29 kwietnia 2012

A jednak się nie kręci jak się dokręci

Wiadomości z układu słonecznego poprowadzi dla państwa Robert Sheckley.
Na Wenus kolejny śmiałek został właśnie milionerem. Co prawda łatwiej jest trafić w kosmolotka niż na złoże złotytu, ale za to o wiele nudniej. Nic nie spróbuje cię zjeść, nie masz szansy umrzeć z pragnienia ani z wycieńczenia, żaden robot nie poda ci pomocnego wysięgnika. Nie masz też najmniejszych szans na Superdrinka Poszukiwaczy siedząc z kuponem w ręku.
REKLAMA
Zakończ z gotówką kłopoty, leć na Wenus po złotyt.
Międzyplanetarnymi liniami latanie jest zdrowe i tanie.
I PO REKLAMIE
Niestety jedna z rozumnych ras jest chyba skazana na wymarcie. Z powodu przekonań jednostki i różnic światopoglądowych u przywódców. Chyba, że jednostka zmieni pod wpływem ostrych i ciężkich argumentów swoje przekonania. Ponoć tylko krowa ich nie zmienia. O czym przekonały się dziewczyny i Nugent Miller.
REKLAMA
Żadna laska cie nie omija
gdy masz długiego i twardego kija
I PO REKLAMIE
Z ostatniej chwili. Dzięki ludzkiej pomysłowości oraz niechęci do dzielenia się najintymniejszymi myślami udaremniono kolejną próbę inwazji na naszą błękitną planetę. Jest to jasny sygnał dla ziemskich służb sanitarnych, że trzeba zaostrzyć kontrole powracających wypraw badawczych z innych planet. Następne spotkanie umysłów może się skończyć znacznie gorzej.
REKLAMA
To co od nas otrzymasz w darze
każdego UFO-ka po ścianach rozmaże
MAGNUM MAGNUM MAGNUM
I PO REKLAMIE
Ludzka dusza waży całe dwadzieścia jeden gramów, zaś osobowość jest znacznie lżejsza. Jako, że ciało waży przeciętnie jakieś siedemdziesiąt kilogramów (nie dotyczy Amerykanów) może warto się go pozbyć podczas gwałtownej i szybkiej ucieczki, ratując tylko osobowość. Potencjał możliwości jest znacznie większy. Problemy jednak mogą wyniknąć z powodu, słabości i wadliwości sprzętu, ale dla chcącego i szybko myślącego, to żaden problem. A czasami pomaga przypadek nawet jak zdarzy się amnezji wypadek.
REKLAMA
Jeśli chcesz by cię dobrze zapamiętano, odświeżaj pamięć co rano.
I PO REKLAMIE
Rozgrywki szachowe, w trójwymiarowych szachach kosmicznych, pomiędzy komputerami najnowszej generacji stały się wyjątkowo jałowe. Przez ostatni rok nasza flota i flota atakująca, co prawda, wykonała kilka ruchów ale do zakończenia partii było jeszcze bardzo daleko. Pewnie trwałoby to jeszcze spory kawał czasu, gdyby jakiś człowiek nie dorwał się do sterowania ręcznego. Ciekawe jakie będzie rozstrzygnięcie. Warto się też zastanowić czy należy pokładać takie zaufanie w tych komputerach.
REKLAMA
I ty zostań bohaterem w swoim domu.
Nowa gra planszowa dla całej rodziny "Trata tata dajmy im Szewskiego Mata"
I PO REKLAMIE
