18 maja 2013

Książki pachnące parówkami

Byłem na targach. Jeśli chodzi o przestrzeń to w porównaniu do PeKiNu jest znacznie lepiej. Po zrobieniu kółka dookoła płyty stadionu docenia się jednak ciasnotę jaka panowała w ponurym zamczysku. Stoiska są praktycznie identyczne więc tu nic zaskakującego ani nowatorskiego. Właściwie gdyby nie złażący się na takie akcje pisarze i pisarki, od których wyłudza się autografy, to oferta książkowa jest nawet uboższa niźli w większości sieciówek (no może poza literaturą obcojęzyczną i uniwersytecką). Dodatkową atrakcją jest możliwość zwiedzenia stadionu (dach zamknięty. bo świeci słońce, ale ponoć idą burze więc zapewne otworzą). Fotele są miętkie i nawet dość wygodne, można więc nabytki częściowo skonsumować na miejscu. Szkoda tylko, że ktoś ukradł trawnik ze środka stadionu, szaro brudna płyta nie nastraja zbyt optymistycznie. Wszystkie stoiska z parówkami. popcornem i zapiekankami są czynne, można się więc za dość spore pieniądze poczuć prawie jak na meczu.
Zupełnie zapomniałem o schodach, jest ich do pokonania, o dziwo, znacznie więcej niż w starej lokalizacji.

14 maja 2013

Czas na targi

Już za chwileczkę, już za momencik, targ na stadionie zacznie się kręcić.
Na targi przyjdą panowie, panie, większości książka w ręku zostanie.




Tym razem nie w PeKiNie a na Stadionie Narodowym dawniej X-lecia. Od 16 do 19 maja będzie można podziwiać co szykują dla nas wydawcy w przyszłości, ale i to co przywiozą nowego na stoiska. Będą pewnie też pisarze i pisarki, rozdający autografy i uśmiechy. Pojawią się z pewnością krytycy i krytykanci (ja będę z pewnością). Statystyki odnotują kolejny spadek czytelnictwa.
Na lubimyczytać w trakcie święta książki rozwinęła się na temat naszego pociągu do książki dyskusja, a w niej użytkowniczka @Hatifnat napisała coś takiego:
Przez wiele lat pracowałam w bibliotekach w Polsce. Teraz pracuję w bibliotece w Wielkiej Brytanii. I sytuacja tutaj jest faktycznie odmienna a bierze się to między innymi z przekonania, że każdy ma prawo wyboru. I istnieje edukacja czytelnicza z prawdziwego zdarzenia - nie nudne lekcje biblioteczne tłumaczące zasady działania katalogu.
Na przykład niedługo po urodzenia rodzice otrzymują tzw. Bookstart Pack
http://www.bookstart.org.uk/
dla niemowlęcia - zestaw książeczek i rymowanek by dziecko od początku obcowało z słowem pisanym. kolejne paczki otrzymuje gdy jest starsze. Bibliotekarze odwiedzają przedszkola i szkoły by czytać książki dzieciakom i wraz z nimi śpiewać. Rekordy popularności bije Summer Reading Challenge
http://summerreadingchallenge.org.uk/
podczas wakacje dzieci, które chcą czytają sześć książek i za każdą otrzymują skromne upominki a po wakacjach bibliotekarz odwiedza szkoły i podczas uroczystego apelu wręcza każdemu uczniowi, który ukończył SRC, specjalny certyfikat.
Dla dojrzałych czytelników są m.in. City Read London
lub rozdawanie książek z okazji światowego Dnia Książki
http://www.worldbooknight.org/books/2013
I co najważniejsze, jeśli nie masz ochoty korzystać z tych akcji, nie "gorsza". Ponieważ do czytania nikt Cię nie zmusza.
Na tym, moim zdaniem, polega problem w Polsce. Nie ma edukacji czytelniczej, która w przeciągu ostatnich dwudziestu lat z całą pewnością mogłaby zostać rozwinięta. Istniejące akcje promujące czytelnictwo trafiają w ścianę ponieważ nie ma gruntu, na którym można by zasiać potrzebę czytania. Najsmutniejsze jest to, że nieczytający są we wszystkich tego typu działaniach traktowani jak obywatele drugiej kategorii.
Tutaj nikt nie śmieje się z Greya, Gideona czy innego bożyszcza tylko przy okazji pokazuje się czytelnikom, iż nie jest to pierwszy raz kiedy autor sięgnął po seks w swoich utworach. Robiliśmy między innymi wystawę z powieściami H. Millera. Twórcy wszystkich tych akcji pakują ludzi w te ramy i stwarzają pozory, że świat zero-jedynkowy. A nie jest.
Tymczasem u nas, szczytem akcji jest 25% rabat od cen książki. Choć zazwyczaj są jakieś kretyńskie akcje w stylu "nie czytasz nie idę z tobą do łóżka"; "nie czytaj, bądź głupi" czy już najpiękniejszy potworek "cała Polska czyta dzieciom". 

