28 stycznia 2020

Torturowanie przez czytanie

Czytając to "dzieło" przypomniał mi się taki dowcip:
Rabi, rabi pomóż co robić? Mój syn nie umie pić i nie umie grać w karty.
Eee, no nie przesadzaj Mosze to chyba dobrze, że on tego nie umie?
Taa, rabi, tyle że on nie umie pić a pije i nie umie grać ale gra.
Autor tegoż potworka nie umie pisać powieści ani tym bardziej wierszy, niestety nie umie się też powstrzymać aby tego nie robić i niech mu tam, długopis się nigdy nie wypisze, a papier będzie cierpliwy. Tylko czy trzeba to od razu wieźć do drukarni i uraczyć brakiem talentu bogu ducha winnych czytelników.

To moje drugie spotkanie z samopublikacją i jak na razie jestem tą formą wydawniczą szczerze przerażony. Książkę otrzymałem z Klubu Recenzenta serwisu nakanapie.pl ale dziękować wyjątkowo nie będę (chyba mnie już tam nie lubią).

Bohaterowie tego tworu nie są nawet dwuwymiarowi, akcja jest prostolinijna i aż jestem zdziwiony, że książka w której się to znalazło zachowała trzy wymiary. Jedyne co w niej jest dobre, że nie jest zbyt gruba ale i tak przebrnięcie przez te dwieście pięćdziesiąt stron to męka. Chciejstwa jest tyle, że żeby jakoś uzmysłowić szczęście głównego bohatera, to trzeba by trafić szóstkę w totka z pięć razy pod rząd. Ale nie skreślając i opłacając kupon, tylko znajdując już opłacony przez kogoś innego. Ciągłe powtórzenia, Stan (główny bohater) to, Stan tamto i jak najbardziej Stan owo. Poczucie humoru, gdzieś tak na poziomie piętnastolatka, porównania i podejście do spraw erotyki jak trzynastolatek, zgroza "pocałowała go prosto w usta". Już nic nie napiszę o podejściu do związków, kobiet i seksu.

Sheldon Cooper niestety miał rację, geologia to nie nauka. Wykształcony geolog nie jest w stanie odróżnić szmaragdów od farbowanego na zielono szkła. Co miłośnikom chmielowego trunku daje możliwość niskonakładowych prezentów dla ukochanej kobiety. Stłuc butelkę, ładnie oszlifować i wkleić do taniego pierścionka i oto mamy drogocenny pierścień po babci (się nie wyda, aż do wyceny w lombardzie). Swoją drogą ciekawe ile kobiet nosi dumnie swoje szklane szmaragdy.

Wierszydła to osobna kategoria w tym "dziele". Uczęszczałem do technicznej szkoły ale uwierzcie, że poezja wydrapana w męskich toaletach, była znacznie wyższych lotów. Najlepiej (zwłaszcza jedną z fraszek) zobrazowałby znany rysunek Andrzeja Mleczki (ale w dobie praw autorskich i pokrewnych nie chce mi się ubiegać o zezwolenie na jego zamieszczenie) jak chcecie zobaczyć wpiszcie w wyszukiwarkę "obywatelu nie (tu nazwa ostrej przyprawy w postaci małych czarnych ziarenek, dodawana do wszystkiego, może poza bitą śmietaną, świeżo zmielona) bez sensu". Szkoda, że autor go nie widział.

Tak się już od dawna nie pisze, o ile kiedykolwiek się tak pisało. Wtórne, bzdurne, ciężkostrawne i zwyczajnie nudne "dzieło". Choć w dobie kilkudziesięciu szarych ryjów, taki romantyczny (o ile znacie bajkę o romantyku) drań (a jak wiadomo drań kocha bardziej) może się jakimś niedopieszczonym paniom spodobać, ale ja im szczerze nie zazdroszczę. Polecam jako pokutę i jak ktoś się lubi umartwiać 2/10. Swoją drogą, gdzie są ekolodzy jak dochodzi do takiego marnotrawstwa papieru. Autor powinien zasadzić przynajmniej sto drzew na swój koszt.

