04 czerwca 2012

Absmak letnią porą

Wstyd się przyznać ale zeżarłem pół blachy bezy (znaczy blacha jest nienaruszona, znikła tylko połowa bezy na niej upieczona). Ja wiem, że to lekka (pocieszam się, wiem) przesada, ale nie mogłem się powstrzymać, no łasuch ze mnie przeokrutny. Przesłodziłem się i teraz mam w paszczęce taki absmak, że uch. Nic nie pomaga, nawet ogórek kiszony. (Jakby ktoś miał sposób na taki absmak spożywczy, poza oczywiście rewelacyjną radą coby się tak nie obżerać, to ja chętnie bym poznał).

Podobny absmak tylko psychiczny, miałem po przeczytaniu tej książki. Bynajmniej nie z powodu słodyczy. Powodem były wstawki, które w pierwszej części były tylko trochę idiotyczne, rwące klimat, czasami wręcz śmieszne i zupełnie niepasujące do ciężkiego kryminału. To tym razem autor tymi wstawkami przekroczył granice dobrego smaku, mojego dobrego smaku (komuś się to może spodobać, ale ja nie chciałbym poznać tych osób). Zupełnie też nie mogę zrozumieć po co autor to zrobił, bo pisze całkiem niezłe, klimatyczne opowieści policyjne. Te wstawki nie tylko, że niszczą ten klimat, to jeszcze w tym przypadku spowodowały, że nie mam najmniejszej ochoty zapoznawać się z kolejnymi dziełami pana Monsa. Żerowanie na psychice uważam za bardzo niskie, za chęć wywołania taniej sensacji, nie oglądając się na szkody i krzywdy jakie to może wyrządzić. Po przeczytaniu pierwszej wstawki, nie mogłem uwierzyć, że ktoś coś takiego mógł napisać, potem, że to zostało wydane, a jeszcze później, że nie ciepłem książką (może to wynikać z mojego szacunku dla książek, ale ...) i nie zacząłem robić czegoś bardziej konstruktywnego. Przeczytałem, ale są to dwie książki w jednej, druga i ostatnia tego autora, jaką przeczytałem.

Co dostajemy poza tą abominacją? Jest to znowu klimatyczna opowieść policyjna o seryjnym mordercy. Nerwowa narracja, która i tym razem nie pozwala się skupić i powoduje takie wewnętrzne rozedrganie czytelnika, prowadzi przez meandry śledztwa. Śledztwa, które właściwie nie ma żadnych tropów, jest prowadzone prawie po omacku. Do tego jeszcze jest okres urlopowy, braki kadrowe i tym razem potworny upał (o ile mróz i zimę autor opisał świetnie, to lato mu trochę nie wyszło, zapomniał o zapachach). Jest też dramat głównej bohaterki. Finałowy pościg, czego nie było w pierwszej części, też całkiem nieźle oddany, połykałem wręcz strony. I w samym finale znowu zonk, nic, może poza czołgiem ale raczej też nie, nie powstrzymałoby, choć na sekundę, matki (tym bardziej policjantki) stojącej przed drzwiami, za którymi mordowane jest jej dziecko. Weszłaby i wystrzelałaby wszystko, nie bacząc na konsekwencje, nad nimi zastanowiłaby się, kiedy iglica stuknęłaby o pustą komorę nabojową w pistolecie.

I tym bardziej niezrozumiały jest dla mnie ten trupi wątek. Jakby autor źle pisał, to potrzeba wywołania taniej sensacji i kontrowersji wokół książki, byłby łatwiejsza do pojęcia. A tak, pojąć nie mogę po co on to zrobił i raczej już pewnie się nie dowiem.

Tym razem jedna ocena 5/10, dałbym mniej, ale sumienie mi nie pozwala, bo sam kryminał jest niezły, bardzo realistyczny.

Mons Kallentoft "Śmierć letnią porą" tyt.org. "Sommardöden" Wydawca Dom Wydawniczy REBIS Sp.z o.o. 2010

02 czerwca 2012

Wsi spokojna, wsi wesoła

Są książki, które się czyta jednym tchem (pod warunkiem, że się umie wstrzymać oddech na co najmniej cztery minuty, a książka jest bardzo cienka). Ja jednak zazwyczaj czytam okiem (a właściwie oboma i przynajmniej jedną ręką). Są jednak książki, które chciałoby się i czytać i oglądać i .. i ... nie wiem co jeszcze ale z chęcią jeszcze jakiś zmysł by się do tej przyjemności włączyło, żeby żaden nie był stratny. Tak jest z większością książek Terryego Pratchetta (czy jak to się tam odmienia), a jak na razie, ze wszystkimi, które opowiadają o świecie Dysku.

