07 czerwca 2020

Ty mi tu mitu tumanie nie nituj

Kiedyś Słońce było bogiem. Teraz wiemy, że jest termonuklearnym reaktorem chłodzonym kosmosem (swoją drogą muszą tam panować niezłe przeciągi jak te kilka miliardów galaktyk pełnych gwiazd nie jest w stanie ocieplić jego wizerunku). W trakcie rozwoju społecznego ilość bogów znacząco się powiększała (nie jestem pewien czy nas stworzył jakiś bóg, ale to że większość bogów stworzyli ludzie biorę za pewnik). Każda nacja tworzyła własny panteon istot nadprzyrodzonych. Dając im różne moce i zadania do wykonania. O dziwo, po pewnym czasie ilość tych niewszechmogących zaczęła spadać. Za to ich uniwersalność i moce rosnąć. Czasami nachodziła ich chętka żeby to wszystko olać albo popatrzeć jak płonie. Niestety ciężko być bogiem bez wyznawców, więc cichaczem odtwarzali ludzkość. W końcu większość się wycofała lub znudziła, pozostawili na stanowisku po jednym ale wszystkomogącym i odeszli. Hmm a jeśli to nie były tylko mity...

Ziemię, tę Ziemię oplotła sieć internetu. Ludzie zaczęli tworzyć światy wirtualne. Na razie są to gry i zabawy, choć już i programy użytkowe (choćby architektoniczne) zaczynają korzystać z tego udogodnienia. Można zwiedzać galerie i muzea. Można wejść do swojego mieszkania zbudowanego co prawda tylko z bitów, bo w rzeczywistości dopiero wykopano dół pod fundamenty. Może wkrótce będzie można do tych światów wirtualnych przenieść całe swoje życie i twórczość. Zaś Światy wirtualne będą piękniejsze, ciekawsze i bardziej różnorodne niż nasza szara rzeczywistość.

Nie musicie czekać. Roger Zelazny już dziś (właściwie to wczoraj, a może nawet przedwczoraj, bo książka ukazała się w zeszłym wieku) zaprasza nas wszystkich do takiego świata, do takich światów i ożywionej mitologi.

Internet nie dał rady, ale z niego narodziło się virtu. Nowa sieć, w której sztuczne inteligencje tworzyły środowiska swoiste habitaty. Od najbardziej zbliżonych do rzeczywistości, poprzez fantastyczne place do zabaw dla dzieci, niezbadane dżungle, do coraz mniej realnych światów fantasy. Aż w końcu jedna ze sztucznych inteligencji natknęła się na jeszcze inny świat. Świat mitycznych bogów i geniuszy virtu. Nieświadomie wszystkie te światy spotkały się jeszcze z jedną lokacją. Lokacją zamieszkałą przez jedną bardzo anorektyczną, choć wiecznie wyszczerzoną (nie wiadomo tylko czy w uśmiechu) istotę. Śmierć okazała się równie nierealnie realna. I wtedy jednej z SI coś strzeliło do jej algorytmów. Stwierdziła, że to niesprawiedliwe, że tylko ludzie mogą sobie z rzeczywistości przechodzić do virtu. Powiedziała bogom, że jest możliwość by wyrwać się z virtu do rzeczywistości.
Tu zaczyna się nasza intryga, ktoś włamał się Śmierci na chatę i bezczelnie coś wykradł. Tego się nie robi jak się chce dłużej pożyć, no chyba że się jest nieśmiertelnym...