Andrzej Śliwa "Ryzykant i subtelny urok szmaragdów" wydawca Wydawnictwo Poligraf

10 stycznia 2020

Umysł wymiętoszony

Ostatnio na którymś kanale przypomniał się taki fajny horrorek "Ukryty wymiar" (Event horizon) z 1997 roku. Jeśli nie znacie, to warto zobaczyć (ale lepiej nie czytajcie dalej bo będzie spojler, przejdźcie zatem do następnego akapitu), a tym którzy znają, tak tylko z lekka przypomnę. Wyprawa ratunkowa dociera do zaginionego siedem lat wcześniej super nowoczesnego statku Event horizon. Statek miał eksperymentalny napęd grawitacyjny, który pozwalał na pokonanie prędkości światła poprzez przeniesienie statku do innego wymiaru. Tyle że ten inny wymiar okazał się iście piekielnym zjawiskiem, które zlikwidowało załogę i ożywiło statek. A ten wrócił coby zapolować na jeszcze kilku ludziów. Czemu wspominam o tym filmie albowiem autor dziś opisywanego dzieła również stworzył iście piekielne warunki swoim bohaterom. I wcale nie powiem, pomysł był niegłupi ale coś nie pykło, jak z tym napędem grawitacyjnym, nie wiem czy autorowi zabrakło odwagi czy fantazji.

Uwielbiam czytać blurby, oczywiście po przeczytaniu samej książki, zazwyczaj jest to humorystyczny dodatek. Nie inaczej jest w tym przypadku. Trzy blogerki (których blogi będę omijał szerokim łukiem) wywaliły tak piękne laurki, że można dostać cukrzycy od samego patrzenia na te ich wypociny. Gorsze jest to, że dwie z nich na sto procent nie przeczytały tej powieści, co do trzeciej mam tylko podejrzenia, bo jej laurka jest tak ogólnikowa, że po zmianie tytułu można to przypiąć do każdej książki. Skąd mam pewność, że nie czytały.

Gdyby przeczytały do wiedziałby, że tyłówka i pierwsze sto osiemdziesiąt stron tego dzieła to tylko wstęp, a całość ma zupełnie inny wydźwięk. Ja też na początku chciałem swoją opinie zatytułować "Dziesięciu murzynków"  (Ten little niggers) (choć w dobie poprawności politycznej powinienem podać tytuł neutralny czyli "I nie było już nikogo" ale kim ja jestem żebym Agathe poprawiał). Ale ta książka jest jakieś 40 lat świetlnych za "murzynkami" (swoją drogą uwielbiam murzynka zwłaszcza przy dobrym kryminale i z kubkiem kakao, oczywiście jak to u mnie, przesłodzonego). Więc o czym to jest? I tu właśnie pojawia się problem, nie wiem. Miało być o zniewoleniu i wyzwoleniu (chyba), a w sumie to się jakoś tak rozlazło po kontach okrągłego statku kosmicznego. Zapomniałem wspomnieć, że jedna z laurkotwórczyń nazwała międzyukładowy statek kosmiczny: promem. Już byście wzięli kogoś z jakąś choć ogólną wiedzą w temacie. Ale nie ma się co dziwić, jak sam autor nie ustrzegł się dość poważnych błędów.

