5 października 2013

Wakacje, znów będą wakacje! Na pewno mam rację...

Lato minęło, i choć wśród zalegających po plażowiczach śmieci da się zauważyć znowu spłachetki jako tako czystego piasku, a i fale przemieliły już większość odpadków, jesienny wiatr rozwiał zapach palącego się oleju i świeżo wysikanego piwa, a z kakofonii przeróżnych przeraźliwych dźwięków pozostał tylko tupot mew, to plaże i nadmorskie kurorty opustoszały. Tych, którzy pozostali aura nie rozpieszcza, zimno, mokro i do kwatery daleko (a ryba z frytkami niedogotowana). Na pocieszenie mamy za to sale kinowe, a w nich możemy (mimo braku 5D, na chwilkę wrócić wspomnieniami do tych dni, kiedy po szczęśliwym ominięciu potłuczonych butelek i radosnym przeskoczeniu przez ekskrementy domowych pupili, udało nam się znaleźć mało zaśmiecone petami, zużytymi podpaskami i pieluchami, pudełkami z fast-foodów, miejsce na nasz kocyk, leżak, turystyczną lodówkę i bumboxa) przeżyć przygodę, dorastającego, biednego, zestresowanego, zakompleksionego i załamanego amerykańskiego chłopca.

Wszystko zapowiadało się na kolejną typowo amerykańską produkcję komediopodobną. Amerykańscy super rodzice, którzy zerwali się ze smyczy swoich biznesów i zawodów, wyjeżdżają na letnią kanikułę z nowo poznanymi partnerami i dorastającymi pociechami ze wszystkich dotychczasowych związków. Sadząc grube dowcipy przy swoich nieletnich podopiecznych, chlając czy upalając, a nawet zdradzając się nawzajem, bo to przecież najlepsze letnie zabawy, istne dzieci kwiaty z zamierzchłej epoki (Carell wciąż nie może się dogolić po wszechmogącym). Starsza młodzież patrzy na to ze znudzeniem, bo co te stare próchna wiedzą o życiu, młodsza ze smutkiem, nie mogąc się odnaleźć w nowej rzeczywistości, w której brakuje kogoś kto zawsze był  (w tym przypadku ojca). W takich okolicznościach przyrody pojawia się człowiek, który żyjąc i myśląc nieszablonowo, potrafi sprawić, że świat dorastającego nastolatka, mimo braków i szarości, staje się lepszy, zabawniejszy i dający nadzieję (szkoda, że takie rzeczy tylko w filmie).

I tak z kolejnej tępawej komedii, przechodzimy w pełną ciepła, prostego i lekkiego (choć raczej przypominającego bardziej "końskie zaloty", ale bez kopania się po kostkach) humoru i nostalgii, opowieść o poszukiwaniu wzorców i życiowej drogi, oraz pierwszych porywów miłości (tu, moim zdaniem, chyba najlepsza w tym filmie AnnaSophia Robb) i akceptacji pozornych niedoskonałości.

Każdy więc znajdzie w tym filmie coś dla siebie. I wielbiciele humoru z gatunku Mr. Bean, i ci którzy z przyjemnością obejrzeli "Nietykalnych", a zwłaszcza ci, którzy już tęsknią za latem, upałem, piaskiem i urlopem.

Na moim termometrze 8 stopni (może się wydawać, że to zimno, ale moja skala, w porównaniu do Celsjusza, ma tylko 10 stopni, osiem oznacza bardzo ciepło), nieźli aktorzy, tyle słońca w całym mieście, znakomita choreografia tanecznego występu "króla tańca", dużo dziewczyn w bikini, ciepło (swoją drogą, jakby w sali gdzie wyświetlają ten film podkręcili ogrzewanie, to odbiór filmu byłby jeszcze lepszy) i och i ach żółty i czysty piach.

"Najlepsze najgorsze wakacje" tyt. org. "The way way back" scenariusz i reżyseria Nat Faxon i Jim Rash w głównych rolach Liam James i Sam Rockwell (ciekawostką jest to, że z czterech wymienionych tu osób, trzy są na plakacie)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za Wasze komentarze, to fajnie wiedzieć, że ktoś (poza mną) z tego korzysta.