Powieść ma niesamowitą konstrukcję. Wyobraźcie sobie wielką zieloną łąkę. Porośniętą wysoką trawą, wonnymi ziołami, kolorowymi polnymi kwiatami. Na tą łąkę wchodzi ośmioletni chłopczyk/dziewczynka, bo mama lub tata poprosili go/ją by nazbierał/a bukiet do domu. Dziecko łazi jak to cielątko, bo z tej trawy to tylko czubek płowowłosej głowy widać. Ale dzielnie zbiera. Tu wyrwie jakiś pęk chwastów, tu jakiś biały kwiatek. Ale wtem zauważa rosnący sobie chaber więc leci i go zrywa, a tu zaraz maki wielkie jak dłonie malucha, no kto by się oparł. I znowu jakiś większy wiecheć jakiejś trawy, o znowu biały kwiatek. Nawet jakaś naparstnica mu się trafiła. Kępka skrzypów i znowu jakieś wiechcie trawy i pęk chwastów. I jeszcze rokitnik, koniczyna, bławatek, groszek ozdobny. Kakofonia kształtów i kolorów. W końcu zmęczone coraz większą wiąchą zielska i letnim upałem wychodzi nasz dzielny maluch na drogę. W rączkach dzielnie dzierży zebrany bukiet, który z dumą wręcza mamie czy tacie. Jedni powiedzą, że to coś okropnego, dwoje ludzi powie, że nie widziało piękniejszego bukietu. A ty będziesz się długo zastanawiał skąd on wytrzasnął tę nowiutką, jedwabną, lawendową wstążkę, którą związał bukiet. Bo jak wchodził w trawę to takiej nie miał, a nikt w okolicy z pewnością takiej nigdy nie posiadał i tym bardziej nie zgubił. I ta książka to właśnie taki bukiet, wydawałoby się przypadkowych wątków, niespójnych, od sasa do lasa, a jednak jako całość jest magicznie niezwykła.

Zelazny nie dokończył tej powieści. Zrobiła to Jane Lindskold, która była padawanem i przez wiele lat przyjaźniła się z Rogerem. Nie wiem czy to zasługa tłumacza czy Jane, ale nie wyczułem co było dopisane przez nią.

Daje osiem, bo sama końcówka mnie nieco rozczarowała. Ale pomysł i realizacja genialne i warte przeczytania.

Roger Zelazny Jane Lindsold "Donnerjack" wydawca Wydawnictwo Rebis

01 czerwca 2020

Niebieskie i czarne

Na przestrzeni lat człowiek (no może nie każdy ale akurat padło na mnie) zetknął się z wieloma ciekawymi parami bohaterów. Na początku to oczywiście byli Bolek i Lolek, Żwirek i Muchomorek (niby do Bolka i Lolka doszlusowała później Tola, ale Żwirka i Muchomorka to wkopał Ciastek ze Shreka), Smok Wawelski i Bartolini Bartłomiej herbu Zielona Pietruszka czy w końcu Koziołek i Matołek. Oczywiście wraz z rozwojem (nie powiem umysłowym, bo ponoć facet rozwija się umysłowo do piętnastego roku życia, potem już tylko rozrasta i to zazwyczaj nie w tych miejscach w których by chciał i powinien) zaczęły się pojawiać inne pary. Żaba Kermit i miss Pigi, Flip i Flap, Ginger i Fred i wiele wiele innych. Pojawiły się też pary literackie Staś i Nel, Pan i jego samochodzik, imć pan pułkownik Michał Wołodyjowski i jego hajduczek Baśka Nicto herbu Rawicz, Rocha Kowalskiego i panią Kowalską i można by jeszcze długo wymieniać, bo się tego uzbierało ale poprzestańmy na tych. Potem człowiek postanowił wybrać się tam (oczywiście literacko bo fizycznie to szans większych nie miał) gdzie nie stanęła jeszcze ludzka stopa i też poznawał ciekawe pary. Stalowego Szczura i jego Angeline, pułkownika doktora Richarda Amesa z Gwen Novak no i oczywiście Artura Denta i Forda Prefecta. Wśród zalewu pozytywnych (i znów się trzeba tłumaczyć, nie chorych na jakąś poważną chorobę tylko fajnych, zakręconych w odpowiednim kierunku i miłych) par, niestety (choć może czasem i stety) zaczęły się też pojawiać takie, o których człowiek z chęcią by zapomniał ale niestety nie da się. Tu pozwolę sobie wymienić chociażby dwóch takich co ukradli Księżyc...