Co zrobi grupa kryminalistów różnej maści, jak się ich zostawi bez dozoru w jakimś pomieszczeniu. Zwłaszcza, że dobrze wiedzą, że nie są załogą ale towarem przewożonym w ładowni. Postara się wykombinować jak zwiać. O ile ciężko jest zwiać ze statku kosmicznego, bo próżnią się ciężko oddycha, to zawsze można zwiać statkiem. Ale ze statku też można było, bo był na nim prom (to taki statek do krótkich podróży). Przez trzydzieści lat można plastikowym (ależ ja dziś niepoprawny politycznie jestem no no) widelcem czołg rozkręcić na części, a co tu pisać o tak skomplikowanym tworze jak statek kosmiczny. W nieważkości nie da się biegać panie autorze, no nie ma sposobu na to. Można coś na kształt biegu uprawiać ale trzeba być bardzo mocno i dokładnie przypiętym do bieżni i to w taki sposób aby uniemożliwić wykonywanie salt (bo akurat wykonywanie nieskoordynowanych salt w nieważkości jest bardzo proste), A jakby się pan choć trochę zainteresował, poczytał dostępną literaturę, pooglądał co tam w kosmosie piszczy (choć teoretycznie nie powinno, bo dźwięk się w próżni kosmicznej ciężko niesie, może temu że nie ma za bardzo na czym) to wiedziałby pan jeszcze jedno. Po czterech miesiącach w nieważkości, jakiekolwiek próby eksploracji jakiejkolwiek planety, a już zwłaszcza planety o ciążeniu prawie półtora G, są awykonalne. Astronauci po powrocie na naszą planetę mają problemy z poruszaniem się, a tu jest tylko 1 wielkie G. Co się stało z ogrodem, rośliny w nieważkości kompletnie głupieją, nie ma zielonym do góry, bo nie za bardzo wiadomo gdzie jest góra. Skąd kurz w nieużywanej części statku? I kilka mniejszych i drobniejszych potknięć ale to pomińmy.

Ale autor jest chyba jeszcze dość młodym człowiekiem ma czas się poprawić. Nie wyrósł jeszcze z idealizmu (to taki chorobowy stan przejściowy pomiędzy młodością, a dostrzeżeniem w co się tu gra) o czym świadczy zakończenie (chyba najgorsza część tej powieści). A mogło być tak pięknie, bo pomysł niegłupi. Stanowczo za długi i zupełnie niepotrzebny ten brutalny wstęp, który właściwie nie ma dalszego ciągu ani większego wpływu na drugą część powieści. Którą to właśnie z chęcią przeczytałbym bardziej rozwiniętą, a nie tylko te kilka ostatnich dni. Serio, odkrywanie i eksploracja obcej cywilizacji znacznie bardziej ciekawi niźli nieporadność i mordercze skłonności naszej własnej rasy. Co się stanie z naukowcami wiadomo było, zaś zupełnie nie wiem co stało się z dwoma przestępcami, którzy uczestniczyli w kontakcie trzeciego stopnia, co z nimi panie Struno? Gdzie się podziały ich umysły wyzwolone?

Myśląc o wolności, myślimy raczej o wolności naszego ciała niż umysłu. Może rzeczywiście ograniczanie wolności poprzez wsadzanie przestępców za kratki, to jakaś aberracja. Toż ciało jest tylko narzędziem jak nóż czy pistolet. Może właśnie należałoby zamykać umysł. Odciąć go od możliwości sterowania ciałem, a ciału pozostawić tylko podstawowe funkcje, aby mogło zarabiać na siebie jako prosty robotnik przy nieskomplikowanych pracach. Jest to jakaś myśl, tylko czy aby na pewno moja własna?

To mogło być fajne, to się całkiem dobrze czytało miejscami, mimo tych błędów, ale czegoś zabrakło jak przypraw w chili con carne. Wszystko zostało jakoś tak wymemłane, rozwleczone, nieostre i jeszcze to tragicznie idealistyczne zakończenie. Nie, to nie tak być winno, a może tylko ja jakiś taki niedomyślny ale jestem na nie i dam tylko 5/10 i ciężko mi to polecić, bo nie za bardzo wiem komu mógłbym.

Tym razem podziękowania na końcu. Na kanapie bardzo dziękuję za zaufanie, zaś wydawnictwu Novae Res za udostępnienie książki (mam nadzieję, że nie zrazi Was zła recenzja, a da asumpt do wnikliwszej oceny wydawanej powieści).

Edward Strun "Nadir" wydało Wydawnictwo Novae Res

24 grudnia 2019

Takie proste życzenia

Ciężko dziś będzie z powodu zachmurzenia o pierwszą gwiazdkę zatem służę Syriuszem


Można już zasiąść do wieczerzy, która spełni wasze oczekiwania kulinarne i doda sił. Przełamiecie się opłatkiem.
Wygarnijcie prezenty spod choinki, przytulcie tych może nieświętych mikołajów (nawet jeśli nie o takich prezentach marzyliście). Zaśpiewajcie (wiem z autopsji, że nie każdemu jest dane ale choć spróbujcie) kolędy (albo jakieś fajne piosenki byle razem) i cieszcie się świętami :)
Tylko proszę nie bądźcie po świętach jak ten tu, bo zaraz sylwester.

