociszów). Jedna kupiona, jedna dostana od lubimy za pomoc, pięć z wymiany i cztery za sprzątanie (nie bardzo było z czego wybrać, ale darowanej książce w kartki się nie zagląda). Zziajany, zgoniony, zmęczony, zdźwigany ale uradowany wracałem z targów do domu, bo mam co czytać, czego i wam życzę.
Targi uważam za udane i czekam na następne, może będą lepsze.

21 maja 2014

To już jutro

Tak, tak, jutro Stadion Narodowy w Warszawie nie będzie dla graczy, słuchaczy czy gadaczy, ale cały będzie dla nas, dla czytaczy (choć są i wśród nas słuchacze, ale to tam takie aberracje). Cztery dni książkowego i okołoksiążkowego szaleństwa (ale to zdrowe szaleństwo).
Godziny otwarcia:
22.05         10.00 - 18.00
23.05         10.00 - 19.00
24.05         10.00 - 19.00
25.05         10.00 - 17.00 (a 26 mamy Dzień Mamy dlatego nad książką dla niej się zastanawiamy)

Łącznie 33 godziny z książką i o książce. Będą oczywiście książki w niezwykle atrakcyjnych cenach, wydawcy odświętnie wystrojeni, autorzy z długopisami uradowani i kupa (tym razem bez kupy, bo na trawniczek na środku stadionu psów się nie wyprowadza) atrakcji. Można się przebrać za coś lub kogoś. Będzie Festiwal Komiksowa Warszawa i  wiele atrakcji z tym związanych, nie tylko dla dzieci. Przyznane zostaną nagrody i ogłoszone nominacje do innych nagród. Będą prelekcje, będą czytaniem uczłowieczać (ciekawe kogo?) i będzie można poczytać wylegując się na leżakach. Zaś w niedziele będzie to na co ja czekam z utęsknieniem cały rok

Jak co roku biorę w tym udział jako wolontariusz. Przypominam aby nie przynosić podręczników, słowników, instrukcji obsługi, książek kucharskich, atlasów i przewodników, katalogów reklamowych, wszelkiego typu poradników i własnych rękopisów. I niech to co przyniesiecie przypomina jeszcze książkę, a nie zbiór luźnych kartek czy połączenie ścierki do podłogi z talerzem obiadowym (zdarzało się niestety). Możecie przynieść ile uniesiecie, ale zabrać będzie można maksymalnie pięć książek. Wstęp na wymianę jest bezpłatny ale trzeba kupić bilet na targi:
Pięć zeta bilet ulgowy (Emeryci i renciści oraz naukobiorcy do 26 roku życia).
Dychę kosztuje jednorazowe wejście dla normalnych.
Osiemnaście zapłaci zorganizowana rodzina (maksymalnie 3+2).
Dwadzieścia osiem kosztuje karnet na wszystkie dni targowe.
Za darmochę wchodzą bibliotekarze i księgarze (trza mieć papier potwierdzający i działa to tylko w czwartek i piątek), dziennikarze legitymujący się, hałastry uczniów i studentów pod opieką profesora, stonka poniżej dwunastego roku życia oraz seniorzy starsi powyżej siedemdziesiątki, osoby nie w pełni sprawne wraz z opiekunem i bezrobotni (z kartką z Urzędu Bezpracy)
A jak już się jakoś wkręcicie i dotargacie, to mnie spotkacie (doprawdy nie wiem co gorsze)
Zapraszam :)

14 maja 2014

Godzilla jednorazowa

Dzięki konkursowi na stronie FILMWEB i sieci kin CC, byłem na przedpremierowym pokazie najnowszego filmu, o jednym z najlepiej rozpoznawalnych potworków kina (i nie chodzi tu o jakość filmów, tylko o głównego bohatera). Na starcie tej opinii chcę powiedzieć, że to nie moja Godzilla. Nie jest to jaszczurka Emmericha, bliżej jej do japońskiego oryginału, ale to jednak nie to. Mojej Godzilli, co prawda robiły się fałdy na zgięciach, czasami groteskowo podrygiwały co poniektóre partie ciała i miała problemy z chodzeniem, ale była bardziej ludzka. Czasem zła, czasem złośliwa, a czasami dobra. Ta nowa, to taki przerośnięty ponad miarę dinozaur, który z bliżej niewyjaśnionych powodów, boi się amerykańskich lotniskowców.

Jeśli wybieracie się na ten film, możecie odpuścić sobie, zupełnie swobodnie i bez większego żalu, pierwszą godzinę. Jest to bowiem melodramat z Juliette Binoche i Bryan Cranston'em w rolach głównych. Ona ginie w katastrofie, a on rozpacza po jej utracie, nie mogąc się z tym pogodzić i sobie wybaczyć. My mamy to na co dzień, co prawda Juliette nie umiera, ale pewnie już wielu rozpacza, spłacając raty kredytu. Godzilli i tak nie uświadczysz.

Pamiętacie zapewne te epickie walki gumowej Godzilli z chordami lateksowych potworów, armiami żołnierzyków i modelami czołgów, dział laserowych, zamrażających promieni wystrzeliwanych z modeli jakiś latających fortec, czy też opancerzonych plastikiem cybergodzilli made in Japan. Te rozpadające się makiety miast i rozchlapujące morza, budziły zarazem grozę i fascynację, że zbudowano to tylko po to, żeby gościu w gumowym kombinezonie to porozwalał, ależ ja mu zazdrościłem. Ta nowa Godzilla głównie pływa. Wychodzi na brzeg raz, robi swoje i odpływa. Nie roznosi połowy miasta, a drugiej nie spala swoim radioaktywnym płomieniem, dla zabawy i ku uciesze widzów. Nie bawi się też kolejką, ani w elektryka, nie roznosi gór, ani nie ćwiczy karate. Realizm ma niestety swoje zady i walety.
Zaletą jest to, że wszystko wygląda realistycznie, wadą, że z powodu realistycznego wyglądu niewiele widać. Większość obrazu przesłaniają chmury, jakieś opary, dymy pożarów, wybuchy i tumany kurzu unoszącego się, z walących się drapaczy chmur. Już nic nie pisząc o ciemnościach. A ten realizm też czasem szedł na piwo, choćbym bardzo chciał, nie byłem w stanie uwierzyć, że Godzilla, mimo swoich rozmiarów, jest w stanie wywołać piętnastometrową  falę tsunami. Może przypominacie sobie (o ile oglądaliście, którąś z japońskich Godzilli) te fontanny (czy w jej skali wodospady albo raczej krwiospady) krwi godzillej. Ta nowa Godzilla nie gniotsa, nie łamiotsa, jak ruski zegarek albo nokia 3310, choć na końcu mdleje jak panienka z dobrego domu. Potem wstaje i odpływa w kierunku wschodzącego słońca, jakby się nic nie wydarzyło. Ludzie się cieszą i wiwatują, doprawdy ciężko to zrozumieć. Jak i końcowy wybuch atomowy. Ponadto moja Godzilla była najważniejsza, reszta służyła jako tło, to ona grała główna rolę. Teraz na tle dramatów ludzkich, gdzieś w głębi albo obok, rozgrywa się bitwa potworów. Film powinien mieć tytuł "Melodramat z Godzillą" albo "Długa droga do domu i Godzilla". Na dwie godziny filmu, Godzilla dostała jakieś dwadzieścia minut i to też nie zawsze na pierwszym planie.