Przejdźmy zatem do naszej najnowszej pary bohaterów. Co można o nich powiedzieć: jeden z nich jest niebieski zaś drugi niezbyt rozgarnięty, porywczy półgłówek i to niezależnie po której stronie mocy się znajduje (choć w pelerynie jest jakby spokojniejszy).

Dawno, dawno temu (a momentami jeszcze dawniej), w odległej galaktyce...

Imperator Palpatin poczuł zakłócenie mocy na granicy Nieznanych Regionów. Nieznane i dotąd nie spotkane zakłócenie. Do zbadania tej anomalii wysyła smerfastycznego fantastycznego stratega Wielkiego Admirała Thrawna i swojego padawana Lorda Vadera na odległą planetę Batuu.
Nieświadomie popełnia błąd. Otóż właśnie na tej planecie już kiedyś spotkali się obaj panowie. Wówczas Thrawn co prawda był tylko komandorem
Mitth'raw'nuruodo we flocie obronnej Chissów, zaś Vader rycerzem Jedi, generałem armii republiki i młodym żonkosiem Anakinem Skywalkerem. Ponowne wspólne działania w tych samych lokacjach, obudzą wspomnienia tego szczęśliwego okresu pod czarnym garnkiem.

Akcja książki rozgrywa się pomiędzy "Atakiem klonów", a "Zemstą Sithów" już po odejściu Asoki Tano z zakonu (we wspomnieniach). Główna treść dotyczy zaś okresu pomiędzy "Zemstą Sithów", a "Łotrem 1" po wykiwaniu Thrawna przez Kanana Jarrusa (Gwiezdne Wojny: Rebelianci).
Nie jest to porywające dzieło. Nie da się zamotać intrygi gdy losy głównych bohaterów są powszechnie znane. Ale i same intrygi w obu przypadkach nie są jakieś wybitnie wymyślne. Dziwi też czasem nieporadność rycerza Jedi, a potem Vadera w możliwości wykorzystywania Mocy do walki z przeciwnikami. Sporo też jest chciejstwa zwłaszcza w działaniach Thrawna, który genialnym taktykiem jest (no nie ma chłop wyjścia). Ot taka opowiastka sklecona pod zamówienie. Gównie dla fanów świata Gwiezdnych Wojen.

Książkę otrzymałem z Klubu Recenzenta portalu Na kanapie, dzięki hojności wydawnictwa Uroboros z Grupy Wydawniczej Foksal Sp. z o.o. za co tak jednym jak i drugim bardzo dziękuję. Do 14.06.2020 jest niezła przecena na książki z uniwersum Gwiezdnych Wojen warto zajrzeć na stronę Foksalu :)

Mimo wszystko dobrze się to i szybko czyta, dlatego zasługuje na całą szóstkę w dziesięciostopniowej skali, a i świat GW jest od "Nowej nadziei" tym czymś co zachwyciło i wciągło i puścić nie chce (Moc jakaś czy ki pierun).

Timothy Zahn "Star Wars Thrawn: Sojusze" tyt. org. "Star Wars Thrawn: Alliances" wydawca Wydawnictwo Uroboros Grupa Wydawnicza Foksal Sp. z o.o.

29 kwietnia 2020

Vanitas vanitatum, et omnia vanitas

Właściwie nic poza wiekiem (oczywiście XXI wiekiem) z Arturem Marnym mnie nie łączy. Wieku o którym Starsi Panowie śpiewali:
I znaleźliśmy się w wieku trudna rada  
że się człowiek przestał dobrze zapowiadać  
ale za to z drugiej strony cieszy się  
że się również przestał zapowiadać źle.
Marny jest marnym Amerykaninem; marnym Meksykaninem; marnym Włochem; marnym Paryżaninem; bardzo marnym Marokańczykiem; marnym Hindusem i marnym Japończykiem. Za to jest niezłym pisarzem ale przy tym złym gejem. Jest też pechowcem i niestety nie tak zabawnym jak François Perrin (Pierre Richard). Za to mógłby być turbo Polakiem. Potrafi narzekać na wszystko. Jakby trafił kumulację w amerykańskiego lotka. Jakieś setki milionów dolarów, toby żałował, że to jednak nie taki plastikowy samochodzik z płatków. Taki co mu dawno temu matka razem z płatkami zalała na talerzu gorącym mlekiem, przez co się odkształcił. Artur byłby do tego zdolny.

