30 marca 2012

Nekropolia beat

Jakoś mi spokoju nie daje, to posądzenie mnie o dziadzienie w szybkim tempie. Coby się przekonać przeczytałem tak szybciorkiem jeszcze jedną przygodówkę. Taką trochę bliższą starcowi, bo odbywaną na cmentarzu. Na bardzo dużym cmentarzu, tak mniej więcej wielkości Ziemi.

Dziesięć tysięcy lat temu nazad, ludzie opuścili swoją dogorywającą kolebkę i wyruszyli w kosmos w poszukiwaniu lepszej (albo jakiejkolwiek) przyszłości. Ziemia nie dość, że wyeksploatowana, to na dokładkę wyniszczona wojną, nie mogła już zapewnić bytu, a w każdym bądź razie nie wszystkim, którzy przeżyli. Ludzie rozpierzchli się po całej galaktyce szukać nowych planet dla siebie. Jakieś parę tysięcy lat po exodusie, grupka (zapewne grabarzy) wpadła na pomysł, że na trupie ziemi jeszcze można zarobić. Bo czyż to nie zaszczyt zostać pochowanym na planecie gdzie ludzkość się narodziła. Interes okazał się kopalnią złota, a takiego interesu się broni za wszelką cenę. Wypadki zaś chodzą po ludziach, a że na cmentarz blisko, to i na nieprzypadkowym wypadku da się jeszcze zarobić. Ale, że "nie ma takiej rury na świecie, której nie można odetkać", to i korporację cmentarną ktoś w końcu przejrzy.

I właśnie w tym momencie historii wkraczasz Ty drogi czytelniku. Nie tylko przybyłeś skomponować utwór o Matce Ziemi, ale chcesz też się dowiedzieć co w trawie piszczy. Czemu korporacja tak zaciekle broni dostępu do Ziemi. Pomoże Ci w tym, wyzwolony robot, skonstruowany jeszcze na Ziemi, oraz kompozytor, którego wraz z tym robotem zbudowaliście. Tajemnicza i oczywiście piękna nieznajoma, która ma jeszcze jedną i oczywiście tajną misję do wypełnienia. Władca duchów i jego duchy, ups przepraszam, i jego cienie. Wilk robot nie cierpiący królików. I Łupieżcy czyli dwie ciężkie bojowe maszyny, pozostałe po konflikcie, który wygonił ludzi z Ziemi.

Przezabawne i dość nietypowe dialogi i rozmowy. Niesamowite i wręcz nieziemskie przygody, ba nawet pierwsze podróże w czasie. Wielki skarb, może miłość, zapewne sława, oraz kilkunastu nietuzinkowych przyjaciół, których spotkasz na swojej drodze, będzie zapłatą za trudy i niebezpieczeństwa jakie Cię czekają na odradzającej się po zniszczeniach Ziemi.

Ja tam jeszcze wrócę, nie zostawię tak tej sprawy rozgrzebanej, a i Was zapraszam, bo 7/10 to jest bardzo dobra nota, a książka w pełni na nią zasługuje. Jak dawni pisarze mieścili się i to z tak zabawną i ciekawą książką na zaledwie 220 i kilku stronach. Teraz, to by były ze trzy tomy co najmniej, sama podróż na Ziemię to byłby osobny tom. A tu i świat cały, z historią i kosmogonią, i historia głównych i pobocznych bohaterów i tylko 112 kartek, płacili im pewnie za pomysł, a nie ilość zapisanych stron. Książka powstała w 1973 roku ale nie zauważycie tego, choć świat się niby zmienił od tamtego czasu. Ale mocarstwa nadal istnieją, a jak się pokłócą, to będzie ciężko przeżyć, a na razie nie ma jak i gdzie uciekać.

Clifford D. Simak "Cmentarna planeta" tyt.org. "Cemetery World" Wydawca Wydawnictwo Amber Sp.z o.o. 1994

29 marca 2012

Ty niedobry Wedlu ty

Świat schodzi na koty, no może nie cały ale jego ważna część. Oczywiście ważna dla mnie ale śmiem podejrzewać, że nie jestem osamotniony w swoim smutku.