11 grudnia 2019

Na wysokich stanowiskach czyny są nie te...

Gdzie tedy idą podatników pieniądze
Urzędowa grabież najbardziej jest nęcąca

Książkę otrzymałem od portalu Na kanapie dzięki wydawnictwu Uroboros, należącego do Grupy Wydawniczej Foksal. Dziękuje portalowi za zaufanie, zaś wydawnictwu za udostępnienie swojej książki.

Tak się toczą losy niezbadanie
Nie wiesz kim się stanie, co się komu stanie

Kilka lat temu napisałem recenzję filmu Godzilla. Zastanawiacie się zapewne co może mieć wspólnego film o japońskim potworze z książką o jeszcze nie wielkim admirale, z uniwersum Gwiezdnych Wojen, Thrawnie. Tak w jednym jak i w drugiej niewiele jest tytułowego bohatera. Jaki zatem tytuł powinna nosić książka, moim zdaniem "Arihnda Pryce", tylko kto kupiłby książkę pod takim tytułem, nawet jakby dużymi literami nad tym nazwiskiem było napisane STAR WARS?

Podobno pochodził z niedalekiej gminy
Pokrewnej klimatem Krainie Wiecznej Zimy

Moja historia z Gwiezdnymi zaczęła się bodajże w 79, już nie wspomnę dokładnie albowiem młody podówczas byłem. Po seansie w kinie Relax wstąpiła we mnie nowa nadzieja, że oto zaczęto kręcić filmy dla fprefecta. Choć historyjka była do bólu naiwna, ale jej realizacja, to było to co fprefecty lubią najbardziej. Potem cenzura pochyliła się nad Imperium i groziło, że kontratak się w Polsce nie powiedzie. Na szczęście w klubie studenckim odbyły się trzy seanse. Na dużym (w tamtych czasach to był serio duży telewizor) kineskopie, z kasety wideo z amatorskim tłumaczeniem, dla kilkudziesięciu wybrańców, otworzyły się podwoje mocy dotąd niedostępnej. Byłem na pierwszym z tych trzech seansów.

Polityka to tarzanie się w błocie
I każdy się musi ubrudzić

Dlaczego w tej książce poznajemy życie Arihndy, nie wiem może tak miało być? Nie mówię też, że to nie jest ciekawe tylko nie o tym miała być ta powieść. Poznajemy jej szczęśliwe dzieciństwo i młodość na Lothal. Marzenia aby się wyrwać gdzieś, do stolicy pojechać, świata kawałek zwiedzić. Następnie dane jest nam śledzić jej karierę w politycznym światku Imperium, aż do objęcia stanowiska gubernatora na rodzinnej planecie. I o przejściu na ciemną stronę mocy.

Tylko tyle i aż tyle nam wiedzieć jest dane
Niekiedy tylko coś więcej powiedziane

A czego dowiadujemy się o Mitth'raw'nuruodo. Tyle że od razu został porucznikiem, czy kapitanem, może komandorem, chyba komodorem, raczej admirałem i to nawet całkiem wielkim. Cały czas mając u boku wiernego Sancho Pansa adiutanta. Oraz całego festiwalu chciejstwa, ale wspomnę tylko o jednym coby spojlerów za dużo nie robić. Jakimś dziwnym i niewytłumaczalnym sposobem Thrawn zainteresował się robotami bojowymi z czasów wojen klonów. Kupił i wyremontował dwa droidy i jakimś takim przedziwnym zrządzeniem losu, okazały się potrzebne w celu ukończenia misji. Przypadek, nie sądzę.

