30 października 2013

End Gry

Mieliście kiedyś taki sen, w którym biegliście (lub wykonywaliście jakąś monotonną ciężką pracę) przez cały czas, nie wiedząc po co to robicie i co gorsza nie mogliście się obudzić. Zaś kiedy się wreszcie obudziliście byliście zmęczeni jakbyście to robili w rzeczywistości, a nie spali we własnym łóżku. Taki koszmar czeka was (piszę tu o tych, którzy przeczytali książkę, a właściwie książki z uniwersum GE) na seansie. Ciekawe jaki odbiór będą mieli ci, którzy książek nie znają.

Książka jest świetna, bo ma swój rytm. Nieśpieszny, liczony w latach, czujnik, szkoła bojowa, nauka, Alai, gra myślowa, treningi, Petra, walki, rozwój, własna armia, budowanie jeeshu, zwycięstwa, Bonzo, pierwszy upadek, szkoła dowodzenia, Mazer, bitwy, finał, drugie załamanie, odejście, Mówca. A mimo tego niespiesznego rytmu czuje się pośpiech, wręcz nóż na gardle, tych którzy wiedzą. Tu biegiem, wszystko naraz, starter, już w Salamandrze, zostaje dowódcą Smoka, chwila przerwy, szkoła dowodzenia, Mazer, finał, kokon. Nie, nie, nie, to nie to. Dlaczego Gra Endera nie trafiła na swojego Petera Jacksona, który by ją podzielił, bo ta książka ma (czy już niestety, miała) potencjał, wiernych fanów, doskonałe kontynuacje, było można zaszaleć, a nie polecieć po łebkach i zrobić taki smętny skrót. I skąd na litość kogokolwiek w jeeshu Endera wziął się Bernard?

Nawet efekty nie powalają. Nie za bardzo dali radę z nieważkością. Na sali bojowej jakieś przeciągi bujały wchodzącymi. Zaś finałowe bitwy, w których wszyscy sobie siedzą, poza głównodowodzącym, który musi to robić na stojąco i na dokładkę potwornie namachać się ręcami, jak dyrygent orkiestry symfonicznej na dwa doktory, zwyczajnie śmieszyły. Goście od efektów nie zrozumieli też na czym polegało działanie Małego Doktora. To nie była broń wzniecająca pożary tylko niszcząca wiązania molekularne. Planeta królowych powinna zamienić się w kulę rozżarzonych pierwiastków tworzącej się na nowo planety, a nie na płonącą planetę. Nic takiego czego by nie było i to nawet w lepszym wykonaniu w innych filmach, nie widziałem, nic nie wgniotło mnie w fotel. Jedynie scena z pierwszej inwazji jakoś się broni (pod względem wizualnym, bo sensu w niej za grosz).


Aktorzy, powiedzmy sobie średni. Rolą jaka mi się podobała i zrobiona była wzorcowo to Moises Arias jako Bonzo Madrid. Nawet Han Solo mnie zawiódł. Jego Hyrum wyszedł na totalną pipę, a nie makiawelicznie przebiegłego i wyrachowanego, a zarazem piekielnie inteligentnego manipulanta, mającego jeden cel, obronę Ziemi i ludzi za wszelką cenę. Mazer Kingsleya też troszeczkę za delikatny. Ender zaś kompletnie bezbarwny i stanowczo za stary na początku. Groszek jak to Groszek kompletnie niewidoczny. Petra zaś gdzieś zgubiła jaja, którymi się jedynie przechwalała.

Można to było zrobić gorzej. Ale można to było zrobić znacznie lepiej. Mi zakochanemu w książce się nie podobało. Dla tych, którzy nie czytali, pewnie ot taka dziwna opowieść bez większego sensu z wieloma mało efektownymi efektami, coś jak dla mnie Skyline. Dam 5/10 i nawet jeśli będzie kontynuacja, to ją sobie odpuszczę.

"Gra Endera" tyt. org. "Ender's game" scenariusz i reżyseria Gavin Hood w roli głównej Asa Butterfield 

20 komentarzy:

  1. Ja GRY ENDERA nie mogę strawić jakoś. Miałem do niej więcej podejść niż do SOLARIS Lema. Drażnił mnie ten pomysł z dziećmi-żołnierzami. Kurde, no nie mogę tej książki strawić... Mea culpa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zawsze lepiej być pułkownikiem synu niż synem pułku ;) Nigdy nie bawiłeś się w wojnę z kolegami, nigdy?

      Usuń
    2. Bawiłem się, bawiłem... Czołgistą byłem. Albo snajperem. W zależności o typu bazy.