Coraz cięższe czasy przychodzą dla pionierów. Ciasno się robi w tym naszym starym układzie. Mowa oczywiście o układzie słonecznym. Poziom życia ciągle się podnosi i to nie tylko w centrum ale i na rubieżach. Gdzie jeszcze można w pocie czoła ręcznie i nożnie (czasem trzeba dać dobrego kopa) sterować robotami, albo własnoręcznie zaprogramować domowego kucharza. Gdzie człowiek może w spokoju rozejrzeć się nie widząc reklam. Ja nie wiem. Ale trzeba szukać.
REKLAMA
Słoneczka firmy "Ciemność widzę" świecą najdłużej.
125% dłuższe świecenie niż standardowe wodorowo-helowe słońca tradycyjne.
Przed rozpaleniem prosimy przeczytać instrukcję, niewprawne posługiwanie się słońcem może prowadzić do śmierci albo jeszcze czegoś gorszego.
I PO REKLAMIE
INFORMACJE SPONSOROWANE
Szyjemy ubrania na każdą miarę. Jeśli twój koszmar senny paraduje nago dzwoń, my już mu skroimy garniturek. Dla nas nie ma zastoju w interesach. Zlecenia ekspresowe załatwiamy do trzech dni. Dostawa gratis.
DALSZY CIĄG WIADOMOŚCI
Do czego może doprowadzić postawa aspołeczna przekonał się jeden z naszych obywateli, kiedy został nareszcie sam (na sam z androidem). Oglądaj nasze wydanie specjalne "Zawsze po dwudziestej ósmej".
REKLAMA
Robota, bez robota, to partanina, a nie robota.
Cybertronic najlepsze roboty domowe.
I PO REKLAMIE
Okazało się, że grupa trzymająca władzę ma trochę dziurawe ręce. Ktoś od dłuższego czasu podbierał jej co smaczniejsze kąski. A jak wiemy, niektóre grupy zawodowe nie lubią się dzielić. Działania nielegalnej grupy zostały zlikwidowane. Ukrócono przy okazji pogłoski o wynalezieniu eliksiru na nieśmiertelność i silnika na wodę. Twórcy teorii spiskowych mają się nadal jednak całkiem dobrze.
REKLAMA
Ricol, Ricol, Ricol!!
Wieczność za friko.
I PO REKLAMIE
Okazuje się, że nawet naturalne leki mają bardzo poważne skutki uboczne. Przekonał się o tym asystent znakomitego profesora antropologii. Można z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że to było niezłe ziółko.
REKLAMA
Najnowsza opowieść Zamiatacz z Loray o życiu dzikich na innych planetach nie schodzi z list bestsellerów. Tylko u nas z 10% rabatem.
I PO REKLAMIE
INFORMACJE SPONSOROWANE
Marzy ci się wyprawa w dzikie i niezbadane ostępy. Zwłaszcza dla żony i teściowej. Skorzystaj z usług naszego biura podróży. Wyprawa z pilotem i tłumaczem do plemienia łowców głów. Pilot i tłumacz należą do plemienia :)
REKLAMA
Specjalna ekspozycja w Muzeum Biologii Naturalnej. Z naszym kuponem zapłacisz tylko 50% ceny biletu.
I PO REKLAMIE
Na zakończenie wiadomości prosimy o ocenę dzisiejszych wiadomości w dziesięciostopniowej skali gdzie jeden to dno, a dziesięć to po prostu bomba np. 7/10. Bardzo dziękujemy za uwagę i zapraszamy na kolejne wiadomości już wkrótce.