Książkę wygrałem w konkursie, tak trochę nieprawidłowo, bo proszono o wymienienie ulubionej książki i bohatera. Ale co ja biedny żuczek miałem zrobić jak lubię je wszystkie i większość osobników plączących się po ich kartach. Bo i krasnoludy w tym kapitana Marchewe  (który tak do końca nie jest krasnoludem ale przecież to wiecie) i wiedźmy z ciut wiedźmą na przedzie, i Nac Mac Feeglów z Szalonym Ciut Arturem, i ŚMIERĆ, i Bagaż, i nawet ludzi, a już zwłaszcza Dwukwiata i komendanta Samuela Vimesa. Nie wymienię wszystkich nacji i osób (a właściwie osobników płci obojga, oraz zmiennej powierzchowności) bo zajęło by to zbyt dużo miejsca. Dzięki tej książce polubiłem jeszcze gobliny, bo o nich właśnie ta książka jest (a znając Terryego, to tylko wierzchołek góry lodowej, o ile na świecie Dysku pozostały jeszcze jakieś nie spożyte góry lodowe).

Sir Pratchett przyzwyczaił nas do tego, że jego książki poza treścią, która jest coby dużo nie pisać doskonała. Lekka z dawką znakomicie podanego, wysublimowanego (ale i jakże prostego w odbiorze) humoru i  ironii (a może chodziło o aronię, ale chyba nie). Doskonale poprowadzonych dialogów i rozmów z większą ilością dyskutantów. Zawiłej i wciągającej w nurt przygód intrygi. Dodaje jeszcze bardzo wyraźny i bardzo ważny przekaz, włożony między linijki tekstu. Mi jeszcze dodatkowo bardzo podoba się nieortodoksyjne podejście autora do prawa i sprawiedliwości. Coś jak u Pawlaków i Kargulów sąd sądem, a sprawiedliwość musi być po naszej stronie. Tylko u Vimesów z dziadkowej kuszy, to bełt wylata.

Tym razem na warsztat trafił rasizm i niewolnictwo (które jakoś się wiążą ze sobą, najczęściej łańcuchami). Jako, że temat sam w sobie jest bardzo ciężki i mroczny, powieść ta nie ocieka humorem (acz wcale nie jest go mało, jest tylko delikatniejszy i podany z większym wyczuciem) jak dotychczasowe. I muszę przyznać, że autor zrobił to doskonale, chapeau bas panie Pratchett, chapeau bas.

Nie mogę się też powstrzymać, żeby nie wspomnieć o kupkach. Jakieś przeczucie miałem na targach, że w najbliższym czasie, kupa będzie się w jakiś sposób przewijać przez moje życie, i sprawdziło się. Filatelistyka, to zbieranie znaczków, filumenistyka, to zbieranie innych skrawków papieru (nie toaletowego) jak nazwać kolekcjonowanie odchodów? (tylko nie podejrzewajcie mnie o takie, dość dziwne hobby, ja zbieram książki, które i tak zajmują sporą część mojego mieszkania, na odchody słonia miejsca bym nie znalazł, choć do Zoo mam niedaleko)

Czytając bawiłem się setnie, ale i chęć mordu też gdzieś się przemykała po zwojach. Jak dla mnie 9/10 i nieustająco wielkim fanem twórczości jestem.

Terry Pratchett "Niuch" tyt.org. "Snuff" Wydawca Prószyński Media Sp.z o.o. 2012

31 maja 2012

Zadra bzdurna

W 2001 roku odszedł był od nas Robert Ludlum. Nieutulonym w żalu pozostawił kilkadziesiąt thrillerów sensacyjnych, a wśród nich trylogię o nietuzinkowym agencie CIA Jasonie Bournie. I trzeba przyznać, że sam pomysł na tajnego agenta, który w wyniku postrzału traci pamięć był także nietuzinkowy. Nic dziwnego, że trylogia została zekranizowana, a pierwszy tom nawet dwukrotnie.
Nie dziwi mnie też więc to, że znalazł się epigon, który pisze kontynuacje losów Bourne.