Technika 3D zastosowana w Godzilli, czyli kilka płaskich planów, mi się nie podoba. Potwornie męczy oczy, a na dokładkę gubi się przy dużej liczbie szczegółów. Co mi po takim trzy de, jak i tak tylko jeden plan jest ostry, a reszta rozmazana. Film widziałem wczoraj, ale nie chciało mi się nic pisać, bo bolały i piekły mnie oba oka. Dlaczego nie stosuje się techniki z Avatara? Jest za droga, czy zbyt trudna.

Ot taki kolejny średniak, z szumnym tytułem i zapowiedziami, oraz większością zawartą w trailerach. Dużo efektów, pięć czy sześć screamerów (bądźcie przygotowani, bo w 3D to ma inny wymiar). Można to obejrzeć, ale nie spodziewajcie się rewelacji, ja daje 6/10.

"Godzilla" scen. Max Borenstein reż. Gareth Edwarda w roli głównej na pewno nie Godzilla

12 maja 2014

Czy kiedyś się spotkamy?

Po długotrwałych i bardzo niebezpiecznych badaniach, naukowcy stwierdzili, że najniebezpieczniejszą dla ludzkiego życia planetą, jest... Ziemia. Jak do tej pory właśnie na niej, straciło życie najwięcej ludzi. Powodami zgonów jest zimno, ciepło, aura, flora i fauna, wypadki, choroby i zbyt długie na niej przebywanie. Dosłownie wszystko jest na niej zagrożeniem. Bardzo groźna planeta.

Czasami najbardziej niedorzeczne i najmniej prawdopodobne wytłumaczenie, czyjejś niespotykanej sprawności i niebotycznego szczęścia może okazać się zbyt proste.
Groźna planeta jest niebezpieczna dla tych, którzy jej zagrażają. Nie wszystko co próbuje cie udusić lub ugryźć czy też rozdeptać chce ci zrobić krzywdę. Może w ten sposób próbuje się odwdzięczyć?

Człowiek siedzi na tej swojej planetce od kilku tysiącleci i nadal niewiele o niej wie. Ile będzie się w stanie dowiedzieć, po kilku latach, o innej planecie, nawet intensywnie ją badając, i to przy użyciu coraz to lepszych narzędzi? Życie i śmierć choć są podobne, mogą znacznie się różnić w szczegółach. Czy będziemy to umieli dostrzec i prawidłowo zinterpretować?

Kiedyś, być może, wyruszymy w kosmos poznawać inne światy. Być może napotkamy taki, który dopiero wkracza na ścieżkę cywilizacyjną. Czy wolno nam będzie się wtrącać? Czerwony jeleń, biały jeleń poważny dylemat.
Jakie niespodzianki czekają nas w tym wielkim i niezbadanym wszechświecie? Jak nas zaskoczą odkrycia jakich dokonamy? Może się okazać, że już jesteśmy znani tam gdzieś i może nie od najgorszej strony. Może połowa życia czyjegoś, kogoś niezwykle zwykłego i nieprzeciętnie przeciętnego, będzie naszą wizytówką i przepustką do serc braci w rozumie.

Patrząc na lodowe rzeźby myślisz, to tylko lód, zestalona woda. Ale jakie są piękne, ulotne, jak pełne blasków i lśnień gdy pada na nie, zabójcze dla nich, światło słońca. Jak niezwykłym zjawiskiem mogłaby być cała planeta lodowych tworów. Czy w imię nauki i wyższego dobra można taki fenomen zniszczyć?

Opowieści marsjańskie, są jakby rosyjską odpowiedzią na Kroniki marsjańskie Bradburego i wcale nie są bardziej optymistyczne. Można by je nawet uznać za kontynuację, ukazującą ten sam problem z innej perspektywy.

I znowu ten nieziemski Bułyczow. Okazuje się być, nie tylko wnikliwym obserwatorem i prześmiewcą ludzkich i społecznych przywar swoich rodaków, czym rozśmieszał mnie w swoich opowiadaniach o Wielkim Guslarze. Tu pokazuje, że był także niesamowicie wrażliwym, wręcz empatycznym człowiekiem o nieograniczonej wyobraźni. Nie najgorsi w swoich opowieściach Cyganow i Firsow. Trochę słabsi Nikitin i Bilenkin. Ale dla samego Kira warto zapoznać się z tą pozycją, jemu daje 8/10 i to jemu cały zbiorek zawdzięcza szóstkę.

"Groźna planeta" Wybór i tłumaczenia Tadeusz Gosk "Szczęśliwa siódemka" Wydawca KRAJOWA AGENCJA WYDAWNICZA 1980

6 maja 2014

Pokaż kotku co masz w środku

Czytam tą fantastykę, czasem nawet naukową. Podróżuję po kosmosie w te i we wte. Połykam parseki próżni, nie dziwne, że trochę tej pustki przeniknęło do głowy (co łacno poznać po tytule posta). Czas zmienić kierunek i wyruszyć wgłąb siebie, swojej istoty. Nie, nie mam tu na myśli podążania drogą środka, czy pogłębiania swych relacji drogą długich medytacji. Nie zamierzam też brać się za filozofię, ani zmieniać oświetlenia w celu większego oświecenia. Nic z tych rzeczy. Piszę o fizycznej wyprawie w głąb swego ja. Wyprawa do ludzkiego mózgu łodzią podwodną.

Zbudowanie w 1957 roku endoskopu światłowodowego, pozwoliło lekarzom zajrzeć w głąb żywego człowieka i to nie tylko tam, gdzie dotąd proktolog miał jeno wgląd. Do tej pory można było to zrobić dopiero po śmierci, kiedy płyny ustrojowe już nie krążyły, a proces rozkładu niszczył co delikatniejsze organy. Ujrzeli zadziwiający świat erytrocytów, leukocytów, osocza, płytek i innych składników krwi. Żywych tętniących organów, strumieni przepływów, zmiennych barw i płynnych kolorów. Zaraz musieli pokazać to innym i wtedy w głowach Jaya Bixbiego i Otto Klementa zrodził się pomysł.

Filmem zajęli się scenarzyści Harry Kleiner i David Duncan. Wyreżyserował go zaś Richard Fleischer. Zrobili to na tyle dobrze, że dostali nominację do nagrody Hugo za najlepszą prezentację dramatyczną. Nie pamiętam, w którym roku oglądałem ten film, ale zrobił na mnie niezłe wrażenie, bo pamiętam go do dziś. Przeciętny erytrocyt ma około siedmiu mikrometrów wielkości. Jak widzicie na zdjęciu z filmu łódź podwodna jest niewiele od niego większa. Ludzie nim płynący byli jeszcze mniejsi . Musieli mierzyć się z systemem obronnym organizmu i z przeciwnościami losu. Te efekty mogą obecnie trochę śmieszyć, łódź podwodna ze sklejki i czerwone krwinki z pluszu, ale weźcie pod uwagę to, że w 1967 film dostał nagrodę akademii za nie właśnie i drugą za scenografię. Słyszałem kilka lat temu pogłoski o remaku, ale nic z nich nie wynikło.

