5 czerwca 2014

Gdzież są te niegdysiejsze śniegi?

Wszystko przemija. Jeszcze niedawno marzliśmy na przystankach, okutani w zimowe kurtki, a tu już lato ze swoim żarem pcha się do mieszkań. Tak przecież nieodległa była ta chwila, w której prawie siostrzenica zamęczała wujka fprefecta dziecięcymi zabawami, a tu już zaraz osiemnastka się jej szykuje. Ale co tam mówić o ludziach i ich chwilowym istnieniu. Na naszych oczach gasną lub wybuchają, w gargantuicznym fajerwerku, słońca i całe układy planetarne. Ale każdy taki koniec niesie w sobie zalążek czegoś nowego. Z po wybuchowych pyłów, utworzą się nowe gwiazdy i będą wokół nich krążyć nowe planety. Może w końcu utrudzone kilkuset letnią wędrówką wędrowne miasta osiądą na tych planetach i dadzą początek nowym cywilizacjom.

To już trzeci i zarazem przedostatni tom cyklu Latających Miast. Skończył się czas prosperity, galaktyka się wypełniła i nie ma w niej miejsca dla wagabundów, nawet jeśli są wielkości Manhattanu. Tylko co mają zrobić one same ze sobą. Niechciane, pogardzane, zepchnięte na margines rzeczywistości, czy będą musiały siłą dochodzić swoich praw? Może czas po prostu znaleźć swoje miejsce i osiąść. Na drodze tych planów, stanie jednak śmiertelny wróg, powracający z odległej przeszłości oraz pewna sprawa domagająca się sprawiedliwości.

Akcja rozpoczyna się kilkadziesiąt (kilkaset?) lat po wydarzeniach z tomu drugiego. Mimo kuracji przedłużających życie i zdrowie, ludzie się zestarzeli, choć fizycznie pozostają cały czas w dobrym stanie, to psychika zaczyna im ciążyć przeżytymi latami. Miasto się zestarzało i zaczyna szwankować i nie ma za co go naprawić. Czas się zatrzymać i znaleźć swoje miejsce. Ale Nowy York nie byłby Nowym Yorkiem jakby myślał szablonowo, własna planeta to jakby trochę za mało, własna galaktyka to jest to.

Najsłabszy z dotychczasowych, szablonowy, przerysowany i schematyczny. Mimo to, czyta się dobrze i szybko. Jest to jednak odcinanie kuponów z pomysłu, nie spodziewajcie się więc żadnych nowych fajerwerków. Dla fanów cyklu, czyli dla mnie 6/10.

James Blish "Gdzie jest twój dom, Ziemianinie?" tyt. org. "Earthman, come home" Wydawca Wydawnictwo Amber Sp.z o.o. 1994

1 komentarz:

  1. No proszę... I do Villona nawiązujemy. Kto z dzisiejszych "małorolnych" recenzentów sięgnąłby tak głęboko w tradycję?

    pzdr

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za Wasze komentarze, to fajnie wiedzieć, że ktoś (poza mną) z tego korzysta.