Książkę otrzymałem od wspaniałego Klubu Recenzenta portalu nakanapie.pl i bardzo miłego wydawnictwa Grupa Wydawnicza Foksal, za co im w tych odosobnionych czasach jestem bardzo wdzięczny i gorąco dziękuję :) 

To moje pierwsze spotkanie z literaturą LGBT. I to chyba z takiej wyższej półki, nagroda Pulitzera to nie byle co, ponoć. Ale chyba mamy zupełnie inne gusta, ja i ci co tę nagrodę przyznają.
Oczywiście w różnych pozycjach przewijały się jakieś wątki z L lub G, a czasem nawet B ale były to jakieś tam poboczne kwestie nie mające wpływu na treść. Z filmami już lepiej, mam nawet dwa ulubione, które zawsze z przyjemnością oglądam. "Klatka dla ptaków" (The Birdcage) z Robinem Williamsem i "Priscilla, królowa pustyni" (The Adventures of Priscilla, Queen of the Desert) film genialny i niesamowity. Widziałem je już kilkanaście razy ale nadal mnie śmieszą i zachwycają
Ta książka jest jednak pierwsza i dla mnie jest...

Jest jak psujące się młode wino. Kwaśny zapach nie napawa optymizmem. Pierwszy łyk jest cierpki, nie wygładzone czasem garbniki ryją głębokie ślady narzekaniem Artura na wszystko. Pogodę, życie z geniuszem, wiek, zaniedbane ciało, rozstanie z geniuszem, towarzystwo, kochanków, wiek, podróże do Meksyku, ubrania (poza jednym garniturem), kochanka, czasy, dzieciństwo, wiek i zaproszenie na ślub. A jednak wysycone słońcem Toskanii winogrona oddają nieco słodyczy jak niespodziewanie zdobyta nagroda literacka choć może bardziej jak pierwszy pocałunek przyszłego kochanka w berlińskim klubie nocnym. Jeszcze nie wyszumiane cząsteczki gazu pozostałe z fermentacji uderzają w górne podniebienie jak iskierki szaleństwa, pierwszych porywów młodości, pierwszej jazdy na wielbłądzie. I dopiero teraz zaczynamy odczuwać pełny bukiet jeszcze nie do końca zgrany. Owoce cytrusowe jak mandarynka nocy spędzonej na arabskiej pustyni, gorzka pomarańcza szczerych słów starego przyjaciela i lekko goryczkowaty grejpfrut samotnych urodzin na stokach Atlasu. W nosie kręcą orientalne przyprawy, wbijają się jak zapomniana igła w stopę lub zęby psa w ulubiony garnitur. I na końcu aromat jaśminu i dzikiej wiśni jak wspomnienie z dzieciństwa. Obraz makiety japońskiego ogrodu zamkniętego w szklanym pudełeczku, a teraz stojący w pełnej krasie tuż za ścianą z drewna tekowego i ryżowego papieru, wystarczy tylko mocniej uderzyć... Niestety na samej końcówce ocet! Ohydny smak skręcający wnętrzności amerykańskim happy endem i tandetnym przepłakanym w noc poślubną romansidłem. Zgroza. Jakby w przypływie szaleństwa, może nie sam mistrz Leonardo, może jakiś zazdrosny uczeń, lub może jakiś opętany fanatyzmem mnich domalował Giocondzie wąsiki à la Dalí, bródkę V i lenonki, no jakiś koszmar.