Jeden zrobił karierę na niwie państwowej
Drugi stał się łowcą nagród jedynie

Timothy Zahn jest całkiem niezłym pisarzem, może nie artystą ale rzemieślnikiem i to dobrym. To co pisze z własnej inicjatywy nie jest złe, a nawet potrafi zdobywać nagrody jak choćby Hugo za opowiadanie Cascade point. Jako pisarz do wynajęcia też sobie radzi całkiem nieźle. Każdemu jednak może się przydarzyć skucha. Książka w sumie nie jest zła, dobrze i szybko się czyta, tylko jak już wcześniej wspomniałem jest nie na temat. To mogłoby być całkiem fajne opowiadanie o Prycach i ich życiu w Imperium. Ale mamy co mamy, czyli ciut rozwleczoną opowieść o pannie Arhindzie, przetykaną gdzieniegdzie wstawkami o Thrawnie.

Można było się spodziewać, że to pan, Komandorze
Tarkin to zrobił, hary,hary
Można było się spodziewać, że to pana, Komandorze
Tarkin to dzieło

Czytając to dzieło człowiek się zastanawia jak właściwie to całe Imperium przetrwało te dwadzieścia lat, zanim Luke nie dorósł. Palpatine jedynie siedzi na czarnym tronie i zajmuje się przydomowym ogródkiem. Vader ugania się po odległej galaktyce za Obi-Wan Kenobim, który w tym czasie na Tatooinie pilnuje Luka. Większość dowódców to kompletni lub zwykli idioci nie radzący sobie z dowodzeniem, na dokładkę skutecznie zastraszani, na tle których człowiek lub Chiss o przeciętnej inteligencji, zdawać się może geniuszem. Przeciętny garnek nie jest w stanie trafić z blastera w stodołę. Wszyscy politycy są skorumpowani, źli, wredni i niezbyt rozgarnięci. Jedynie właśnie Wielki Moff Wilhuff Tarkin zdaje się być osobą utrzymującą to całe imperialne badziewie w kupie. Zresztą zaraz po jego śmierci wszystko się ostatecznie sypie ale to dopiero w Powrocie Jedi.

I nikt złego słowa nie piśnie
Nawet przed obliczem senatu 

Jak dla mnie to takie 6/10. Może jakby to nieco odchudzić i dać odpowiedni tytuł to skłonny byłbym dołożyć jeden punkt.


Timothy Zahn "Star Wars. Thrawn" tyt. org. "Thrawn" wydawca Wydawnictwo Uroboros

Kursywą oraz tytuł oczywiście Komandor Tarkin Kazika.

24 listopada 2019

Honorowy hycel Henryk, hardy huncwot, haczy hipopotama hakiem holowniczym hałaśliwej Hondy hybrydowej

Okładka zastępcza
Dzisiejszą pisaninę sponsoruje literka H i cyfra dwanaście (to i tak lepiej niż trzynaście)

Termit: -Gwiazdą dzisiejszego odcinka będzie (szeptu, szeptu) jak to nie będzie, zgasła? Aaaa  gwiazdy w dzisiejszym odcinku nie będzie, za to w kolejnym pojawi się supernova!!!
Zatem już nie czekajmy, już nie zwlekajmy, już zaczynajmy. Nadszedł czas na niemoralny, nielegalny i nieoficjalny, oto przed wami lekko szurnięty madbooks show!
ŁUP!!!
Na scenę, z rusztowania pod napisem, spadł Gorgonzola z trąbką, którego trafił celnie rzucony Kisiel.
Stapler: -Ty ale jak się robi taki kabareton to na początek daje się prawie najlepsze skecz coby ludzie nie zaczęli opuszczać teatru
Wardrob: -Oni wyszli z innego założenia na początek damy coś co jest całkiem drewniane jak Jawor.
S. : - Ale po co?
W. : - Po to, że potem nie może być już dużo gorzej.
S. :- To lepiej nie będzie?
W, : -Ależ będzie dużo lepiej, tylko musisz tym drewnianym klockiem dobrze przycelować, trafiony już nic nie powie.
S. i W. : -He he he he.

T. : -Dzisiaj nasz znakomity szef kuchni Janusz, no i co z tego, że ze Szwecji, przyrządzi suszi!
J. : - Bierze się dowolną rybę, może być Dróżniczka, i się ją suszi za uszi, a jak się pokruszi to zostaje miłe wspomnienie, że zaoszczędzono nam jej jedzenie.