Kiedyś handlowałem książkami. Nie miałem wielkiej sieci księgarń. Nie miałem kilkunastu tysięcy tytułów w ciągłej sprzedaży. Miałem za to stałych klientów. Jednym z powodów (tak mi się wydaje) było to, że dorosłym klientom dokładałem do zakupów książeczki dla dzieci, za darmo. Mnie to kosztowało dwadzieścia groszy. Zyskiem moim był uśmiech, powrót klienta (który dostał coś za nic) i była to też inwestycja w przyszłość (jak się miało w przyszłości okazać nie moją). Obecnie jedyne co można dostać w księgarniach za darmo  to przepuklina (książki są coraz grubsze).

Nie wierzę też, że wydawcom sprzedaje się obecnie tak od razu cały nakład. Może warto byłoby pomyśleć o jakiś rozwiązaniach systemowych dla wydawnictw. Może np. coś takiego, za przekazanie iluś tam egzemplarzy książek dla bibliotek, wydawca będzie mógł sobie jakiś procent odliczyć od podatku dochodowego (ale te pieniądze będzie musiał przeznaczyć na dajmy na to stworzenie/wyposażenie czytelni; zorganizować jakąś grę miejską związaną z ich książką; akcję w stylu "Z półki na półkę"; albo jakieś weekendy z książką dla dzieci; albo cokolwiek innego promującego czytanie jako takie). To wszystko i tak się wam zwróci, więcej czytających, to więcej potencjalnych klientów. Jeśli tego nie rozumiecie, to może warto poczytać i pomyśleć. Kilkuprocentowe obniżki cen nie są żadnym rozwiązaniem.

A propos akcji "Z półki na półkę", w niedziele 19.05 będzie jej 4 edycja. I ja tam będę i to nie tylko w celu wymienienia sobie kilku książek, ale będę też wolontariuszem. Takim przenieś, zanieś, donieś, dawaj tą książkę ale już. To co? Do zobaczenia?



13 maja 2013

Niemalowany ptak

Chyba najbardziej niedoceniona książka 2002 roku. Mogła to spowodować jedna z najbrzydszych okładek jakie widziałem, albo brak jakiegokolwiek marketingu (w każdym razie ja nie przypominam sobie czegokolwiek takiego). Może to, że opowiadania są trudne (tu się przyznam, że w przypadku dwóch opowiadań też nie bardzo zrozumiałem ich przesłanie). Za to wszystkie powodują przejście ciarek po plecach.