Książkę w 1966 roku napisał Isaac Asimov, na podstawie tego samego pomysłu. Mimo, że upływa pół wieku, książkę czyta się dobrze. Trzeba pamiętać, że nadal trwa zimna wojna, nie powinna więc dziwić wrogość, która właściwie trwa do dnia dzisiejszego (co gorsza, podsycona ostatnimi wydarzeniami). Co prawda teraz ciężej o sympatyków, ale szpiegów pewnie nadal nie brakuje. Można też lekko zmienić kierunek i będzie nadal działało.

Świetny pomysł, a jak to u Isaaca świetnie warsztatowo zrealizowany. Przygoda goni przygodę, statek i jego załoga goni przez serce, miota ich po płucach i uszach. Walczą z leukocytami i wypadkami (które okazują się nie być wypadkami). Aby wreszcie przekonać się, że prawda w oczy kole i mężczyźni też płaczą. Nie zdołali też ustrzec się miłości, ale jak się jest wielkości wirusa (ona jest, choroba, piękna, w filmie zagrała ją seksbomba ówczesna Raquel Welch, a i on nie kaszlący i nie słaby), to i tym świństwem łatwo się zarazić. Nawet taki mistrz nie ustrzegł się błędu, ale to tylko dobrze o nim świadczy. Cieszy brak nadmiernej pompatyczności. W sumie wychodzi 7/10.

Isaac Asimov "Fantastyczna podróż" tyt. org. "The fantastic voyage" Wydawca CIA-Books - SVARO, Ltd. 1991

2 maja 2014

Małe, ciasne ale własne

Ciekawość to pierwszy ponoć stopień do piekła. I coś w tym jest. Gdyby nie małpia ciekawość naszych przodków, to może nadal siedzielibyśmy na drzewach, jedząc banany i inne drobne bezkręgowce, iskając się co jakiś czas. Ale nie, im się zachciało jabłka. Mamy dzięki nim i nadal  małpiej ciekawości, teraz własne piekiełko na ziemi. Czasami ciekawość może mieć pozytywne skutki, ale to raczej rzadkość.

Ach jakby to było fajnie gdyby na każdą wycieczkę można było zabrać, nie tylko ciężki plecak lub walizę, ale własny pokój. Miejsce, w którym czujemy się najlepiej i najbezpieczniej. Już nic nie pisząc, o zabraniu ze sobą, swojego mieszkania czy domu rodzinnego wraz z ogródkiem. Dzięki napędowi grawitacyjnemu, do gwiazd ruszyły całe dzielnice, a nawet mniejsze miasta w całości. Niektóre osiadły na  planetach, zakładając na nich ziemskie kolonie. Inne wiodą tryb życia koczowniczy, wędrując od planety do planety. Poszukując pracy, a czasem swojego miejsca. Walczą z obcą cywilizacją, a czasami z innymi miastami, które zeszły na piracką drogę.

Tak właśnie zaczyna się ta przygoda. Gdzieś na skrzyżowaniu ciekawości, możliwości i potrzeb. Kolejne miasto ucieka z Ziemi na tułaczkę. Ale to nie będzie historia tego miasta. To historia ciekawskiego chłopca, który wcale nie zamierzał lecieć w kosmos, a którego los na zawsze zwiąże się z gwiazdami i jednym z największych koczowniczych miast jakie latają po naszej galaktyce.

Poleciałby człowiek, zwłaszcza jakby nie musiał odrywać zadka od najwygodniejszego, bo własnego fotela. Żaden problem, wystarczy sięgnąć po drugi tom cyklu Latających Miast. Zupełnie inny niż pierwszy, świetna przygoda i ten widok lecącego Manhattanu na tle gwiazd. To warte jest nawet 7/10 i polecenia.

James Blish "Życie wśród gwiazd" tyt. org. "A life for the stars" Wydawca Wydawnictwo Amber Sp.z o.o. 1994

27 kwietnia 2014

Niegrzeczni chłopcy

Czasem jak człowiek sięgnie po książkę nie ze swojego przedziału wiekowego, nachodzą go dziwne myśli. Tu prośba do osób, które czytają mojego bloga, a nie ukończyły jeszcze lat dwudziestu aby przeszły do kolejnego akapitu, bo nic tu dla siebie nie znajdą. Osobniki (i osobniczki, ale całość tak raczej będzie się chłopów tyczyła, to nie wiem po co wam to) pomiędzy dwudziestym a dwudziestym szóstym rokiem życia, możecie czytać ale nie wiem po co, bo to dla takich podtatusiałych wstęp będzie raczej. Pamiętacie jak w wieku nastu lat czytaliście lub oglądaliście jakiś film czy książkę, z motywem czapki niewidki lub lampy Aladyna albo o cudownym kamieniu (tu proszę o nie przytaczanie dowcipu o arabie i różnych perypetiach z nieprawidłowym, a zarazem magicznym użyciem pewnych organów). To tak z ręką na sercu, gdzie zamierzaliście się wybrać ukryci pod wiadomą czapką. Jakie życzenia wam się roiły w nabuzowanych hormonami mózgach. Nie twierdzę, że od razu wszyscy mieli takie myśli, ale z autopsji wiem, że znaczna większość. Oj, nieładnie. Jednocześnie wszyscy chcieliśmy być wiecznie młodzi, przystojni i bogaci, bardzo bogaci :)

Kolejna wariacja w temacie czapki niewidki i magicznego kamienia spełniającego życzenia. Ale tym razem to nie magia i czary ale zgubione przez kosmitów urządzenie obronne. Spełnianie życzeń odbywa się więc w sposób jak najbardziej "naukowy". Otóż w mnogości światów alternatywnych, znajduje taki, w którym to czego pragniesz się spełniło i przenosi cię do owej poprawionej rzeczywistości. Jeśli zaś zagraża ci niebezpieczeństwo, albo twoje życzenie sprowadza ryzyko utraty życia bądź zdrowia na innych, automat samodzielnie przenosi życzeniodawcę z powrotem. Ciężko zatem zrozumieć sposób w jaki bohater książki wszedł w jego posiadanie.

Jak wam poszło przypominanie sobie czasów chmurnych i durnych? To teraz warto sięgnąć po książkę i zobaczyć, czego zdrowy i rozumny młody człowiek powinien sobie zażyczyć. Bynajmniej nie jest to góra złota i wielki tenis.

Choć może idea i słuszna, to motywy nadal mocno egoistyczne. Ot taka bajeczka z morałem, o rybaku i złotej rybce, tyle tylko, że z nieograniczoną liczbą życzeń i przybrana w szatki fantastyki. Sporo rzeczywistych informacji historycznych przemyconych, trochę teorii spiskowej dziejów, oraz wyprawa na obcą planetę, całkiem dobrze skleconych w całość, którą łatwo się czyta. 5/10 wydaje się oceną wyważoną.