T. : -A teraz miś Fugazi z Białołęcka opowie dowcip o gąsce Balbince przywitajmy go brawami, łuuuu
S. : -Buuu
W. :-Buuu!
F. : -A żeby wam łby powybuchały stare grzyby.
Szuuuu ŁUP!
F. : -Ej no tylko nie w głowę.
W. : -No i co lepiej?
S. : -Dużo lepiej hłe, hłe, hłe.

Sceneria sali tortur w lochach jakiegoś starego zamczyska. Ze sceny wieje trupim odorem i jeszcze czymś gorszym. Na środku sceny Gorgonzola przebrany za hrabiego herbu Kubasiewicz w pozie zadumanej (która w jego wykonaniu bardziej przypomina osobę mającą problem z zatwardzeniem). Wpada miś Fugazi w stroju kamerdynera i z przerażeniem w głosie pyta
F. : -Panie dokąd odeszły cienie?
W. : -A mnie wody odeszły jak się na was patrzę. Hu, hu, hu 
S. : -Cewnik ci wypadł stary durniu. Hi hi hi

Tymczasem za kulisami.
T. : -Zielińska idź do tych dwóch wesołków i im powiedz, że jak się nie uspokoją, to prędzej dwa księżyce na niebie zobaczą i mleczaki im się znowu wyrżną, nim ja ich znów wpuszczę do teatru. Po drugie jak mi drewniak miły wezwę na nich policję. Rzucają czymś z góry. Nie patrzą gdzie to spadnie przecież mogłem się o to potknąć. Jeszcze raz tak zrobią a taki im Hrycyszyn urządzę, że im bąbelki pójdą nosem, a przez tydzień będzie im się wodą morską odbijać i choroby kesonowej dostaną. No leć już. Niech ja jeszcze coś na nich znajdę, to ich tam w tej loży utopię.

I znów na scenie.
T. : -I tak oto proszę szanownej publiczności dotarliśmy do półmetka naszego programu. Teraz przed państwem grupa gimnastyczna z Jadowska koło Wołomina w oryginalnym pokazie Zielona zemsta, czyli o tym jak natura przerabia na wióry tego kto robił wióry z natury. Przywitajmy ich oklaskami Łuuuuu!
"A ja muszę napisać list"
Kochany panie M. nie, nie czarnym wezmę zielony to taki beznadziejny kolor, taaa no to:
Szanowny Panie M.
Jesteśmy niedużym teatrem ale z aspiracjami. Nasze występy emitowane są na cały Picim i okolice. Naszą ekipę nazwałem, tak dla podniesienia morale "hardą hordą"mającą podbić świat, tylko teraz nie wiem po co? Tym programem to się raczej nie uda, może kilka ościennych gmin co najwyżej. Nie pisze, że jest całkiem źle, bo i jest ten szwedzki kucharz Janusz ostatnio eksperymentujący z kuchnią Japońską i całkiem to smacznie i gimnastycy z Jadowska są nieźli, muzycy też robią całkiem niezły hałas, ale na tle całości to nie trudne. Miało być fantastycznie, a najlepszy skecz to nosz Kańtoch wypisał się jednak dalej czarnym thriller jakiś, czy kryminał. nie wezmę czerwony Horror dla trzylatków, bo zwykły kisiel nie przestraszy starszych dzieci. Jakieś fatum nas prześladuje. Upiór w teatrze czy ki duch w maszynie miało być kosmicznie, a jest jak na jakiś Zaduszkach a może jednak niebieskim Czasami już oglądanie na National Geographic jak mrówce z głowy grzyb wyrasta jest ciekawsze czy też podwodna archeologia. Trzeba by wręcz heroicznej fantazji by w tym dostrzec coś fantastycznego. Nie wiem czy podpisanie cyrografu by tu coś pomogło. Dlatego proszę by pan się przyjrzał fachowym okiem czy można to jeszcze uratować, bo nasza dyrektorka artystyczna chyba nie bardzo łapie o co w tym biega. 
Z poważaniem Termit Raduchowska.