Co mnie zatem dziwi? To, że ów epigon chyba nawet nie przeczytał pierwszych trzech części zanim zaczął ową kontynuacje. Jeśliby to zrobił, nie musiałby nas usilnie przekonywać, że Borne wyszkolonym agentem jest (a potem, nie wiedzieć czemu, sam sobie treścią książki zaprzecza). Bourne jakiego pamiętam z Ludluma, to doskonale wyszkolony agent, który mimo utraty pamięci, błyskawicznie kojarzy fakty i dzięki temu udaje mu się dotrzeć do prawdy i unikać pułapek. U epigona ten sam agent, zostaje raz po raz wywiedziony w pole przez terrorystów, ładuje się w zastawione na niego pułapki, z których udaje mu się wychodzić cudem i to przy udziale i pomocy osób trzecich (a niekiedy nawet zwierząt). Co chwila ktoś robi sobie z niego worek treningowy albo stojak na noże, ale nie w finale. W finale okazuje się, że Bourne to połączenie umysłu Holmesa z umiejętnościami walki Bruce Lee (który jak wiadomo jako jedyny pokonał strażnika teksasu [tylko nie pytajcie, którego, tylko jeden człowiek zasługuje na to miano]), nieustępliwości 007 i wytrzymałości Terminatora. Umiejętnościami makijażu i gry aktorskiej zawstydziłby niejednego zdobywce Oscara w obu tych kategoriach. Jakby wdział pelerynę i slipy wciągnął na spodnie, to nie odróżnilibyście go od supermana.

Za tym wszystkim ciągną się wierutne bzdury i kompletne nielogiczności. Człowiek z przestrzelonym kręgosłupem szyjnym nie jest w stanie poruszyć czymkolwiek poza mięśniami twarzoczaszki, a co tu mówić o poruszaniu rękami. Wybuch kilkudziesięciu kilogramów plastiku, przerabiający wóz opancerzony na lej po bombie, nie wyrządza większych krzywd osobom jadącym obok tego wozu na motocyklu. Sama fala uderzeniowa by ich zabiła, nic nie mówiąc o latających odłamkach. Natomiast strzał z pistoletu przy głowie agenta spowodował tak rozległe uszkodzenia organów wewnętrznych, że nie było szans na ratunek. I takie brednie można by mnożyć, tylko po co?

Ja tej książki nie przeczytałem, ja ją zmęczyłem. Tego nie warto polecać nawet fanom Jasona Bourne, bo przestaną być jego fanami. Czym zgrzeszył Ludlum, że ktoś tak profanuje jego spuściznę? 5/10 to jest maksimum ile ze mnie można za to wycisnąć. Jedyne co jest prawdziwe w tej książce to tytuł, zdradzono cie Bourne i to wyjątkowo perfidnie.

Eric van Lustbader "Zdrada Bourne'a" tyt.org. "The Bourne Betrayal" Wydawca Wydawnictwo Amber Sp.z o.o. 2007

27 maja 2012

Hej przeleciał goły grubasek poprzez szwedzki lasek

Na okładce jako reklama zapisana wypowiedź jakiegoś krytyka literackiego - Nie zawracajcie sobie głowy Stiegiem Larssonem, Kallentoft jest lepszy, ale to nie jest prawda. Nie jest ani lepszy, ani gorszy, jest inny, bardzo inny.

Zaczynasz czytać, narracja jest neurotyczna, nerwowo rozdygotana, wręcz psychotyczna. Przeskakuje gwałtownie, z myśli na myśl, z osoby na osobę. Trzeba uważać, bo przeskoki często zgrane są ze stronami, jesteś tu, przewracasz kartkę i jesteś gdzie indziej... WTEM czytasz rozważania z mniemanologii nad wyższością wiszenia na znacznej wysokości i widoku jaki się roztacza, prowadzone przez wisielca (sic?!). Ale czytasz dalej, zaczynasz wczuwać się w rytm, wiecie jak to jest. Przestają przeszkadzać obcojęzyczne nazwiska i dość dziwne imiona (swoją drogą ciekawe jak Szwedzi poradziliby sobie ze Grzegorzem Brzęczyszczykiewiczem z Chrząszczyżewa powiat Łękołody). Łapiesz co i kto myśli, gdzie jesteś i po co? Udzielać się zaczyna taki nerwowy klimat jaki wywołuje ta chaotyczna narracja. Zaczynasz nawet, mimo dwudziestu kilku stopni ciepła, odczuwać paraliżujące zimno w jakim toczy się dochodzenie i WZIUUUUU przeleciał nagi martwy tłuścioch cieszący się z lekkości lotu.
Co to jest do jasnej cholery, ja się pytam? Co to za idiotyczne i zupełnie zbędne (to jest moje zdanie i nikt nie musi go podzielać) wstawki z rozważań nieboszczyka nad życiem po zgonie i radości z tego płynącej? Po co to jest zrobione, bo papra to całkiem dobry, a mogę śmiało powiedzieć, że świetny kryminał? Dla rozgłosu, dla wywołania jakiejś wątpliwej sensacji. Jak dla mnie jest to klasyczny strzał w stopę. W moich oczach z dobrego kryminału zrobił się jakiś cienki horror/paranormal, ni pies, ni wydra takie uj wi co.

