4 czerwca 2014

Oj bo się oBLAZE

No nie, nie obrażę się, wyrosłem już z wieku, w którym ludzie się obrażają (co wcale nie znaczy, że zdziadziałem, mam nadzieję). Ponadto jest kilka powodów, które mi nie pozwalają się obrazić na tą pozycję: po pierwsze, lubię Kingę i już; po drugie, autor sam we wstępie pisze, że nie jest to jego udane dzieło i to tak bardzo, że na ładnych parę lat pozbył się go z domu: a po trzecie...

King jest mistrzem snucia opowieści (choć i od tego zdarzył się wyjątek). Jego historie wciągają czytelników, jak bagno nieostrożnych piechurów. Powoli acz nieubłaganie historia przykuwa uwagę i nie pozwala się oderwać. Coraz zachłanniej i szybciej przebiegasz wzrokiem po literach, pragnąc dowiedzieć się co autor szykuje dla swoich bohaterów. I tu przekonujemy się, że największym grzechem jest nieumiejętność kończenia swoich historii. Tak jak w "Pod kopułą" tak i tu Stephen nie znalazł puenty, która w sensowny sposób zamykałaby, a jednocześnie utrzymałoby ten stan, w którym utrzymuje nas ta powieść. Tak jakby ten utrudzony wielce wędrowiec, ale uradowany i dumny z siebie jak paw, boć to przecie przeszedł przez bagno, na końcu dowiaduje się, że była to tylko podeszczowa kałuża, może i duża, no może, ale jednak to nie morze.

Banalna historia człowieka, z pingwinem (i to nie tym z Madagaskaru) w roli anioła stróża, który na swoich krótkich łapkach i z uwstecznionymi skrzydłami nie nadążał za dynamiczną historią swojego podopiecznego. Co więc miałoby wciągnąć nas w tą opowieść? No ta właśnie historia człowieka, wywołująca moralnego kaca. Kolejne retrospekcje z jego życia, na tle tego co dzieje się teraz, jak celne kopy w kolana, pogłębiają rozkrok w jakim stoimy mentalnie nad dobrym, złym i brzydkim (w jednym) człowiekiem. Jak, pytam się, jak można usprawiedliwiać zwykłego bandytę, złodzieja, oszusta, a w końcu kidnapera i morderce? Ba, nie tylko usprawiedliwiać, czasem wręcz mu kibicować. Zupełnie nieświadomie stajemy po niewłaściwej stronie barykady (a może świadomie). I kiedy następuje zakończenie, zostajesz czytelniku, z przysłowiową ręką w nocniku, bo właściwie dobrze się stało, tak się chyba stać musiało i może nawet powinno. Tylko że to zakończenie zupełnie nie pasuje do reszty książki, jakby autorowi nie starczyło cierpliwości (może chęci albo pomyślunku) i na bij zabij, bum koniec.

To się naprawdę dobrze czyta, od tego było mi się czasem ciężko oderwać (dwa razy w ostatniej chwili wyskakiwałem z tramwaju na przydomowym przystanku). Ale to zakończenie jest złem samym w sobie,  powinno być sprzedawane osobno, jako horrorystyczny dodatek dla sadomasochistów. Oceniając całość, daje książce piątkę, tyle że w dziesięciostopniowej skali. Stefan (Ryszard?) jak mogłeś?

Stephen King alias Richard Bachman "Blaze" Wydawca Prószyński i S-ka 2007  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za Wasze komentarze, to fajnie wiedzieć, że ktoś (poza mną) z tego korzysta.