Trochę wstyd się przyznać, że taka stara dziadyga jak ja jest łasuchem. Ale nic na to nie mogę poradzić. Ludzie uzależniają się od kawy, fajek, wódy, a ja jestem uzależniony od czekolady ale nie tylko. Prym zawsze wiodły u mnie słodycze Wedla, a w szczególności ptasie mleczko, oczywiście waniliowe (choć pozostałymi jak mi ktoś dał też nie gardziłem). Za każdym razem to było wręcz ekstatyczne przeżycie. Ta waniliowa pianka rozpływająca się na języku, pomieszana ze smakiem mlecznej czekolady. Jeśli podobnie czują ćpuny po daniu sobie w żyłę, to przestaję się im dziwić (choć nie do końca, mnie cukier ubije po jakiś 30-40 latach, oni schodzą znacznie szybciej). I komu ten stan przeszkadzał, jakie bydle dorwało się w tej fabryce do przepisów i je zmieniło. Teraz, zamiast pianki, pod czekoladą czai się galaretowata klucha, która zamiast wanilią jedzie przemysłową żelatyną i może rozpływa się ale dopiero w żołądku, w kwasie solnym. Czekolada jest nadal dobra tylko co z tego. Widzieliście może ostatnie osiągnięcie inżynierii genetycznej oraz biotechnologii biało-czerwone ptasie mleczko waniliowe, pewnie nie chcecie wiedzieć co to jest to czerwone ale i tak wam powiem. 
Czerwiec kaktusowy (Dactylopius coccus) – owad z gatunku pluskwiaków podrzędu Sternorrhyncha z którego pozyskuje się czerwony barwnik koszenilę. Barwnik spożywczy uzyskuję się poprzez zmielenie tego robala i jego jaj, znany jest też pod nazwą E-120 albo karmina. Ale za to jest w 100% naturalny i nie śmiejcie się już z ludzi, którzy jedzą owady.


I żeby na ptasim mleczku i na mieszance czekoladowej, którą to schrzanili już jakiś czas temu, skończyli. Teraz zniszczyli Pawełka. Nie dość, że porobili jakieś smakowe (może się na Czesia zapatrzyli, on lubi smakowe), których na szczęście nie musiałem kupować i nadal cieszyć się jedynym prawdziwym czyli z wsadem toffi. Ale teraz zmienili czekoladę na jakiś cholerny plastik. Wielu już tego nie pamięta ale za wojny polsko-polskiej i kartek pokazało się coś takiego jak wyrób czekoladopodobny i robili to z foli, to w co przyoblekli obecnie Pawełka niczym się od tamtego świństwa nie różni, ale wtedy nie było wyboru zbyt wielkiego. Jeszcze do niedawna mój kiosk przydomowy zaopatrywał mnie w starą produkcję, ale już się skończyło to co dobre, bo tych nowych nie kupuję i nie zamierzam kupić. Jak mam żreć plastik i jeszcze za to płacić, to wolę porzuć torebkę foliową, w której przynoszę bułki ze sklepu, smak ten sam, a torebkę dostaję gratis.

Pamiętacie może, ze dwa lata temu na święta pokazały się delicje o smaku gruszkowym. Były fenomenalne, cała moja rodzina się nimi zajadała, dlaczego zaprzestano ich produkcji, może ktoś wie?

I tak powoli i na własną prośbę Wedel traci całą rodzinę wiernych klientów. Wawel, ba nawet Milka, zaczynają być smaczniejsi. Choć sentyment pozostaje i od czasu do czasu jeszcze sięgam po ptasie mleczko jak jest w przecenie, bo tak nie opłaca się go kupować, to nie ten smak. Cienko panie Wedel, bardzo cienko.

26 marca 2012

Stare ale jare

Dziś napiszę o trochę starszej książce. Książka niniejsza jest wynikiem II literackiego konkursu "Fantastyki". Zaś o jakości tego konkursu niech świadczy fakt, że jednym z opowiadań zgłoszonych na niego był "Wiedźmin". Oczywiście nie są to wszystkie opowiadania zgłoszone na konkurs, bo tych było ponad 1000, są tu tylko te nagrodzone (poza "Wiedźminem", który został wydany osobno). Tło zostało nakreślone, no to zaczynamy.