Robert Sheckley "Odłamki kosmosu" tyt.org. "Shards of Space" Wydawca Wydawnictwo ALKAZAR Sp.z o.o. 1993

26 kwietnia 2012

Rzeź (nie)winiątek

Byłem dziś na działce ze staruszkami, bo to trzeba trochę było popracować po zimie. Pozgrabiać liście, patyki, kolki (czyli inaczej mówiąc lub pisząc: igliwie). Przemrożone wykopać lub przyciąć, nowe wkopać, trochę wszystko gównem obrzucić. Na koniec urządziliśmy sobie ognisko nad którym upiekliśmy kiełbaski, fajnie było. Tak spokojnie, trochę się z ptakami po przedrzeźniałem. Teraz siedzę i śmierdzę dymem z ogniska i trochę kiełbaskami, wspominam. Zupełnie jak podczas ostatnio oglądanego filmu. Patrzałem i wspominałem inne film.

Najsampierw przypomniał mi się BR. Battle Royale, tam też grupka młodzieży zabijała się nawzajem ku uciesze dorosłych. Może nie było tylu bajeranckich wizualizacji rodem z Matrixa czy Avatara ale dużo elementów wspólnych. Wyczytywanie poległych, zaganianie niezdecydowanych, tworzenie się grupek. Trochę też z Running mana , ale tego książkowego nie filmowego (choć ilość kamerek podglądających zawodników trochę przypomina też film, ale bardziej jednak tak popularne (un)reality show, choć też tak troszeczkę Truman show, niby ich nie widać), w którym ludzie mogli pomagać lub przeszkadzać zawodnikom. Wiele scen przypomniało mi Gladiatora, do tego stopnia, że w scenie wjazdu rydwanów zabrakło mi sentencji  Ave, Caesar, morituri te salutant. Pamiętacie jak Proximo namawia Maximusa aby zdobył serca publiczności areny? I ta ciesząca się ze śmierci gawiedź, zasiadająca na ławach koloseum.
Policjanci przypomnieli mi Gwiezdne wojny, a tak dokładniej to stormtrooperów. Biały kolor jest taki niepraktyczny, nie wiem czemu przyjął się i tam i tu.
Trochę takich psychodelicznych zapożyczeń od Tima Burtona zwłaszcza jeśli chodzi o stroje mieszkańców stolicy. Trochę z Gamer'a i z Death race.
Książki nie czytałem, ale podejrzewam, że kontynuacja, będzie jak w BR. Czyli, że zwyciężczyni/zcy podejmą jakąś udaną (najprawdopodobniej) lub nie, próbę buntu.

A teraz zagadka: jaki film oglądałem ostatnio? 

Niestety nie przewiduję żadnej nagrody za dobrą odpowiedź :(

"Igrzyska śmierci"

24 kwietnia 2012

Morze nienawiści, może dość

Trzymam w ręcach dwie książki (oczywiście jest to figura retoryczna, bardzo ciężko byłoby mi coś napisać z zajętymi rękami) o tym samym tytule. Niby to nic dziwnego, ilość wyrazów jest ograniczona, więc i ilość tytułów też. No dobrze, ale i autor jest ten sam. Ech durny ty, durny, toż to inne wydanie. Ale jedna (ta pierwsza większa nazwijmy ją "biała") ma prawie 400 stron zaś druga mniejsza (tą  dla odróżnienia nazwijmy "czarna") niecałe 200.

Wydanie pierwsze, białe, jest praktycznie nieczytalne. Ilość błędów jest zatrważająca, ortograficznych, gramatycznych, literówek i innych. Czasami musiałem jeszcze raz przeczytać jakiś fragment, bo nie wierzyłem własnym oczom. Do tego wydania przyznaje się rzekome wydawnictwo internetowe e-bookowo (ja osobiście bym się nie przyznał, więcej, wyparłbym się). Czemu rzekome, bo wydawnictwo, to nie coś co wydrukuje książkę, ale przeczyta ją, zrobi korektę (jakby wrzucili ten tekst do worda, to by się kilkudziesięciu błędów pozbyli, ale nie zrobili nawet tego), dobrze też jest zrobić redakcję, bo polska językiem trudnego jest. To zaś co dostał czytelnik, to żywy rękopis, nieprzejrzany nawet. Taki wydawca mógłby zaszkodzić nawet uznanemu, znanemu i czytanemu pisarzowi. Im udało się nawet schrzanić okładkę. Nie wiem jaką umowę miał z nimi autor ale ja bym tego tak nie zostawił i byłoby bardzo ciepło, gdzieś w okolicach topnienia stali.

Ale od autora dostałem to drugie wydanie (tu ukłony i podziękowania), czarne. Pierwsze wrażenie znacznie lepsze (choć na tle pierwszego wydania, nie było to trudne). Dobrze zrobiona okładka, ładna czcionka, widać na pierwszy rzut oka, że ktoś się starał i nie dziwne, bo książkę wydało wydawnictwo założone przez samego autora. Została zrobiona korekta, choć kilka błędów się przemyciło, nie jest to jednak ilość przerażająca, ot wypadek przy pracy. Ogólnie dużo lepiej. Widać też, że trochę sam autor nad tym wydaniem popracował.