Pierwsze opowiadanie, jedno z tych, którego przesłanie do mnie nie dotarło, a które zdobyło Hugo w '69, przypomniało mi Dziewięciu książąt Amberu (Nine princes in Amber) Rogera Zelaznego. Myślę, że Zelazny twórczo rozwinął ten pomysł.
Jeffty ma 5 lat, moim zdaniem najpiękniejsze opowiadanie tego zbioru. Sądząc po nagrodach nie tylko mi ono się podobało Nebula '77, Hugo i Locus '78. Gdyby dla ciebie i tylko dla ciebie świat zatrzymał się, ale nie stanął w miejscu, w okresie kiedy byłeś najszczęśliwszym człowiekiem na Ziemi? Magiczny świat dzieciństwa. Kolorowy, fascynujący wiecznie zaskakujący. Byłbyś gotów za takie życie zapłacić najwyższą cenę, nie licząc się z kosztami innych, bliskich ci ludzi?
Podróż życia, a właściwie podróż po śmierć. Wycieczka do własnego wnętrza, aby odnaleźć to co pozwoli odejść nieśmiertelnej bestii. Dryfując między wysepkami Langerhansa: 38°54' szerokości północnej, 77°00'13" długości zachodniej można znaleźć wszystkie elementy duszy. Ciekawe dlaczego akurat w trzustce, choć to miejsce dobre jak każde. Opowiadanie zdobyło nagrody Hugo i Locusa w 1975 roku.
Każdy dobry uczynek musi zostać ukarany. A już akt łaski i poświęcenie zasługuje na wieczne potępienie. Nie mam ust, a muszę krzyczeć mrozi jak wycie wilka w ciemnym lesie. Jury Hugo też struchlało w '68.
Ciężko pogodzić się z pojedynczą stratą kogoś bliskiego. Cała seria może powalić nawet najsilniejszego człowieka. Ale nie tylko musimy pogodzić się z tym, ale także pozwolić odejść wspomnieniom o tych, którzy nas opuścili, taka jest rola marzeń sennych. Jeśli na to nie pozwolimy konsekwencje mogą być przerażające. Nagroda Locusa '89.
Kiedyś naukowcy za pomocą bardzo skomplikowanych  wzorów starali się przedstawić nasze dążenie ku samozagładzie. Dla ułatwienia przedstawili to za pomocą zegara, że do armagedonu pozostała już tylko godzina. Choć do podobnych wniosków można dojść w zupełnie inny sposób. A może ktoś stoi na straży tego czasu. Paladyn zgubionej godziny pilnuje aby te ostatnie sześćdziesiąt minut nie przeciekło nam przez palce. Hugo i Locus docenili tego strażnika w 1986 roku.
Przestaliśmy być panami naszego czasu, to czas stał się naszym panem. Każde spóźnienie będzie odnotowane i odebrane z czasu naszego życia (chyba to opowiadanie zainspirowało twórcę Wyścigu z czasem (In time)). I znowu ktoś będzie musiał wszcząć rewoltę nawet jeśli będzie tylko arlekinem. Ukorz się pajacu, rzecze Tiktaktor, ale nie ważne czy ulegniesz czy nie, piasek w tryby już wpadł. Nebula '65 i Hugo '66 też.
Ostatnie, zarazem tytułowe opowiadanie, którego przesłania też dociec nie mogę, zadaje mnóstwo trudnych pytań. Pytań, które powinny sobie stawiać zarazem osoby wierzące, nie wierzące jak i te, którym tej wiary brak. Ptak Śmierci i jego działanie pozostanie jednak dla mnie tajemnicą. Hugo i Locus w 1974 chyba lepiej sobie z nim poradziły.

Siedem nagród Hugo, dwie Nebule, pięć Locusów, tak, właśnie tyle nagród zebrało te osiem opowiadań. Jeffty zgarnął wszystkie trzy. Jakoś ciężko mi uwierzyć, że jury tych nagród mogłoby się tyle razy pomylić. Sobie ufam jeszcze bardziej, a jak pisałem, ciary chodzą po plecach jak się czyta opowiadania Harlana. Daje 8/10, może ktoś przeczyta, zrozumie przesłanie i podzieli się tą wiedzą ze mną.

Harlan Ellison "Ptak Śmierci" tyt. org. "The Deathbird" Wydawca Agencja "Solaris" Małgorzata Piasecka 2002

ps. Jak myślicie, byłby ktoś chętny wziąć udział w prostym konkursie gdyby nagrodą była ta książka?