Pierwsze opowiadanie jest jak Ogr, a jak wiemy Ogry są jak cebula (i nie dlatego, że im jedzie), a cebula ma warstwy. Tu też trafiamy do" Matrixa", ale stworzonego dla jednego człowieka i ponoć przez niego "kontrolowanego". Podobieństwo do "Matrixa" jest tym większe, że tu też katalizatorem katastrofalnych (być może) zmian, był robot domowy. W tym świecie bohater opowieści ma jeszcze dodatkowy, przydomowy "Matrix" służący mu do tworzenia erotycznych światów. Zmiany zachodzące, po dość niefortunnej przygodzie pralki, do złudzenia przypominają tak modny obecnie steampunk. Końcowa scena gmatwa już i tak pogmatwany świat z opowieści, nawet Dick by się chyba pogubił.

Gdy oddamy nad sobą rządy sztucznej inteligencji, czy okaże się ona od nas samych mądrzejsza na tyle, żeby nam pomóc? I to nie tak jak w "Ja Robot", żeby uratować nas przed nami samymi, trzeba nas wyeliminować dla naszego dobra, tylko pokazując nam, że jest inna lepsza droga. Czy może potraktuje nas jak takich trochę zacofanych rodziców, którym jednak trzeba pomóc i pozwolić podążać indywidualnym ścieżkami, gdy my sami będziemy chcieli dzięki niej nałożyć sobie kaganiec.

Szczerze powiedziawszy trzecie opowiadanie uważam za pomyłkę i to poważną.

Czy uderzenie fragmentu komety, poza wiadomymi fizycznymi skutkami, może mieś jeszcze dodatkowy efekt w postaci rozwarstwienia się czasu i przestrzeni. Opowiadanie trochę przypomina "Piknik na skraju drogi". Nie wiadomo co właściwie dzieje się w strefie upadku, zaś to co dzieje się w strefie straciło możliwość jakiegokolwiek kontaktu z resztą świata. Inaczej płynie czas, tasując się i przekładając, tu się starzejąc tam młodnąc. Kontakt pomiędzy tymi światami wywołuje anomalie powodujące śmierć ludzi próbujących przeniknąć przez mgłę.

Co jest istotą człowieczeństwa inteligencja, budowa ciała czy może to, że mamy coś takiego jak uczucia? Wizja bycia człowiekiem w post apokaliptycznej przyszłości, gdzie człowiekiem zostaję się przez zdobycie pewnej ilości punktów człowieczeństwa i kaprys orzecznika, wydaje się być straszna i bardzo prawdopodobna.

I znów wizja świata po apokalipsie. Ludzkość już tylko trwa, dzięki możliwości przedłużania istnienia. Ale i tu nadchodzi kres. Kto będzie ostatnim człowiekiem na ziemi i jak skończy się świat?

Czy istnienie istoty nieograniczonej ani czasem, ani przestrzenią może się okazać jałowe, bo samotne? Czy żeby zwalczyć szarość powszedniości nawet taka istota potrzebuje współistnieć? A z drugiej strony, czy tylko przez osiągnięcie nieziszczalnego marzenia, możemy my szarzy ludzie, pozbyć się szarości z naszego życia?

Czasami nie zdajemy sobie sprawy jakie skutki mogą wywołać nasze działania. A jeśli istoty równe bogom też nie zawsze mają pojęcie co czynią i jakie skutki spowodują ich kaprysy. Gdy skutki ich poczynań dostaną się w ręce tak małostkowych istot jak my, ostateczny efekt może być katastrofalny.

Opowiadania:
1) "Sensorita i Ferty" Aleksander Bukowiecki
2) "Zasięg" Marek Dyszlewski
3) "Wielka ucieczka" Piotr N.A. Gociek
4) "Ten wojewoda najwyraźniej trzęsie portkami. Sam chciał w to wleźć. Jego sprawa." Andrzej Bączkowski i Andrzej Podgórski
5) "Wrócieeś, Sneogg, wiedziaam" Marek S. Huberath
6) "Ciernie" Jan Maszczyszyn
7) "Pożeracz szarości" Tadeusz Meszko
8) "XXI rozdział księgi Fu" Jan Witold Suliga

Na mnie, jak i na jury konkursu największe wrażenie zrobiło opowiadanie Huberatha i nie ma się co dziwić. Gdyby nie trzecie opowiadanie, które dla mnie jest kompletną pomyłką i nie wiem jakim cudem trafiło do tego zbioru, całość zasługiwałaby na więcej, a tak tylko 7/10.