Pomysł na intrygę nie jest banalny i dość przerażająco realistyczny. Czy wydarzenia jakie opisuje autor mogły się wydarzyć. A i owszem i to w dowolnym miejscu naszego kraju, choć pobudki jakie pchają do morderstwa mogłyby być zupełnie odmienne. Jeśli ktoś nosi w sobie nienawiść i chęć zemsty zbyt długo, to powód przestaje być istotny. Moim zdaniem jednak zbyt dużo jest w tej książce nienawiści, zawiści, takiej nieudolnie kamuflowanej chęci odwetu za coś, ciekawe za co panie autorze?
Bardzo mi się za to podobały zbrodnicze pomysły. Jeśli żywicie jakieś animozje (dość poważne), to warto przeczytać, bo sposoby dokonania morderstw są łatwe do skopiowania i nie wymagają zbyt fachowej wiedzy.
Niestety dużo jest też błędów logicznych i chronologicznych. Człowiek się gubi, co kiedy, ile można iść po schodach, skąd laborant wziął próbki do badania skoro nikt ich nie pobrał, no i to, że zabili go, a on jednak żyje itd. itp. Trochę też zbyt prosta jest główna zagadka, którą autor zdradza nam w nieomal pierwszym akapicie, a później stara się zagmatwać, choć nie daje żadnej alternatywy, gdzie więc sens? Zdziwiło mnie też to, że autor przez trzy czwarte książki prowadzi mnie nieomal za rączkę, jak niezbyt rozgarnięte dziecko, żeby w finale potraktować mnie po macoszemu i znikąd wyciągając: niemiecką policje, głównego bohatera, który pojawia się ni stąd ni zowąd w miejscu gdzie go być nie powinno, a potem znienacka robi z niego świadka koronnego. Ki diabeł?

Powiem tak, dało się to przeczytać, niezłe pomysły i dość niewprawna narracja ale coś może z tego być. Nie sięgać jednak po pierwsze wydanie chyba, że potrzebujecie rozpałki, bo tylko do tego się ono nadaje. Dam 6/10 troszeczkę na wyrost, bo widać, że pomyślunek jest, a nad warsztatem można popracować.

Aleksander Sowa "Era wodnika" Wydawca Aleksander Sowa WYDAWCA 2012

15 kwietnia 2012

Hominem te memento

 Jeszcze raz pozwolę sobie skorzystać z tekstu paramętu Pana Andrzeja Zaorskiego nieco parafrazując.
- Fajny film wczoraj widziałem.
- Momentów nie było?
- Nic.
- Nie opowiadaj.
- Opowiem.

Jeśli komediami nazywamy obecne produkcje kinematografii światowej, które momentami są nawet śmieszne czy zabawne, ale nic poza tym. To ten film nie jest komedią i jeśli ktoś go tak przy mnie nazwie, to mu nasikam na buty, będzie to równie śmieszne.
Ten film jest przewrotny, pełen ciepłego humoru, poruszający i wzruszający, a na dokładkę jest to prawdziwa historia.

Co może łączyć młodego chłopaka, wychowującego się w wielodzietnej niepełnej rodzinie. Żyjącego w blokowisku, na peryferiach dużego miasta. I który ostatnie pół roku spędził w więzieniu. Z milionerem mieszkającym w rezydencji. Obsługiwanego przez służbę. A który utracił wszystko, poza swoimi milionami i możliwością poruszania głową (nie tylko w przenośni ale i w sensie dosłownym). Niewiele, tylko przyjaźń.

I właśnie narodziny tej przyjaźni dane nam jest zobaczyć w tym filmie. Nie jest to łatwy poród, dla obydwu rodziców. I pewnie nigdy by do tego nie doszło, gdyby nie niesamowita intuicja u jednego i przezabawnie uroczy brak jakiegokolwiek szacunku dla osoby sparaliżowanej u drugiego. Dwie sceny z tego filmu pozostaną na bardzo długo w mej pamięci, pierwsza przejażdżka (trzeba być pragmatycznym więc ta scena na zakończenie) oraz ostatnie golenie. Te sceny nie mogły się narodzić w głowie żadnego scenarzysty. Bo żaden nie jest na tyle szalony.

Doskonała gra aktorska i to nie tylko dwójki głównych bohaterów ale i aktorów drugoplanowych. Dzięki zdrowemu szaleństwu jakie wnosi Driss, nudne i zrutynizowane życie jakie prowadzi dom sparaliżowany kalectwem Philippa, powoli ewoluuje w pełne życia i radości środowisko (nie)całkiem normalnego domostwa.
Nie mógłbym nie wspomnieć o doskonale dobranej muzyce Ludovico Einaudi, która jest dodatkowym argumentem przemawiającym za obejrzeniem tego filmu.