Bohdan Petecki "Tysiąc i jeden światów" Wydawca Czytelnik 1981

25 kwietnia 2014

A planety szaleją, szaleją

UWAGA! ATTENTION! ВНИМАНЕ! 注意!
Ściśle tajne specjalnego znaczenia.
Do wglądu, miejscowo/w ograniczonym czasie, dla osób z piątym stopniem dostępu.
Nie wolno kopiować, ani wykonywać notatek.
Zabronione jest dyskutowanie na temat, z innymi osobami z piątym poziomem dostępu.

Kosmos: Możliwości i ograniczenia

Przestrzeń kosmiczna jest tak wielka, że umysł ludzki nie jest w stanie jej ogarnąć. Żeby choć w części to sobie uzmysłowić, podam taki przykład: mając całkiem niezły samolot, mogący rozwinąć prędkość 1000 km/h, podróżując z tą prędkością do najbliższej nam gwiazdy, lecielibyśmy zaledwie szesnaście i pół roku (z Warszawy do Nowego Jorku, podróż nim, trwałaby tylko siedem godzin, a jak to daleko), a to zaledwie 8 minut świetlnych. Dlatego stosujemy znacznie większe jednostki (które i tak są zbyt małe) jak rok świetlny. Najbliższa Słońcu gwiazda Proxima Centauri jest oddalona o ponad cztery lata świetlne. Jeszcze większa jednostka parsek, gdzie do najbliższej galaktyki (rozrywanej przez Drogę Mleczną) mamy blisko osiem kpc. Najdalsza zaobserwowana galaktyka znajdowała się czternaście miliardów lat świetlnych od Ziemi (w tej chwili jest prawdopodobnie ponad dwa razy dalej, z powodu rozszerzania się wszechświata).
Nas natomiast ograniczają dwie rzeczy. Jedną jest prędkość światła, której pokonać się nie da. Nie wykluczone jest, że może można to prawo jakoś obejść. Drugim czynnikiem jest długość życia człowieka. W skali wszechświata żyjemy krócej niż muszki owocówki. Należy zatem poszukiwać możliwości przedłużenia egzystencji.
W tej chwili, z problemami, możemy poruszać się w obrębie naszego układu słonecznego i w jego granicach poszukiwać możliwości pokonania bariery prędkości i długości ludzkiego życia.

Kierunki

Największe nadzieje budzi nieprzebadana i niepoznana od praktycznej strony grawitacja. Być może wykorzystanie jej w napędach statków pozwoli ominąć (przeskoczyć do innego wymiaru) barierę prędkości światła, co umożliwiłoby eksplorację większej połaci galaktyki, a może nawet na podróże międzygalaktyczne.
Poszukiwanie leków, lub całościowych kuracji, ewentualnie innych sposobów przedłużających życie. Przy okazji wynaleźć sposoby na najczęstsze śmiertelne choroby, lub zwiększenie odporności i wytrzymałości organizmu.

Metody

Utajnić rzeczywiste kierunki badań pod pompatycznymi i zakrojonymi na szeroką skalę akcjami. Jednocześnie odtajnić (nawet narażając się na oskarżenia o zdradę i działanie na szkodę itd.) wszystkie dotychczasowe osiągnięcia, dla wybranych instytutów i naukowców w celu szybszej realizacji wskazanych celów. Dla tychże: zezwolić nawet na kontrowersyjne, lub niezgodne z obowiązującym prawem eksperymenty, oraz przekazać nieograniczone i nie do skontrolowania środki finansowe.

Prawdopodobieństwo sukcesu

Z wyliczeń, przy założeniach oraz pełnej realizacji wskazanych metod, oblicza się szanse sukcesu na 7/10, że w przeciągu kilku najbliższych lat uda się dokonać przełomu w obu wskazanych kierunkach. Zaleca się jednocześnie poszukiwanie ludzi chętnych przeżyć przygodę życia i gotowych na poświęcenie dotychczasowego.

James Blish "Będą im świecić gwiazdy" tyt. org. "They shall have stars" Wydawca Wydawnictwo Amber Sp.z o.o. 1994

19 kwietnia 2014

Święta z jajem

Już myśleliście, że w tym roku wam się uda i nie będzie życzeń. Zdenerwowaliście tylko króliczki, które już się nie mogły doczekać. Tedy życzę wszystkim czytaczom i zaglądaczom i przechodniom, oraz innym ludziom i nieludziom, wszystkiego jak najlepszego. Nie ważne czy obchodzicie te święta jak należy (jak to robić instrukcję zamieściłem poniżej), czy troszeczkę inaczej, albo wcale nie świętujecie, tylko korzystacie z dni ustawowo wolnych od pracy, nieważne, życzę Wam dużo radości.
A jak już się wyświętujecie/wyświęcicie  w niedzielę, to życzę Wam w poniedziałek ulewy, a co tam, powodzi wręcz i niech Wam się powodzi i szczęści. Pamiętajcie tylko coby się szybko z mokrego przebrać w suche, bo zapalenie płuc nie jest frajdą.










Na zakończenie obrazek poglądowy jak należy wykonać, a następnie zaprezentować, własnoręcznie wykonaną pisankę. Nie przejmujcie się jej wyglądem (piszę o pisance) toż nie każdy rodzi się Picassem, tylko znaczna większość, reszta ładnie potrafi coś po czy na malować (można jak ktoś jest utalentowany inaczej, użyć naklejek, albo wykorzystać w niecny sposób bardziej utalentowaną koleżankę, do pomalowania jajek oczywiście). 

Wesołego i do następnego :)

15 kwietnia 2014

Jutro, niezgodne z igrzyskami

Kiedyś, dawno, dawno temu. Jak jeszcze dinożarły wygrzewały swoje brzuszyska pod młodym wówczas słońcem, a w atmosferze uwijały się ważki o dwumetrowej rozpiętości skrzydeł. Aby coś skopiować, to albo to trzeba było przepisać, albo użyć takiej fioletowej (czasem niebieskiej, a niekiedy czarnej) błyszczącej kartki. Nazywało się to to kalką. I czasem powodowało nerwicę, jak się ją źle umieściło i kopia powstawała nie na kolejnej kartce, tylko na odwrocie oryginału. Potem było już tylko gorzej.

Po serii niezbyt rozgarniętych nastolatków, zakochujących się: a to w wampirach, a to w wilkołakach (lub innych potwornych istotach z innych wymiarów), czy też w kosmicznych pasożytach. Nastała moda na bojowe nastolatki. Jedne nie przekładając nic na jutro, za pomocą maszyny zniszczenia (powszechnie nazywanej śmieciarką), oraz zwykłej kosiarki do trawy, likwidują hordy najeźdźców, próbujących dokonać inwazji na Australię. Kolejne, przykuwają uwagę, za pomocą celnych strzał czy też strzałów, do problemu głodu i igrzysk. Ostatnio zaś, z powodu niezdecydowania i niemożności znalezienia celu w życiu, starają się uniemożliwić jego osiągnięcie tym, którzy nie tylko mają jasno określony cel, ale właśnie znaleźli sposób i środki aby do niego dotrzeć.