      ;-)

      Usuń
  2. Kurczę, ja również nie rozumiem zachwytów na tą książką. Przeczytałem ją w całości, podobnie jak "Mówcę umarłych" oraz "Ksenocyd" i mogę uznać te pozycje za całkiem przyzwoite science fiction, ale ogłaszanie tego cyklu za wybitny jest już dla mnie nieporozumieniem. Fabuła ciekawa i dosyć oryginalna, ale przy tym co prezentował Lem, Dick czy nawet Herbert, to po prostu literatura rozrywkowa. Wydźwięk całej serii jest wg mnie mniej więcej taki, jak gdyby ludzkość nagle skonstatowała, że zwierzęta również mają mózgi oraz receptory bólu. Tyle, że w tym przypadku ludzie niepomiernie się zdziwili, gdy zorientowali się, że obca cywilizacja wcale nie była taka, jak prezentują to amerykańskie komiksy (źli kosmici, których celem jest podbicie całego Wszechświata z bliżej nieokreślonych powodów, ot tak, żeby pokazać, że się da).
    Ech, coraz bardziej nachodzi mnie, żeby zakupić i przeczytać "Fantastykę i futurologię" Lema, bo z biegiem czasu i listą przeczytanych lektur, widzę coraz wyraźniej, że narzekania Lema na science fiction były jak najbardziej zasadne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z tym co piszesz jest tak jak z porównywaniem kombi do samochodu sportowego. Oba mają cztery koła, silnik i kierownicę i mówimy na nie samochód (choć to też niezmiernie dziwne, bo same nigdzie nie jadą i nie mają w zwyczaju chodzić). O czym innym pisał Dick czy pan Lem, a zupełnie inne rzeczy chodziły po głowie Cardowi. Takich autorów jak pan Stanisław Lem rodzi się niewielu, a jeszcze mniejszej ilości udaje się w tak naturalny sposób pod płaszczykiem fantastyki przemycać znacznie głębsze myśli co do otaczającej nas rzeczywistości. Dla niektórych zaś fantastyka jest sposobem na wyszumienie wyobraźni, bez zbytniego bagażu nadinterpretacji i kontrabandy myśli przemyconej między wierszami. Rozrywka w czystej, a w tym przypadku, dobrze napisanej postaci. Czego chcieć więcej?

      Usuń
    2. Oj, od tej książki nic już nie wymagam. Boli mnie tylko, że porządną powieść, ale z dosyć prostym przesłaniem traktuje się z takim uwielbieniem. Takie zboczenie człowieka, który nie lubi gdy literatura sprowadza się wyłącznie do czystej rozrywki :)

      Pozdrawiam!

      Usuń
    3. Masz prawo wymagać? Możesz przeczytać albo nie czytać, takie prawo wyboru. Twój gust też nie jest wyznacznikiem ogólnego trendu, a rozrywka sama w sobie też jest ludziom potrzebna. Choć jakby się uprzeć w jego książkach też można by się doszukać pewnych głębszych przesłań.

      Usuń
    4. Ale przecież piszę, że nie wymagam :)

      Usuń
    5. To ja coś źle zrozumiałem, bo tam było jakieś "już" jakby dodane, dobrze, że się wyjaśniło ;)

      Usuń
  3. Książka mi się strasznie podobała. A recenzja znakomita, czytając o filmie, uśmiałem się bardzo. :) Cyt."...przeciągi bujały wchodzącymi" -- :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie jestem recenzentem, to tylko moja opinia. Recenzenci nachwalić się nie mogą jaki to wspaniały i podobny do książki film (pewnie książki nawet z daleka nie widzieli [ale to też tylko moje zdanie]).

      Usuń
  4. Ja z kolei jeszcze nie widziałem filmu, ale w pełni wierzę Ci na słowo z bloga. :) I po tej recenzji można się zastanowić; czy wypada się starać/śpieszyć z poznaniem tej ekranizacji. Heh.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiara to ponoć całkiem fajna sprawa, ale wiedza jest znacznie lepsza. Ten film niewiele straci na małym ekranie, wybór więc zostawiam Tobie :)
      Lubisz książkę nie oglądaj, a jeśli bardzo ją lubisz to nawet ta chała Ci nie przeszkodzi lubić ją nadal.

      Usuń
  5. W sieci mnóstwo ochów, achów na temat filmu! Pochlebne recenzje na ogół okraszone mega - fotami. :) faktycznie jakość wizualna, rozdzielczość -- to może i robi wrażenie. :) Na wielu. Pamiętam rozczarowanie swoje i brata wobec filmu "Kawaleria Kosmosu" w zderzeniu z książką - masakra. A sam film robił wrażenie, efekty, wiadomo. Tu pewnie podobny schemat.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Żołnierze kosmosu" mieli przynajmniej jakąś spójną fabułę i jakiś sens. W tym brak spójności i za grosz sensu Zobaczysz to sam ocenisz zresztą, co Ci będę truł.

      Usuń
  6. Kawalerię też spartolili, choć w ujęciu (zbyt faszyzującym) i w idiotycznym braku skafandrów czy pancerzy mechów. A fabuła była faktycznie spójna i była rozrywką. Nie mniej, zawód był. :)

    Pooglądałem i poczytałem kilka recenzji Gry Endera, ja pierdzielę! Faktycznie widzę to, co powiedziałeś, np. tutaj:
    https://www.youtube.com/watch?v=ZbOXdkMuOjE
    - facet nawija o wszystkim, tylko nie o fabule czy zbieżności. Zupełnie to wygląda tak, jakby nie miał pojęcia o książce.
    Pozdro.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Troszku przeinaczyli ale zrobili to całkiem dobrze.

      Jeśli byłeś w stanie wysłuchać tego nudziarza do końca, to spokojnie możesz iść na ten film, od niego jest ciekawszy. Jak można tak przynudzać i to jeszcze tak rozwlekle mówiąc. Po trzech minutach nie bardzo wiedziałem o czym on ględzi.

      Usuń

Dziękuję za Wasze komentarze, to fajnie wiedzieć, że ktoś (poza mną) z tego korzysta.