Film reklamuje się, że zachwyciło się nim już 25 milionów widzów, to teraz już jest 25 milionów + 1. Jak dla mnie 8/10. A i jeszcze jeden argument: panowie zupełnie spokojnie możecie wybrać się na niego ze swoimi piękniejszymi połówkami, one będą zachwycone, zaś wy zaręczam, że nie będziecie się nudzić :)

"Nietykalni" tyt.org. "Intouchables" scen. i reż. Olivier Nakache i Eric Toledano w głównych rolach François Cluzet i Omar Sy

14 kwietnia 2012

Hej, hej Mars napada, lata traktor, traktor lada

Nie jesteśmy sami w kosmosie ! Ale nie jest to ani pozytywna ani radosna informacja. Wszystkie rasy, które wyewoluowały do ery podboju kosmosu są wojownicze i chcą dominować we wszechświecie podporządkowując sobie młodsze i słabsze cywilizacje. A my dopiero co wykluliśmy się z jajka. Pierwszy kontakt okazał się dość przykry. Ale byliśmy trochę lepiej przystosowani i po krótkiej niewoli udało się nam nie tylko pokonać agresorów ale i przejąć ich planety. Zaczęliśmy ekspansje i stworzyliśmy niewielkie imperium. I wtedy nastąpił krach spotkaliśmy rasę dużo starszą i o wiele silniejszą. Ale ludzie w czasie kiedy jeszcze samostanowili o sobie, nie tylko wykorzystywali artefakty najstarszej rasy, jak większość zamieszkujących naszą galaktykę cywilizacji. Na szczęście prowadziliśmy też własne badania. Dzięki jednemu z nich powstała furtka umożliwiająca ucieczkę do czasopodobnej nieskończoności.

Ostatnio w wypowiedziach różnych ludzi czytałem głównie narzekania, że w obecnej sf strasznie zaniedbane jest "s". Sam też trafiłem na książki gdzie "s" autorów zatrzymało się chyba na szkole elementarnej. Muszę się przyznać, że zawsze wolałem "Królową nauk" zaś jej praktyczną siostrę traktowałem trochę po macoszemu. Ta powieść, jeśli nie interesowałeś się nigdy fizyką cząstek elementarnych i matematyką n-wymiarową, w niektórych fragmentach będzie dla ciebie jak przepis na suflet, tyle że po chińsku zapisany japońskimi znakami. Warto też, aby ułatwić odbiór tej powieści, przypomnieć sobie co to jest obiekt kwantowy i kiedy następuje załamanie funkcji falowej. Bo ta książka, to jest naprawdę kawał twardej SF.

Co byś zrobił gdybyś nagle uzyskał możliwość podróżowania w czasie i miał nieograniczoną możność oddziaływania i wpływania na ludzi i ludzkość? Czy chciałbyś pokierować jej rozwojem, przyspieszyć ewolucję, usunąć błędy i wypaczenia jej cywilizacyjnego rozwoju, zabawić się w naprawdę dobrego boga czy może wręcz przeciwnie?

Powieść ukazuje, pod tą fantastyczną otoczką naukowej fantastyki jak niebezpieczny jest każdy fanatyzm, nie tylko religijny ale i naukowy. Choć gdy się nieodpowiedzialnie podejdzie do zagadnień naukowych stają się one po trochu jakby religijne bardziej. Daje też takiego lekkiego prztyczka w nos, abyśmy nie byli zbyt zadufani i pewni swego, bo może nas to drogo kosztować.

Gdybym był trochę lepszy z fizyki może dałbym i więcej, choć z przesuwającymi się coraz dalej horyzontami naszej wiedzy, i to z zakresu fizyki właśnie, mogłoby się okazać, że są to obecnie bajdy i duby smalone, za które nic nie warto dawać. Ale mimo tej niepewności co do wartości (czyżby przechadzał się tędy kot Schrödingera) jej fizykonaukowej zawartości,  książka jest niezła i zasługuje na 7/10.

Stephen Baxter "Czasopodobna nieskończoność" tyt.org. "Timelike infinity" Wydawca Zysk i S-ka Wydawnictwo s.c. 1999