T. : -Kurcze co tu taki zaduch, bezduch się zrobił. Gorąco jak w piekle, można by jakiegoś demona przywołać. Klima wysiadła, co?! Jak to miss Piegi wyłączyła, zimno wewnętrzne ją trzęsie, już ja nią potrząsnę. [wchodząc na scenę] Rozgrzali nas ci akrobaci, nie ma co, lecimy dalej. I o to ten, na którego wszyscy czekaliśmy. Gorące oklaski bo o to sam wielki WójtOwicz ŁuuUuuuUuuu! Jezioro łabędzie w jego wykonaniu pozostawia niezacieralne wspomnienia i wręcz niesamowite wrażenia.
S. : -Przy jego tuszy to pewnie i dołki w betonowej scenie.
W. : -To nie będzie przelot ptaka tylko lot wieloryba.
S. : - A jak instalacja nie wytrzyma to wrażenia mogą być piorunujące.
W. : -Byle strop wytrzymał, bo będziemy mieć pierwszy na świecie teatr cabrio.
Tymczasem za kulisami, lekko podrygującymi w takt, czy to muzyki, czy delikatnych, jak muśnięcie cyklonu, kroków tańczącego na scenie wójta.
T. : -Jak tam Gorgonzola twój wiersz o kurze?
G. : -To nie jest wiersz tylko poemat.
T. : -Tak, a ja chyba kupię sobie pistolet i się powieszę. Czytaj co tam spłodziłeś może będziemy mieli coś oryginalnego na scenę.
G. : -"Kurka, kurka, kurka" to tytuł
"Kiedyś gdy zajdziesz w śmierci strony,
znajdziesz zatokę dusz zgubionych.
jest nad zatoką dąb zielony,
drutem kolczastym w ból zmieniony.
W koronie jego mieszka kurka..."
T. : -Dobra, dobra, spokojnie. Twoja poezja z pewnością będzie się podobać, może jeszcze nie w tym stuleciu ale z pewnością, ludzie i nie tylko, będą się bić o tomiki twoich wierszy. Choćby po to by mieć coś na rozpałkę. O, przestała drżeć ziemia, chyba wójt skończył albo się wykończył. Lece.
Po chwili
T. : -UuuuUuu! ludziska zróbcie Hałas, oto dotarliśmy do finału.
S. : -Dożyliśmy.
W. : -Dotrwaliśmy.
T. : -Zapraszam na scenę wszystkich dzisiejszych artystów, pan wójcie może sobie jeszcze poleżeć, oto oni, podziękujmy im brawami. Orkiestra pod dyrekcją, sorki jak się nazywasz, a Nieznaj, orkiestra pod dyrekcją znakomitego perkusisty Nieznaja.
S. : -I nie ponimaju.
W. : -Ale chyba tylko on ma jaja.
W tym momencie przed sceną strzelają ognie rzymskie. Kłęby dymu błyskawicznie zasnuwają scenę i widownię. W dymie błyska ognisty warkocz miss Piegi. Z bocznych drzwi wbiega strażak ochotniczej straży z hydronetką, zalewając rzymskie ognie, aktorów i scenę niekontrolowanym strumieniem wody. Zwarcie, wywołuje potężny rozbłysk wyładowania elektrycznego i wyłączenie korków. Gasną światła, w blasku gasnących fajerwerków, skłębiona masa ciał stara wydostać się z mrocznego pomieszczenia.
Telewidz1 : -Trzeba lecieć i ich ratować.
Telewidz2 : -Daj spokój jutro też jest dzień.
T1 : -Przecież mógł ktoś przeżyć.
T2 : -Chciałeś chyba powiedzieć niestety.
T1 : -Nie no daj spokój, sam musisz przyznać, że dzisiaj było ostro, pełno spięć i napięć.
T2 : -Raczej z pięć na dziesięć.
T1 : -Ja mówiłem, że ... Zresztą nie ważne, chodź nie marudź, w końcu to nasi, nie?
KLIK

"Harda horda" redakcja Joanna Milka wydawca Wydawnictwo Sine Qua Non

ps. Jakiekolwiek podobieństwo osób ukazanych w opinii do osób realnie istniejących jest przypadkowe i niezamierzone, skojarzenia z twórczością ukazaną w opisywanej książce jest jak najbardziej zamierzone i nieprzypadkowe.