Redaktor serii i opracowanie tomu:  Maciej Parowski Wydawca Agencja "REPORTER" 1991

23 marca 2012

Szlak chałwy

Pisząc niedawno opinię o dość przeciętnej książce dla młodzieży, dostało mi się, że z niewłaściwej perspektywy oceniam takie książki. Może rzeczywiście powoli tetryczeje już, ale co dobre poznam bez problemowo i dziś opowiem o bardzo dobrej książce przygodowej.

Photo by Dd-b
Robert A. Heinlein jest wielokrotnym laureatem nagrody Hugo i jednym z moich ulubionych pisarzy. Uwielbiam go zwłaszcza za dwie powieści: "Obcy w obcym kraju" nagrodzoną Hugo  i "Kot, który przenika ściany", która jest luźną kontynuacją nagrodzonej Hugo powieści "Luna to surowa pani". Nie mógłbym tu oczywiście nie wspomnieć o filmie "Żołnierze kosmosu" z 1997 roku Paula Verhoevena z paskudnymi robalami w roli głównej (chyba sobie znowu obejrzę), a który powstał na podstawie powieści "Kawaleria kosmosu" nagrodzonej Hugo. Robert A. Heinlein jest też autorem powieści "Szlak chwały", nie nagrodzonej, o dziwo, nagrodą Hugo, mimo tego to o niej będzie dziś pisane właśnie.

Tak, jest to przygodówka, ale z całą pewnością nie jest to zwykłe czytadło. Co dziwniejsze, może się okazać, że jest to wręcz książka wieszcząca przyszłość i to bardzo nieodległą. Chciałem, tą proroczą wizję udowodnić jednym z fragmentów, ale jak go już przepisałem to sobie pomyślałem: "dlaczego mam wam robić taką krzywdę, weźmiecie przeczytacie to sami zobaczycie" i wykasowałem. Musicie mi więc uwierzyć na słowo albo przeczytać.


Tworząc bohaterów swoich książek, Heinlein nie tylko opowiada nam o ich przeszłości, przeżyciach, które właśnie w ten, a nie inny sposób ich ukształtowały. Ale także ubiera ich w marzenia, mówi nam do czego dążą, co chcieliby osiągnąć. Jest to bardzo rzadko spotykane w powieściach. Każda z głównych postaci ma swój sposób wyrażania uczuć, emocji. Język jakim się posługują też jest oddzielny dla każdego bohatera, każdy ma swoje wyrażenia, bon moty, powiedzonka. Dzięki takim zabiegom, postacie są wyjątkowo realne i ciężko się z nimi rozstać gdy książka się kończy.

Przygoda czeka na każdego i to być może zaraz za rogiem budynku. Zwiększysz znacznie swoje szanse, mając metr osiemdziesiąt pięć plus-minus pięć centymetrów wzrostu. Około dziewięćdziesięciu kilogramów wagi (i są to mięśnie, a nie oponka). Umiesz fechtować jak Cyrano de Bergerac lub trochę lepiej. Znasz sztuki walki (i nie boisz się Chucka Norrisa) i ze trzy języki. Strzelasz celniej od snajpera SEALs. No i z łuku szyjesz jak Robin Hood, co najmniej. Znajomość poezji mile widziana. Wiek około dwudziestu pięciu lat, oraz zdrowe podejście do życia, seksu i alkoholu.

Pamiętacie ten żart jak to dzielny rycerz wyruszył na szlak i na pierwszym rozwidleniu zobaczył drogowskaz, a na nim napis: Pojedziesz w prawo, zdobędziesz bogactwa ale świat o tobie zapomni. Pojedziesz w lewo, sławę zdobędziesz ale ocipiejesz. Nasz bohater, aż dwa razy stanie przed podobnym dylematem, i wybór nie będzie taki prosty. My wiemy, że nie o to chodzi by złapać króliczka, ale by gonić go. I to właśnie dzięki takim książkom między innymi, choć Skaldowie i Agnieszka Osiecka też mieli w tym swój wkład.