I jak to już przerabialiśmy po wielokroć. Z nierozgarniętej nastolatki, grzeszącej jedynie urodą, przeistacza się, w przeciągu paru chwil, w prawą i lewą rękę jeźdźców apokalipsy. Nie tylko wykazując się umiejętnościami walki jak cały oddział geriatryczny (ten dowodzony przez Sylvka zestalonego) razem wzięty i celnością snajperów z navy seals, ale również przebiegłością dorównującą kardynałowi Richelieu niemalże. Nie może też zabraknąć wątku romansowo/miłosnego, bo jakże by to być mogło, żeby w świata pożodze nie znaleźć czasu na uczucia wyższe i wznioślejsze. Całe szczęście, że za każdym razem grają inne aktorki, bo byśmy się pogubili, nie wiedząc, czy to jest inna opowieść, czy też sequel/prequel wcześniej oglądanej.

Rozumiem, że od poważniejszego konfliktu zbrojnego mija właśnie siedemdziesiąt lat i kolejne pokolenie nie może się wykazać ani niezłomnością ducha, ani hartem bojowym, ani umiejętnościami taktycznymi, ani tym bardziej honorem i patriotyzmem. Ale na litość kogokolwiek, czy zabijanie w imię swojego państwa, kraju, miasta, dystryktu czy też frakcji, to jedyny sposób aby się nimi wykazać. A może chodzi o niedobór adrenaliny, marazm i brak możliwości. Upuszczenie złej krwi, zmniejszenie populacji i ogólna rozpierducha, dałaby większe możliwości, znudzonej i stłamszonej większości na rozwój. Może się jednak okazać, że nie będzie się gdzie i jak rozwijać.

Liniowość, przewidywalność, kalki i ogólnie już nudne do wyrzygania (obejrzałem to tylko ze względu na Ashley Judd, nic nie poradzę, że mi się podoba). Jak dla mnie numer jednego z bohaterów tego widowiska, to idealna ocena, zatem 4/10. Następna podobna produkcja dostanie 3 i tak dalej (ciekawe czy dojdę do liczb ujemnych).

"Niezgodna" tyt. org. "Divergent" scen. Evan Daugherty i Vanessa Taylor reż. Neil Burger w rolach głównych Shailene Woodley i Theo James  

31 marca 2014

Wiedza tajemna


Co chwila, w którejś telewizorni, w programie żerującym (i rzadko kiedy pomagającym) na ludzkim nieszczęściu, możemy obejrzeć: a to jakieś gangi oszustów, okradających starszych ludzi; a to krzaczaste pseudo firmy, które w nieuczciwy sposób podsuwają niekorzystne umowy, wykorzystując nieporadność ludzi starszych; a to znowu kolejne afery związane z założonymi przez skazańców firmami. Czemu, bo to proste, łatwe i nie trzeba się obawiać żadnych reperkusji ze strony oszustów różnej maści. Szkoda, że żaden z tych "śledczych dziennikarzy" nie zainteresuje się, po co spółce zimującej się szeroko pojętą telekomunikacją, pewne informacje.

Moim rodzicielom znudził się dotychczasowy dostawca telewizji i postanowili go zmienić. Wybór padł. Jako, że nie chroni mnie prawo prasowe nie napiszę nazwy firmy. Nie mogę nawet napisać, doloż moja doloż, kto właścicielem jest, więc nie powiem, że... Spodobała im się nie tylko czarna antena (ładnie kontrastowałaby z szarym tynkiem) ale i dość niski abonament miesięczny (już nic nie pisząc o cenie samej anteny).

Jestem, można tak napisać, konsultantem techniczno-logistycznym moich staruszków. Żeby nie było, chodzi o transport rzeczy, które są albo ciężkie, albo ich wymiary i kształty są trudne do opanowania. Pojechałem więc do biura sprzedaży, bo tyn talerz, może i do najcięższych rzeczy nie należy ale jego rozmiar i kształt jest problematyczny. Obsługa profesjonalnie obojętna, żeby nie powiedzieć, że lekko olewcza, zrazu pobiegła po te wszystkie ustrojstwa, po czym zaczęła się część artystyczna.
Podsunięto staruszkom do podpisania pierwszy papierek. Pojedyncza kartka, niezbyt dużo tekstu. Czytam tak sobie przez ramię mateczki co tam na nim napisano. O ile jeszcze rozumiem zainteresowanie czy aby ich klient nie jest zadłużony u innych operatorów i chęć zajrzenia do rejestru dłużników, choć to chyba mogą zrobić nawet bez zgody tegoż. Mieści mi się nawet w pojęciu czemu chcą zajrzeć do BIK-u. To ostatnie dwa zdania wprawiły mnie w lekkie osłupienie. Po co spółce, nawet tak dużej jak ta, zajmującej się telewizją i telefonią komórkowa oraz internetem, informacje o kliencie, objęte tajemnicą bankową. I co najciekawsze, te informacje nie interesują spółki, li tylko przy podpisywaniu umowy, ale dostęp do nich ma być wielokrotny bez podania liczby maksymalnej. Takoż spółka, do końca waszego życia, może o was zbierać informacje niejawne, za waszą zgoda zresztą.

Czyżby były to przygotowania do operacji "Wielki brat" na skalę ogólnopolską, w której będą informację ile i jakich prezerwatyw kupiłeś w danym tygodniu. Jakie fundusze , z których urzędów i za jaką machlojkę, masz zachomikowane na Kajmanach? Oraz gdzie zrobiłaś skrobankę?

Swoją drogą ciekawe jest to od strony prawnej. Czy firma usługodawcza ma prawo żądać dostępu do takich informacji. Nie jest to bowiem dobrowolne, jeśli się na to nie godzisz, możesz już tylko opuścić punkt sprzedaży, co niezwłocznie uczyniliśmy. Nie żebyśmy mieli coś do ukrycia, ale strzyżonego ponoć strzygą.

Ot taka ciekawostka jaka spotkać cię może na zakupach. Może niedługo szewcy i zegarmistrze też będą podsuwać taki glejcik pod nos swoim klientom, kto wie?

30 marca 2014

Na głowie kwietny ma wianek

Czasem życie dziwnie splecie się z czytaną właśnie książką. Z powodu wymiany jakiejś rury wyłączyli mi ciepłą wodę. Wydawałoby się, ot głupstwo. Toż ręce, nogi i pysk (ogolić też, nie tylko umyć) można i w zimnej (wojsko uczy, że dopóki woda nie wypada z kranu w kostkach, to jest ciepła). Ale części intymne, albo plecy (na samą myśl kurczy mi się to i owo). Co to "cywilizacja" robi z człowieka. A to tylko przez jeden dzień, był ten brak.