11 maja 2013

Nie ma to jak dobra robota robota

Chciałem zanim zacznie się dzień przeczytać najnowsze doniesienia. Ściągnąłem z pola na czytnik i coby nikomu nie przeszkadzać usiadłem cichutko w kąciku. Przywołałem świetlika, bo nawet dla moich, lekko podrasowanych oczu było jeszcze za ciemno. Osiem nowych wiadomości i wszystkie dotyczące robotów. Świat schodzi na kotopsy.
Jaki ten człowiek głupi jest, to czasem aż niewiarygodne. Trzeba go najpierw omamić i zamotać, żeby nie zwariował. I tak właśnie postąpiono z tymi, którzy jako pierwsi mieli lecieć na czerwoną planetę. Symulowany trening tak ich ogłupił, że o tym, że są na Marsie zorientowali się dopiero jak niechcący rozdeptali jakieś marsjańskie zwierzątko, z którego zamiast kółek zębatych zaczęła płynąć krew. Dobrze, że stało się to w ostatnich dniach wyprawy i udało im się szczęśliwie powrócić. Ciekawe dlaczego piszą o tym dopiero teraz?
Przez idiotyczne prawa robotyki, wymyślone przez ludzkiego pisarza Asimova, roboty muszą być delikatne wobec ludzi jak aksamitna rękawiczka. Mimo tego, nie łamiąc żadnego z trzech praw, istota lepiej wyposażona jaką jest niewątpliwie robot,  nawet bez jednej nogi, słuchu i większych szans, jest w stanie pokonać bandę przemytników. Jesteś zaskoczony?
Na razie na dość odległym posterunku i na dokładkę na kompletnym zadupiu marsjańskim idzie ku lepszemu. Ramię sprawiedliwości jakim jest policja powoli zmienia się w ramię mechaniczne. Twardsze i mniej zawodne jest takie ramię.
Coraz większe mózgi, coraz bardziej skomplikowane zadania. Nie powinno więc nikogo dziwić, że pojawił się robot, który chciał wiedzieć czym jest ta miłość, której ludzie poświęcają tyla czasu, uwagi i zdrowia. Czym się może skończyć zawód miłosny dla człowieka, doskonale wiemy, czym się może skończyć dla robota?
Permanentna elektroniczna inwigilacja. Czy znajdzie się jakiejś miejsce gdzie można się przed nią ukryć? Gdzie doskonały zautomatyzowany inwigilator nie będzie mógł powiedzieć: "Widzę cię". Może się ono jednak okazać już zajęte przez kogoś kto nie będzie chciał dzielić się wolnością.
Nawet niezawodne maszyny, na skutek przypadku czy też niecelowych acz mimo wszystko niszczycielskich działań, mogą jednak zawieść. Potrzebny jest wtedy ktoś kto to naprawi. Konserwator musi czasem wykazać się niezwykłą elastycznością i pomysłowością. I choć mógłby naprawy dokonać zwykły robot, to z tych powodów posyła się mimo wszystko, (nie)zawodnego człowieka.
Kilkadziesiąt lat po wojnie z robotami, którym wydawało się, że są lepsze od człowieków, ludzki zwiad odkrył, że założyły sobie hodowle ludzi. I choć była to pod względem technologicznym mocno zacofana planeta, to i tak ludziom ją zamieszkującym udało się pokonać cwane roboty. To musiało być wyjątkowo frustrujące dla blaszaków.
Ale gdzieś wojna toczy się nadal. Wojna z robotami w roli głównej, ze względu na szybkość ich reakcji i wytrzymałość. Wojna na wyniszczenie. Ludzie już tylko nią dowodzą, ale i to musi się wkrótce zmienić.

No dobra prasówka zrobiona. Serwomechanizmy nasmarowane, stan baterii 7/10, przetrę jeszcze tylko soczewki i trzeba wracać do konsoli, rozkazy nie wydadzą się same.

Harry Harrison "Wojna z robotami" tyt. org. "War with the robots" Wydawca CIA-BOOKS - SVARO Ltd. 1990

07 maja 2013

Nuda, o ciekawe, nie jednak nuda

Wszyscy, którzy mieli tą niewątpliwą przyjemność zetknąć się z jakimkolwiek systemem oświaty, natknęli się z pewnością na niego. Nauczyciela, który został zmuszony do nauczania rozwydrzonych bachorów. Po piętnastu latach kieratu, potrafiącego bez zająknięcia i niestety bez polotu, przez czterdzieści pięć minut, monotonnym i znudzonym głosem deklamować swoje nauki. Koszmar. Na wyższym stopniu wtajemniczenia, można nie tylko mieć do czynienia z takim indywiduum ale musieć jeszcze na dokładkę, znać i posiadać jego książkę, którą on i tak podczas "wykładów" wydeklamuje. Koszmar do kwadratu.

Czytając Rezerwat miałem nieodparte wrażenie, że właśnie taki koszmarek mam przed oczami, a jak się rano obudzę będę musiał iść na "wykład" i wysłuchać tego z ust samego guru.

Nawet fajny pomysł, że jakaś starsza cywilizacja, za pomocą automatycznej sondy od tysiącleci podgląda nasz świat. Widzi jak rodzi się na Ziemi "rozum" i powstaje cywilizacja. I może nawet byłoby to strawne, gdyby autor nie popadł w patos ekologiczny. I takie nawet dość ciekawe zadzierzgnięcie, przemienia się w długaśny elaborat o naszym okropnym podejściu do braci mniejszych, a nawet do zielonej braci. I to nawet jeszcze można by raz znieść. Niestety autor postanowił nas w tym upewnić i odmieniając przez przypadki, powtarza to kilkakroć. Ja nawet rozumiem potrzebę ratowania przyrody przed nami samymi, ale szczerze powiedziawszy po przeczytaniu tej książki człowiek ma ochotę wziąć maczetę i troszeczkę zaszaleć w pobliskim parku (a jakby się jeszcze jakiś milusi kotek trafił).

Nie będę dłużej tego maglował dam 3/10 i powiem czego mnie nauczono, zanim rzucono naszą klasę, na puste pole, z zadaniem posadzenia tam lasu: "zielonym do góry". I to by było na tyle.

Andrzej Trepka "Rezerwat" Wydawca Krajowa Agencja Wydawnicza 1985