Jest to prześliczna bajka, a i kompania zacna, i chciałoby się tam być i to przeżyć, bo autor ma też dość ciekawe podejście do spraw erotycznych i bardzo zdrowe zresztą, a młodzież tych spraw ciekawa niezwykle. W tej książce i młody znajdzie więc coś dla siebie i to niezależnie od płci, a i dojrzały czytelnik odnajdzie wiele ciekawych kąsków pobudzających fantazję i ciekawość.

Dam jej 7/10 i już tłumaczę dlaczego tak mało. Gdybym nie przeczytał "Kota, który przenika ściany" dużo wcześniej, a jest to jedna z moich ulubionych książek, to "Szlak chwały" dostałby co najmniej 8/10 jeśli nie więcej. Ale wiem, że ten szlak jest taką jakby wprawką przed napisaniem kota i właśnie dlatego tylko siódemka. Ale książka warta jest każdej poświęconej jej chwili i pewnie jeszcze nie raz do niej wrócę. A może macie jakieś smoki do zabicia?

Robert A. Heinlein "Szlak chwały" tyt.org. "Glory Road" Wydawca PHANTOM PRESS INTERNATIONAL 1993

20 marca 2012

Lepszy dobry złodziej czy zły dobrodziej?

Na początku trochę się przestraszyłem kiedy czytając tylną stronę okładki, dowiedziałem się, że książki o złodzieju (bo ponoć jest ich kilka) nagrodzone zostały Mythopoeic (o której to nagrodzie nie wiem nic kompletnie), a którą to otrzymała także Rowling. Kolejne nazwiska laureatów jednak trochę mnie uspokoiły, każdemu jury jak widać zdarzają się wpadki.

Czego by o tej książce nie powiedzieć i nie napisać, jest to zwykłe przygodowe czytadło. Napisane dość prostym językiem bez większych udziwnień i metafor. W dość nieskomplikowaną fabułę wpleciono kilka ciekawych wątków z mitologii przemierzanego świata, a użycie suspensów o zdradzie i prawdziwym obliczu złodzieja dodaje nieco smaczków. Przyjemnie i dość szybko daje się przeczytać, nie pozostawiając wiele w pamięci.

Zaraz posypią się na moją biedną z wolna siwiejącą głowę gromy, oraz informacje, że jestem zwykłą męską szowinistyczną ... Ale mimo tego, że w pierwszej chwili nie zwróciłem uwagi jakiej płci jest autor, to po kilkunastu stronach byłem pewien, że napisała to kobieta. Nie jestem przesadnie nerwowym ani odważnym człowiekiem, może nieco nieśmiałym ale też nie bardzo na szczęście. W życiu zaczerwieniłem się może ze trzy razy, w tym raz ze złości i skończyłoby się wtedy bardzo źle, gdyby nie szeroka lada i dość szybka rejterada owej osoby. Natomiast bohaterowie niniejszej powieści czerwienią się jak pensjonarki z dobrego domu. O ile można to jeszcze zrozumieć u młodzieńca (choć to następca tronu), to czerwieniący się ze wstydu złodziej oraz jak się później okaże zdrajca wyglądają, wybaczcie mi to co teraz napiszę, nie tyle idiotycznie co kretyńsko.

Za to bardzo rozśmieszyła mnie notatka od autorska na końcu książki, zwłaszcza to o bogach. Nie wiem też po co autorka dopisała kiedy wynaleziono zegarek, broń palną czy ruchomą czcionkę, gdy akcja powieści rozgrywa się w wymyślonym świecie, w którym historia nie musi przebiegać tak samo jak w naszym. Ponadto proch wynaleziono w Chinach około IX wieku i wtedy też zaczęto go używać. Zaś pierwsze wzmianki o broni palnej pochodzą z 1288 roku. Skąd więc autorka wytrzasnęła 1339 rok nie wiem i pewnie się nigdy nie dowiem. O ile jeszcze do Gutenberga nie ma się co czepiać, o tyle czcionkę wynaleziono dużo wcześniej, bo już w XI wieku. Zaś co do zegarka kieszonkowego zdania są mocno podzielone i data podana przez autorkę też jest mocno problematyczna. Po co jej to było?

Dla zabicia czasu i oderwania się od spraw doczesnych i raczej dla młodzieży, 5/10 można ale nie trzeba.

Megan Whalen Turner "Złodziej" tyt.org. "The Thief" Wydawca Wydawnictwo "Ars Machina" 2012