Jak pominąć te wstawki, o wyższości życia po śmierci nad nudną i pozbawioną radości egzystencją żywych, dostajemy klimatyczną powieść policyjną. Świetnie zobrazowane frustracje detektywów, gdy kolejne tropy wiodą na manowce. Bezsilność gdy kończą się poszlaki i w końcu zniechęcenie, a jednocześnie, bolesna wręcz, potrzeba wyjaśnienia zagadki. W tle; ale jednak przebijające się; prywatne życie zespołu śledczego. I ten cholerny mróz, przesączający się ze stron książki do cieplutkiego w ostatnich dniach pokoju. Trzeba przyznać, że Mons posiada dar obrazowania słowami.

Znowu wystawię dwie oceny, czytane bez wstawek warte jest 8/10, ze wstawkami zaledwie 6/10. Polecam po prostu omijać większe partie tekstu pisane kursywą (to te wstawki), nic się nie traci, a wręcz przeciwnie, zyskuje się na klimacie, a jak ktoś ma maniakalną potrzebę przeczytania całości, to zaznaczać i przeczytać hurtem, po zapoznaniu się z kryminalną stroną książki.

Mons Kallentoft "Ofiara w środku zimy" tyt.org. "Midvinterblod" Wydawca Dom Wydawniczy REBIS Sp.z o.o. 2010

ps. Na śmierć zapomniałem o polskim akcencie, nasze panie są postrzegane jako doskonałe sprzątaczki. Jakby co możecie drogie panie powoływać się na pana Monsa, wystawił wam znakomite referencje.

21 maja 2012

O czym myślałeś, kiedy myślałeś, że ja myślę, o czym myślisz?

Moja mózgownica i wszystkie przeczytane książki jakie do niej trafiły, przypomina (obecnie) trochę port dla starych wysłużonych statków, gdzie stoją one na luźnych cumach. Fale i pływy spowodowały, że niektóre z nich zderzyły się ze sobą i teraz tkwią takie poplątane, powszczepiane w siebie. Niektóre z nich zatonęły i wiem, że gdzieś tam są, tylko nie mogę ich wyciągnąć z odmętów przez tą plątaninę na wierzchu.
Cały czas czytając tą książkę miałem wrażenie, że coś bardzo podobnego już miałem przed oczami, ale nie dałem rady wydobyć z tego wrażenia co to było. W sumie jest to podobne do kilku innych powieści i filmów jakie czytałem i widziałem. Trochę w podobie do cyklu Żebraczego Nancy Kress, trochę do powstawania Fundacji Asimova. Czerpali też z tego chyba autorzy X-menów i 4400. I tak mi się to wszystko poplątało, że nie dociekłem co mnie uwierało podczas czytania (może jeszcze sobie przypomnę, to wspomnę).

Powieść składa się z czterech powiązanych dość luźno ze sobą opowiadań i otwiera cykl Pegaza. Część z nich powstała w 1969 roku, reszta (zapewne wiążąca te wcześniejsze) jak i sama powieść w 1973 roku. Ale nie poczujecie tego, telewizja 3D, video połączenia, komputery z programami analitycznymi, skąd ona wiedziała? Trochę dziwny jest tylko świat, który jest otoczką wydarzeń. Wszyscy latają helikopterami, zawody są licencjonowane, związki zawodowe praktycznie rządzą. Tylko politycy i prawnicy są tacy jacy są.

Chciałoby się uwierzyć w tą idylliczną wizję, że homo sapiens superior nie będzie chciał zawładnąć zwykłym ludziem. Ba wręcz przeciwnie, będzie chciał mu pomóc, w walce z żywiołami, katastrofami, przestępczością czy po prostu z tym z czym sobie taki zwykły ludź nie radzi. Ale tak mi się wydaje, że posiadanie jakiegoś Talentu, jak telepatia, teleempatia, telekineza, prekognicja czy inne jeszcze nie wykryte, nie wpłyną znacząco na inteligencję, mądrość czy samoświadomość tych super jednostek.

Dość długo się zastanawiałem jaką notę dać tej powieści z opowieści, boć fantastyczna jest ta wizja, aż do nierealności. Z drugiej jednak strony wiele z tych futurystycznych (podówczas, kiedy było to pisane) wizji jednak się urzeczywistnia. Zdecydowałem się więc dać 7/10, może jednak nie będzie tak źle jak, to takim malkontentom i czarnowidzom, jak ja się wydaje, że być powinno.

Anne McCaffrey "Ujeździć Pegaza" tyt.org."To ride Pegasus" Wydawca Dom Wydawniczy REBIS 1995