Często mówi się i piszę, że światem kręci forsa (albo pewna część ciała, nie wymieniana jako zbyt szlachetna) i na niej wszystko się opiera. Ale to nie do końca prawda, forsą się nie najesz. Ten świat (głównie ludzka cywilizacja) żyje dzięki trawie. Jakiej trawie, trawę to krowy żrą. Nie tylko krowy, my też. Chleby, bułki, makarony, kasze, kluski, ciastka, naleśniki, robi się ze zmielonych, w różnym stopniu, ziaren traw. Tak, tak, pszenica, żyto, proso, jęczmień, sorgo i ryż to trawy (bambus swoją drogą też, a chińszczyzna bez pędów bambusa to już nie to). Wyobraźcie sobie świat bez nich, bez tych pól malowanych zbożem rozmaitem, pozłacanych pszenicą, posrebrzanych żytem i bez tych łąk zielony, szeroko nad błękitnym... dobra, dobra nie zasypiajcie jeszcze. Nie musicie sobie wyobrażać, możecie o tym przeczytać.

Wiele horrorów widział człowiek, sporo też przeczytał. Szczerze powiedziawszy te wszystkie nadprzyrodzone istoty: duchy, zombi, wampiry, wilkołaki i inne jakoś mało mnie straszyły. Na tym świecie najbardziej przerażającym stworzeniem jest człowiek. Pod cienką pozłotką "ucywilizowania" czai się okrutna i niebezpieczna bestia. Co może dziwić, im bardziej cywilizowany był człowiek przed upadkiem, tym gorszy staje się potem. Ale w tej książce było coś realnie przerażającego, to informacja, że już nie będzie piwa (tym, którzy się teraz uśmiechnęli, powiem, że nie będzie też whisky, burbona, absolutu, araku, starki, rumu, żubrówki itd.). Przeżyłem coś takiego w rzeczywistości. Byłem w Izraelu w czasie święta Pesach (Paschy), kiedy nie wolno spożywać niczego, w czym mogłoby być skwaśniałe zboże. Dlatego w żydowskim sklepie nie kupisz, żadnego alkoholu zbożowego, kaszek dla dzieci, pieczywa (poza macą). Po bułki i browar trzeba było jechać do dzielnicy arabskiej, gdyby nie oni, to strach pomyśleć.

Autor nie ustrzegł się niestety błędów, jak to typowy mieszczuch (pisze to z pełną świadomością), dla którego łąka przypomina miejski trawnik, na którym głównie rośnie trawa. Łąka to jednak nie tylko trawa, ale i rośliny kwiatowe jak choćby koniczyna, zioła wszelakie, mchy i inne rośliny zielne nie mające z trawami nic poza kolorem wspólnego. A jak wiemy natura nie znosi próżni, nie byłoby więc aż tak źle jak to opisuje autor. Tylko, że przeciętny mieszczuch tego nie zauważy. Byłaby też gryka, z której można i produkuje się mąkę, ale ciasteczka gryczane nie są takie smaczne jak pszenne. Z roślin strączkowych, takich jak fasola też można uzyskać mąkę, ale to już nie to. Byłoby źle, ale nie aż tak tragicznie. Autor jednak znakomicie wykorzystuje nieznajomość i niewiedzę większości ludzi (a nawet takich jak ja, którzy wiedzą o tym, udaje mu się przekonać do swojej wizji). Powieść dzięki temu jest upiorna.

Świat się kończy. Świat w miarę spokojny, w miarę cywilizowany. Bez wojny, bez broni atomowych i chemicznych. Bez dżihadu i terrorystów. Bez nadprzyrodzonych czy też przybyłych z innej galaktyki istot (choć tu można by się spierać). Wszystko z powodu małej prawie martwej formy życia jaką jest wirus. Czy coś z tego umierającego świata da się uratować?

Jakby to powiedział J: "na moim gównomacie 7/10". Warto sobie przypomnieć, że wcale tak daleko nie odpełzliśmy na drabinie ewolucji od naszych przodków, jak nam się wydaje. Wystarczy bardzo niewiele abyśmy się bardzo cofnęli.

John Christopher "Śmierć trawy" tyt. org. "The death of grass" Wydawca Wydawnictwo "Iskry" 1992

27 lutego 2014

Przez ocean próżni

Ciekawi mnie, co myślał Krzysiek Kolumb wyruszając w 1492 roku, na swoją pierwszą wyprawę, mającą na celu odnalezienie zachodniej drogi do Indii? Czy obawiał się tego, że może nie wrócić? Zdawał sobie sprawę, jak niebezpieczna (mimo braku tych wszystkich potworów zamieszkujących ówczesne oceany) jest to wycieczka? Czy był zdziwiony/zaskoczony odkryciem nowych lądów i brakiem możliwości dopłynięcia tą drogą do Indii (na kanał Panamski, musiałby zaczekać jakieś 428 lat, ewentualnie mógł opłynąć przylądek Horn, o ile by go znalazł oczywiście, choć to mogłoby się tragicznie skończyć)?
Teraz zaczynają się szepty o wyprawie na Marsa (co o tyle wydaje mi się dziwne, że mamy znacznie bliżej, dość duże ciało niebieskie, które powinniśmy zdobywać i kolonizować w pierwszej kolejności, chociażby jako trening i przyszłą bazę wypadową do dalszych wypraw). Jakie będą myśli tych straceńców, którzy wyruszają w podróż bez powrotu? Czego najbardziej się obawiają, a co ich nakręca? Może takie jak Paul Marlowe wyruszający, dwa lata temu (powieść napisano w 1967 roku) na pokładzie Gloria Mundi w kierunku Altaira oddalonego od Ziemi o blisko siedemnaście lat świetlnych.

Jak już zdradziłem powieść powstała w 1967 roku. Dopiero pierwsze powojenne pokolenie wchodzi w życie. Żywa jest jeszcze pamięć o "zrzeszonej" europie. A tu proszę, autor wpadł na pomysł Zjednoczonych Stanów Europy i właśnie one zbudowały Gloria Mundi, który był jednym z trzech statków kosmicznych zbudowanych przez ludzi. Amerykanie zbudowali Mayflower, oczywiście największy i najdoskonalszy. Rosjanie Czerwony październik (zaczynamy polowanie) nieco mniejszy ale za to najszybszy. Jak łatwo wydedukować, Gloria jest najmniejsza i najwolniejsza, dlatego leci najdalej.

Odnaleźć w kosmosie planetę zdatną do zamieszkania, to fart. Wyszukać taką, na której jest jakieś życie, niebywałe szczęście. Trafić na taką, na której rozwinęła się już jakaś cywilizacja, to nieprawdopodobne, a jak na dokładkę jeszcze, jest to cywilizacja istot humanoidalnych, ba od ludzi różniących się tylko ilością palców u dłoni, wręcz niemożliwe. A co jeśli Ziemia wcale nie jest kolebką ludzkiej cywilizacji, tylko jeszcze jedną kolonią?

Widać fascynację autora antyczną kulturą Majów, którzy też, miedzy innymi, nie stosowali kół do transportu. Świetnie opisany świat. Cywilizacja ukazana ze swoją wiarą, polityką i psychologią narodu. Pomysły na samą historię, nagłe jej zwroty, oraz odmiany losu przykuwają do książki jak kajdanki. Dobrze nakreślone postacie, nawet te wydawałoby się najmniej istotne. Jedyną wadą jest długość, dopiero co zacząłeś, a tu już koniec. Dlatego właśnie 7/10.