Tak jakbyśmy od autora dostali tajemniczą szkatułkę z mosiężną korbką z boku. Oryginalne pudełko z intarsjowanego drewna, piękna rzemieślnicza robota mistrzów. Spodziewamy się, że po przekręceniu korbki usłyszymy melodyjkę starej pozytywki. I gdy w końcu zdecydujemy się otworzyć wieczko, maleńka mechaniczna baletnica zatańczy dla nas jezioro łabędzie. Ruch jej, mimo swej automatyczności, jest płynny dzięki sprytnie ukrytym drucikom i przekładniom. Zaś twarz owionie nam, już bardzo ulotny, ale jeszcze wystarczająco wyraźny zapach olejku sandałowego i jaśminu którymi nasączono drewnianą skrzyneczkę. Tymczasem po kilku obrotach korbki, z pudełka wyskakuje nam falliczny pajac, z twarzą Pennywise smarkającą nam w twarz glutami jakiegoś tandetnego romansidła godnego co najwyżej nagrody Harlequina.

Najchętniej, gdybym potrafił robić takie rzeczy, to wyrwałbym z tej książki ostatnie dwie strony i o nich zapomniał, ale nie potrafię. Książkę czytało mi się ciężko. Zupełnie niesygnalizowane retrospekcje zbijały mnie z pantałyku, a i tak trochę się gubiłem w tym na co akurat narzeka nasz bohater. Ale samo zakończenie (bez tych ostatnich okropnych stron i jeszcze niewielkiego kawałka) to majstersztyk od którego nie mogłem się oderwać. Może to syndrom nagrody za przebrnięcie przez pozostałą część powieści, nie wiem, ale mi się podobało. I na koniec ten policzek, niewybaczalne. To moje pierwsze spotkanie z literaturą LGBT i mam nadzieję, że ostatnie.

Nie mogę z czystym sumieniem dać oceny niższej jak 5/10 choć chciałbym. Mogę jedynie polecić osobom interesującym się literaturą LGBT i romansami.

Andrew Sean Greer "Marny" tyt. org. "Less" wydawca Grupa Wydawnicza Foksal

04 marca 2020

Na wyspach Bergamutach

Wczoraj, czyli trzeciego marca, był Światowy Dzień Dzikiej Przyrody. Szkoda tylko, że coraz mniej jest tej dzikiej przyrody, z tej prostej przyczyny, że nas jest coraz więcej. Ponadto z jakiś zupełnie niewyjaśnionych powodów lubimy wszystko poklasyfikować, ponazywać zupełnie niezrozumiałymi słowami np. gallus gallus domesticus, ponumerować i oznakować. Następnie poukładać w gablotkach i zaliczyć do wymarłych.
Z powieściami robimy podobnie, staramy się je przypisać do jakiegoś gatunku (potem odkładamy na półkę i zaliczamy do przeczytanych). I tu zaczyna się mój problem z tym co właśnie przeczytałem. Niby to kryminał, opowieść policyjna, ale więcej w tym obyczajówki niźli tego kryminału. I okej może być kryminał obyczajowy nawet fajnie brzmi. Ale akcja tego kryminału dzieje się na wyspach, które leżą pomiędzy Albionem i Skandynawią, i miasta są na nich i wioski, drogi, porty, transport morski, i nawet ratusz jest jak mniemam  "i tylko... wysp tych nie ma". Ponoć był jakiś Doggerland, który nawet lądowo łączył Brytanię z kontynentem europejskim, tylko że jakieś trzynaście tysięcy lat temu, a ostatnie jego pozostałości pochłonęło morze jakieś 8000 lat temu. Nie wiem co Volvo wtedy produkowało ale Jaguar to chyba szablastozębny właśnie wszedł do produkcji. Zatem to albo bajka albo fantastyka. Bajka to to nie jest zapewniam, zostaje fantastyka. Sumując: przeczytałem fantastyczno nienaukowy kryminał obyczajowy i git.

Za co lubię serial "Endeavour: Sprawy młodego Morsa" i jemu podobne, za ich niespieszne tempo. Za to że nie muszę uważać kto, kogo, czym, w co i ile razy postrzelił. A jak w ranie znaleziono nogę komara, pióro pawia i włókno węglowe to powinienem się domyślić, ze morderca jest zapalonym golfistą. Mogę na spokojnie śledzić rozwój śledztwa, a przy tym zachwycać się jak autorom filmu udało się odwzorować lata sześćdziesiąte ubiegłego wieku. Mogę też podziwiać grę aktorów, wsłuchiwać się w dźwięki i muzykę dobraną do danego odcinka. W książce takie tempo, troszeczkę niestety nuży.

