8 maja 2012

Tak mi jakoś przeleciało

Czemuż ach czemuż, żeby w światach fantastycznych przeżywać przygody, to trzeba być pięknym (lub przystojnym przynajmniej i postawnym), młodym (ciężko znaleźć kogoś po trzydziestce) i najlepiej bogatym (albo szlachetnie urodzonym). Taki stary, niezbyt urodziwy, i nie za bogaty człeczyna jak ja, to się może przygodnie, co najwyżej rozwolnienia nabawić. A wtedy dobrze jest mieć co poczytać jak się przymusowo spędza kilkanaście minut w gabinecie odosobnienia, i dobrze jest, jak to co czytamy jest niezwykłą przygodówką.

Dziś więc klasyk gatunku. Przystojny i dobrze zbudowany, oraz szlachetnie urodzony (oraz niebiedny) młodzieniec zostaje znienacka wplątany w intrygę międzyplanetarną. Jego jedynym dotychczasowym osiągnięciem jest prawie ukończona Ziemska uczelnia. Na niwie politycznej jest zielony jak chińska herbata. I pewnie zginąłby z kretesem już podczas pierwszej podróży, na szczęście (dla niego) okazuje się być połączeniem Sherlocka Holmesa, Niccolò  Machiavellim, Jamesem Bondem i Giacomo Casanovą w jednym. Co pozwala mu rozwikłać tak poplątaną sieć intryg i zależności, że kardynał Richelieu poczułby się nieco zażenowany swoimi miałkimi knowaniami, zdobyć chyba najlepszą partie dostępną w znanym wszechświecie i znaleźć się na samym szczycie. Szczęśliwe zakończenie, kurtyna opada, wyciemnienie.

Ja mam ostatnio jakieś nieszczęście, że co nie obejrzę lub przeczytam, to ocieka amerykańskim patosem. Tu najniebezpieczniejszą bronią okazuje się ... Konstytucja Stanów Zjednoczonych Ameryki. Tak, ten stary świstek papieru, który już obecnie można sobie w buty włożyć, a degradacja jego idei postępuje w zastraszającym tempie.

Nieodmiennie fascynuje mnie jak dawali radę wyżyć z tego swojego pisania starzy mistrzowie. Ta książeczka licząca sobie dwieście kilkadziesiąt stron, obecnym wystarczyłaby na dwa grube tomy, co najmniej. A przecie to tylko wstęp do cykli o Imperium i Fundacji. I znajdziemy w niej i intrygę, i to tak pofałszowaną, że przyznam, że sam się lekko zgubiłem w pewnym momencie. I pełnokrwiste postacie, nie tylko te główne. I kawał galaktyki, skolonizowany, mający jakąś tam historię, planety o różnym stopniu ucywilizowania i odmiennych warunkach bytowych, z charakterystyczną dla nich architekturą. Jak oni dawali radę wyrobić się z tym wszystkim w tak ograniczonej objętości?

Jak dla mnie, mocne 7/10, czyta się bardzo szybko i całkiem niezła w niej zagadka. Większość kryminałów nie wywiodła mnie tak na manowce jak ta z pozoru zwykła przygodówka sf.

Isaac Asimov "Gwiazdy jak pył" tyt.org."The Stars like dust" Wydawca Agencja Reklamowo-Wydawnicza "MT" Tadeusz Markowski 2003

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za Wasze komentarze, to fajnie wiedzieć, że ktoś (poza mną) z tego korzysta.