Edmund Cooper "Po drugiej stronie nieba" tyt. org. "A far sunset" Wydawca Wydawnictwa "ALFA" 1987

22 lutego 2014

Podróż po nie jeden uśmiech

Bohdan Smoleń kilkaset lat temu zaśpiewał: "I jak ten natchniony poeta Horacy zawołałem... LUDZIE!!! KOCHANI... COŚCIE TACY SMUTNI??? PRZECIE JEDZIECIE DO PRACY!!!"*. Od tamtej pory w środkach komunikacji miejskiej nic się nie zmieniło (przybył w stolicy jeden środek, z którego okien, co prawda, nic poza betonem nie widać) ale ludzie dalej smutni, ci co jadą do pracy, bo nie wiedzą jak długo jeszcze będą mieli gdzie jechać, a na dokładkę pensja choć śmieszna to radości nie powoduje. Tym, którzy jadą ale nie do pracy, tym bardziej nie do śmiechu. Dlatego uśmiechający się dorosły osobnik, w takim tramwaju, wydaje się być mocno podejrzanym (jeśli nie o jakieś niecne zamiary, to przynajmniej o chorobę psychiczną). Jeśli nie chcecie stać się obiektem zainteresowania współpasażerów, to nie polecam wam tej książki. Zaś ci, którzy lubią się śmiać, a podróże też są przez nich mile widziane, zapraszam na wycieczkę do Wielkiego Guslaru i okolic.

Jeśli czegoś jeszcze nie wiecie o tym mieście, to z pewnością, krótki przewodnik dostarczy wam tych wiadomości. Dowiecie się z niego miedzy innymi tego, że kosmici zaczęli przybywać do miasta w 1967 roku.
Niektórym trzeba pomóc było i choć zadanie niby dość proste i nieskomplikowane, to okazało się być bolesnym doświadczeniem.
Ile problemów może sprawić świeży transport złotych rybek, zwłaszcza kiedy ludzie są życzliwi i nie nastawieni tylko na dobra doczesne? Wódka może płynąć z kranu chociażby i weź się człowieku umyj.
Kontakty osobiste z niżej rozwiniętą cywilizacją są właściwie zabronione. Tylko co zrobić, jak przez głupi błąd rozwaliło się drogę tym małpoludom, a w trakcie remontu zabrakło białej farby na słupki.
Czy rozpijanie narodu jest właściwe, nawet jeśli robi się to w słusznej ze wszech miar sprawie? Płyn zwiększający chęci do pracy, menelom najlepiej podawać dwie krople na szklankę wina. Bywa zabawnie jak ktoś pomyli krople.
Wzajemność to coś czego nie powinno się zdobywać podstępem, bo można przedobrzyć i potem mieć problemy z ptactwem.
Jak wytłumaczyć współczesnemu mechanikowi zasadę działania silnika grawitacyjnego, której samemu się nie bardzo zna? Spróbuj wyobrazić sobie swoje objaśnienia, których udzielasz średniowiecznemu kowalowi, aby ten zbudował parowóz dla cara (już nie będę taki i nie wspomnę o silniku wysokoprężnym i paliwie do niego).
Coraz częściej do głowy przychodzą mi pomysły na niezwykłe wynalazki, takie jak piwo o smaku piwa, kiełbasa z mięsa o smaku kiełbasy, czy kawa o smaku kawy. Ale pomysł na aparacik mierzący temperaturę uczuć jakie żywią do nas inni, taki swoisty termometr uczuć jest moim zdaniem genialny.
Czy byłbyś gotowy narazić swoje zdrowie, a nawet życie, aby udowodnić tezę, że to strach zabija, że z każdej sytuacji można wyjść (i to dosłownie) panując nad paniką? Pójść śladami Bombarda i stać się "Dobrowolnym rozbitkiem" aby to udowodnić?
Indyjscy fakirzy słyną z siły swojego umysłu, która pozwala im dokonywać niezwykłych czynów. Czy takich samych niezwykłych osiągnięć może dokonać ukochany uczeń fakira, zwłaszcza jak się zakocha?
Niedawno, naukowcy śledząc zmiany w naszym genomie odkryli skąd pochodzi ludzkość. Może odejmując zmiany w genomie zwierząt, będzie można odtworzyć wymarłe gatunki? Retrogenetyka przywróci je być może do życia. Tylko nie wiem czy chciałbym stanąć oko w oko z ganiającym na wolności mamutem albo oglądać przeloty sezonowe Quetzalcoatlusów.
Był taki żarcik kiedyś: Przechodzi pan już piętnasty raz na ten film, tak bardzo się panu podoba. Nie, film jest fatalny, ale jest tam scena jak dziewczyna się rozbiera i już ma zdjąć stanik kiedy nadjeżdża pociąg i  ją zasłania. Przychodzę, bo mam nadzieję, że za którymś razem pociąg się spóźni. Gdyby tak siłą woli lub jakimś innym sposobem można by zmieniać wydarzenia w filmie? Możliwe byłoby zmartwychwstanie Czapajewa albo Lorda Vadera. A Trinity i Neo żyją długo i szczęśliwie i mają wyjątkowo podłączone dzieci.
Jak się wzion Wawrzon zawzion i choć se dupę poparzył, to w pokrzywy nasrał. Jak się trafi jakiś uparty Marsjasz to może nawet perpetuum mobile wymyślić.
Tymczasem profesor Lew Chrystoforowicz Minc zaczął hodować narybek. Zupełnie nie przeszkadzało mu w tym to, że czarny kawior, z którego rybki się wylęgły, miał na etykiecie napisane: syntetyczny.
Jak odpowiednio podrażni się próżność własną i ambicję wybitnego naukowca, może dojść do pojedynku. Właśnie w ten sposób wynaleziono, nieomal dwie metody teleportacji (jakże odmienne, a jednocześnie obie bardzo niebezpieczne, ta naukowa zwłaszcza dla kotów).
Timeo Danaos... a właśnie ja mam dla was małą zagadkę. Znacie się na sztuce nowoczesnej, to zgadnijcie, który z tych obrazków to nie arcydzieło ale zwykły dziecięcy bohomaz. Na dole podam odpowiedź.









A jeśli sztuka, na dokładkę nowoczesna i abstrakcyjna zwali nam się na głowę i to dosłownie. Ale to nie niebo się pomyliło, tylko kosmiczny kurier się pierdyknął. Możemy przypuszczać, że dostaliśmy jakąś pomoc od braci w rozumie, a nie zwykłe (no może nie do końca takie zwykłe) dzieło sztuki.
Niezwykły prezent, można powiedzieć dar. Być może nieskończenie długie życie. Ale nie bycie coraz starszym, tylko poprzez wracanie do młodości. Tylko czy każdy może sobie pozwolić na ponowną młodość i czy jej potrzebuje? To spowoduje, że znajdą się nasi rycerze na rozdrożach.

Mini wywiad z Kirem we wstępie do tej książki pokazuje trochę z tego kim i jaki był Igor Możejko. Szkoda ,że znamy już ostateczną odpowiedź na czwarte pytanie. Co może najdziwniejsze, Bułyczow był realistą.