Teraz tych którzy zamierzają przeczytać książkę Pani Marii proszę o przejście do kolejnego akapitu. Muszę bowiem niestety zdradzić clou intrygi, które niestety nie jest najwyższych lotów.
Dlaczego napisałem nienaukowej. Bliźniaki jednojajowe wiele łączy. Mają ten sam genom, są do siebie podobne, nierzadko mają podobne skłonności. A ponoć niektóre z takich bliźniąt łączy coś na podobieństwo splątania kwantowego. Jeszcze raz proszę osoby, które mają w planach powieść "Podstęp" aby przeszły do kolejnego akapitu, to ostatnie ostrzeżenie. Ale jedno mają odmienne, są to linie papilarne. Pierwsze co robią śledczy po zebraniu wszystkich próbek, to pobranie odcisków palców od denata. Po pierwsze jeśli są w bazie policyjnej to potwierdzi identyfikację. Po drugie nawet jeśli nie ma ich w bazie, to trzeba odrzucić odciski ofiary z tych znalezionych na miejscu zbrodni. I tu byłoby pierwsze zaskoczenie jakby w domu ofiary znaleziono niewiele jej odcisków, a w jej sypialni ani jednego. Za to w samochodzie i całym domu pełno byłoby jakiś obcych odcisków, zwłaszcza na rzeczach osobistych ofiary. To z pewnością byłoby dużym zaskoczeniem dla śledczych. W scenie finałowej też jest niewielki błąd. Nie było możliwości niepostrzeżenie podkraść się do policjantki. Co zresztą w kolejnych akapitach udowadnia sama autorka. Ale to przy tym pierwszym to drobiazg.

Pod względem literackim książka świetna. Autorka ma lekkie pióro i jest urodzonym gawędziarzem. Dialogi i rozmowy są żywe i dostosowane do miejsca i postaci. Bohaterowie są pełnokrwiści i bardzo ludzcy, czasem może nawet za bardzo. Byłaby to wręcz powieść doskonała gdyby nie ten aspekt kryminalny. Bo kryminalnie bardzo słabiutko, osoby które już nie jeden kryminał zaliczyły (w sensie nie odsiadkę tylko książkę) będą bardzo zawiedzione. Cała intryga wynika nie z genialności opisanej zbrodni ale z niewiedzy autorki niestety. Będziecie mogli się o tym przekonać już za tydzień, bo za tydzień właśnie książka będzie miała swoją oficjalną premierę.

Za książkę Bardzo Dziękuję Wydawnictwu W.A.B. oraz genialnemu serwisowi nakanpie.pl, które założyło Klub Recenzenta i nawet mnie do niego wpuściło.

Cały czas biję się z myślami jaką właściwie dać ocenę. Ta książka to podstęp, z jednej strony postaci, z którymi mimowolnie się człowiek zaprzyjaźnił, a z drugiej strony ta kryminalno piramidalna bzdura, która jest osią napędową powieści. Dam na wyrost 6/10 ale, w przeciwieństwie do książek Becketta czy MacBrida, nie mam jakoś większej ochoty wracać na wyspy Doggerlandzkie.

Maria Adolfsson "Podstęp" tyt. org. "Felsteg" wydawca Wydawnictwo W.A.B.

23 lutego 2020

United States of... Canada?