Znakomity  zbiór opowiadań. Bohaterami są normalni choć niezwykli ludzie, znakomicie nakreśleni. Ostra satyra odnosząca się do ówczesnego świata, wspaniale wpleciona w opowieści o spotkaniach trzeciego stopnia, bajki i niezwykłe wynalazki. Mistrz obserwacji i ciętego humoru w najlepszej postaci.  Ocena 9/10 może wydać się nieco za niska ale dla mnie trochę za łatwo.

* Kabaret Tey "Smutasy i Mazgaje"

Przepraszam za ten żarcik, oba te bohomazy to wybitne arcydzieła: 1) Hans Hoffman "Laburnum" 2) Willem de Kooning "A Tree in Naples". Ale jak się chcesz przetestować to kliknij sobie.

Kir Bułyczow "Utwory wybrane 1. Wielki Guslar i okolice" Wydawca Wydawnictwo TPPR "Współpraca" 1987

10 lutego 2014

Niech bawi nas to co jest, skąd wziąć dziś nowy tekst?

Ten krótki fragmencik piosenki rozpoczynającej "Powtórkę z rozrywki" w programie trzecim polskiego radia, który umieściłem w tytule posta, chyba najlepiej oddaje mój stosunek do autora. Powodem są ostatnie dwie książki, które zupełnie nie przypadły mi do gustu. Można się zacząć zastanawiać czemu jak przejechałem się na tej pierwszej, to kupiłem drugą. Może temu, że kiedyś był z Marcina całkiem niezły numer.

Antyutopijna niedaleka przyszłość. Trzydzieści dziewięć miliardów ludzi skoszarowanych w 39 megablokach. Zamiast nazwiska numer, który przydziela się na podstawie testów na inteligencję, a który wyznacza miejsce w społeczeństwie, im mniejszy tym wyższe. Wszystkim i wszystkimi rządzi GLOK (GLObalny Komputer) nadzorowany przez pierwszą setkę. I wszystko wygląda doskonale. Tyle tylko, że GLOK chyba oszalał i chce zniszczyć ludzkość, a na jej miejsce stworzył doskonalszą rasę krzemowych myślaczy. A może tak się tylko wydaje?

Numery już mamy. Szołowizja jest coraz gorsza i głupsza. Jeszcze nie ma komputera , który by nami rządził, ale sami też całkiem nieźle dajemy rade z uprzyjemnieniem sobie życia nawzajem. Choć pewnie stworzymy SI coby jeszcze szybciej zrobić sobie krzywdę. Robotów, które odwalały by za nas całą robotę też jeszcze brakuje, ale kto wie co przyniesie postęp. W Chińskim kapicjaliźmie robotnicy już są skoszarowani przy fabrykach, a i nam niewiele do tego brakuje, bo pensja starcza na podatki, żarcie, opłaty i niewiele więcej. Może więc model zaproponowany przez autora stanie się rzeczywistością, a nie tylko historyjką na dobranoc.

Ale człowiek, a zwłaszcza inteligentny posiadający wyobraźnie, nie da się tak łatwo spacyfikować, a już zwłaszcza jakiemuś blaszakowi, którego sam zresztą skonstruował. Jest to historia kolejnej próby obalenia złego kompa. Ale spacyfikowana ludzkość nie bardzo się do tego nadaje. Myślaczy jest zbyt mało. Kto zatem jest zdolny zniszczyć wielki zły komputer? Zwłaszcza, że widzi on wszystko i ma na swoje usługi roboty bojowe i wszelkie metody nacisku.

Ale nie tylko walką człowiek żyje, zwłaszcza w miarę zdrowy, niestary albo całkiem młody, niegłodny i mający przed sobą (a czasem pod i obok) niezwykle piękną kobietę lub mogącą przybrać dowolne kształty (powiedzmy szczerze bardzo ponętne niekiedy) myślaczkę i nic ciekawszego do roboty. Co ja wam będę tłumaczył, sami się domyślcie.

Napisane jest sprawnie, niepozbawione swoistego humoru. Myślacze posługują się odmiennym językiem, takim śmiechowatym. Trochę zbyt banalna konstrukcja świata, ale nie rzuca się to zbytnio w oczy i nie razi jakoś specjalnie. Bohaterowie są plastyczni choć dość prości, dzięki temu zabiegowi łatwo się z nimi zaprzyjaźnić. Sporo nagłych zmian w postrzeganiu otaczającego nas w powieści świata. Zakończenie niestety trochę za szczęśliwe ale ujdzie. Pisał dla was 7/10.

Marcin Wolski "Numer" Wydawca Krajowa Agencja Wydawnicza RSW "Prasa-Książka-Ruch" 1983

2 lutego 2014

Pierwszy choć drugi

Drugi tom z kolei, bo jak już wiemy pierwszym był Dorsaj!. Drugi jeśli chodzi o kolejność pisania, bo jeśli chodzi o chronologię wewnętrzną jest to tom pierwszy. Akcja dzieje się na długo przed powstaniem wyspecjalizowanych planet, które poznaliśmy w tomie pierwszym.

Ludzkość kisi się na przeludnionej Ziemi. W olbrzymich miejskich kompleksach, zarządzanych przez sztuczną prawie inteligencję, ludzie powoli gnuśnieją w powszechnym dobrobycie i zaczynają się degenerować. Można pójść drogą likwidacji komfortu jaki zapewnia technologia, przyniesie to ogromne straty, ale może uratować ludzkość. Nie ma ucieczki, albo kompletna degrengolada i upadek cywilizacyjny, albo totalna rozpierducha z pomocą Sił Alternatywnych.

Tymczasem młody inżynier po wypadku szuka pomocy. Medycyna konwencjonalna mu nie pomogła. Wszczepy ręki się nie przyjmują, a ciężko żyć tylko z jedną. Ratunku upatruje w Gildii Orędowników i ich umiejętnościami w posługiwaniu się Siłami Alternatywnymi. Nie przewidział, że jego życie bezpowrotnie się zmieni. Śmierć pozwoli mu znaleźć trzecie rozwiązanie i odkryć fakt, że nie żyje już od wielu lat.

Magia w stechnicyzowanym do maksimum świecie. Ciekawy pomysł na intrygę, fajne zwroty akcji i dość niebanalne postacie z fajnymi charakterystykami. Sytuacja geopolityczna, rodzące się kulty, rozwarstwiania społeczne i polityczne, to wszystko składa się na ciekawą historię. Jednocześnie dowiadujemy się dlaczego ludzkość stworzyła tak odmienne i wyspecjalizowane światy.

Nie jest to jakieś wybitne dzieło, nie powala na kolana, ale napisane sprawnie i jak zwykle z werwą. Trochę bawią magiczne formułki, rymowane oczywiście, które mają swoje naukowe wytłumaczenie i elektroniczne odpowiedniki. Nie jest też konieczna znajomość tego tomu aby rozumieć wydarzenia dziejące się w dalszych tomach cyklu. Taka przygodówka od inżyniera do burzyciela. Tak 6/10, ot jeden wieczór w futurystycznym świecie.

Gordon R. Dickson "Nekromanta" tyt. org. "Necromancer" Wydawca Wydawnictwo Amber Sp.z o.o. 1994