Dzień zakochanych, takie dość dziwne i jakby nie patrzeć zupełnie zbędne święto. Ci co akurat są zakochani potrzebują go jak dobry most dziury i tak mają święto na co dzień. Obchodzący zaś rzadko kiedy są jeszcze w sobie zakochani, a często są już raczej na etapie zastanawiania się co oni właściwie w sobie widzieli. Reszta dostaje niestrawności od różu, słodziaków i serduszek.
Taak, ale zakochanym być. Stopy potykają się na gładkiej, pustej i nie śliskiej podłodze. Kolana dostają specjalne zezwolenie na zginanie się w dowolnym kierunku co perfidnie i złośliwie wykorzystują. Układ pokarmowy przestawia się na wytwarzanie owadów powszechnie nazywanych motylami (normalnie produkuje bąki). Zaś mózg zamienia się w budyń produkujący endorfiny litrami. Najgorsze w tym jest to, że obiekt nic nie wie o żywionych wobec niego uczuciach. Zazwyczaj nawet nie wie o waszym istnieniu. Czasem to chciałoby się tak wstać, podejść nie potykając się i nie obijając se twarzy o podłogę, gdy akurat kolana wpadną na pomysł zgięcia się w tył. I z błyskiem (może nie szaleństwa, bo mogłoby to odstraszyć) w oku, powiedzieć: "Blejtram, a tam ekierka" (może przetłumaczę, bo nie każdy rozumie język zakochanych "Cześć, jestem fprefect"). Idąc za ciosem "Kalafior pryszczaty... (może od razu napiszę tłumaczenie "Może wybrałabyś się ze mną do kina albo nawet na film"). Muszę wam powiedzieć, że to bardzo skuteczna metoda*.

Nie wiem czy autor powieści był zakochany jak ją pisał. Ale niezbyt zborny język (nie wiem czy więcej w tym winy autora czy tłumacza), oraz nietypowa logika mogą na to wskazywać.

Ta powieść to istny kociokwik. Wymaga pełnego skupienia albowiem główny bohater przeobraża się psychicznie i fizycznie, zmienia się jego imię i nazwisko, ciągoty i umiejętności, wiedza i lodówka. Przemieszcza się w światach dusznych (takich jak sejfy, lochy czy archiwa), bezdusznych (świat prostopadły z budyniu powstały), czy zadusznych (czyli zaświatach). Żyje, nie żyje i nie wiadomo czy przeżyje choć jest nieśmiertelny, by zginąć i stać się śmiertelnym. Podróżuje w czasie, przestrzeni tej realnej (a w niej to głównie piechty, choć czasem budyniem, rzadziej taksówką, a niekiedy próbką latającego dywanu) jak i tej dodanej i budyniem poprzekładanej. Jeśli będziesz czytał szybko to jesteś zgubiony i to chyba nawet bardziej niż on.

Na dokładkę to miało być zabawne i rozrywkowe. Tyle tylko, że jak jesteś skupiony na rozplątywaniu włosów zmieszanych ze spaghetti z sosem pomidorowym, to nawet nie powiem całkiem zabawne porównania i żarty autora tylko irytują. Są fragmenty gdzie to się zazębia i rzeczywiście jest dobrze i śmiesznie, ale to niestety dość rzadkie wyjątki. Ponadto autor tak pokręcił, pogmatwał, poplątał i zamieszał w fabule, że w końcu sam się zaczął gubić i mylić, a to jeszcze dodatkowo utrudniło odbiór.

A wszystko to, bo kilku kanadyjskim bankierom zamarzyła się władza nad światem. Jeszcze mógłbym uwierzyć w szwajcarskich ale kanadyjscy? 

Jak to zwykle ja musiałem oczywiście zacząć od tomu trzeciego, bo ja jakoś nie mogę jak normalni ludzie czytać w kolejności. Nie wiem czy ułatwiłoby to odbiór tej książki, ale wiem że o ile nie wpadną mi przez jakiś przypadek albo inne złe zrządzenie losu pozostałe dwa tomy, to nie będę ich jakoś usilnie szukał. Na okładkę lubię budyń czekoladowy, a waniliowym można mnie z domu wygnać, to więcej jak 5/10 nie dam. Zmęczyła mnie bardziej niż rozbawiła czy zaciekawiła.

Tom Holt "Ziemia, powietrze, ogień i… budyń" tyt. org. "Earth, air, fire and custard" wydawca Wydawnictwo Prószyński i S-ka

*O ile chcesz aby obiekt twoich westchnień i uniesień pozostał nieskalany poznaniem go bliżej.