5 września 2013

Minęło 100 lat

Wielu pisarzy próbowało podróżować w czasie. Czego w tym celu nie wymyślali; a to maszynę czasu, coby fizycznie stanąć w innej epoce; a to światłowód z robaczywej dziury robili, coby choć zajrzeć; a to wykorzystywali wspomnienia albo siłę woli, by móc się w czasie przenieść. Jeszcze wielu innych sposobów się imali coby czas okiełznać i do swej woli przygiąć. Określali kierunki, w których można podróżować, a w które nie. Jednym wychodziło to lepiej, innym gorzej, a co poniektórych prób lepiej nie czytać.
A ja niechcący znalazłem sposób aby bez większego wysiłku, bez technologicznych nowinek, gadżetów z przyszłości lub innej cywilizacji, przenieść się w czasie. Jak to zrobić? To proste, toż jutro niektórych pisarzy jest już naszym wczoraj. Wystarczy zacząć czytać...

Pierwsze wydanie książka miała w 1911 roku (to jakby nie było 102 lata temu), ale pierwsza część opowieść jest raczej dużo starsza, albowiem autor podaje datę roku 189... jakby dopiero miała nadejść, zaś druga wydaje się być dopisana dużo później, w której autor wspomina o wybuchu pierwszej wojny światowej, czego w 1911 jeszcze wiedzieć nie mógł.

To popularnonaukowa przygodowa książka dla młodzieży. Oczywiście nie dla młodzieży wychowanej na internecie, smart fonach, ipodach, myślącej o załogowym locie na Marsa. Ale ja bym jej tak ze szczętem nie skreślał (nie chodzi mi o młodzież, może jeszcze dorosną, tylko o książkę), to fantastyczne dzieło, które można wykorzystać dla śledzenia zmian w literackim języku. Nawet w niej samej cześć pierwsza i druga rożni się sposobem prowadzenia narracji. Dla ludzi zainteresowanych historią też jest to dość fantastyczna pozycja pełna smaczków, jak choćby wykorzystanie fonografu z wałkiem woskowym jako urządzenia podsłuchowego. A wiedza o kosmosie, coś niesamowitego, miano nadzieję na znalezienie życia na Księżycu. Na Marsie istniało ono z pewnością i to rozumne, toż wybudowali kanały. Moje wydanie z 1957 roku ma dodatkowy plus: posłowie! Kanały już nie są kanałami, tylko pasmami roślinności Marsjańskiej i już jest teleskop z wymyśloną przez Umińskiego soczewką o średnicy pięciu metrów, niesamowite. A już na dniach mają wejść do użytku radioteleskopy.
A przecież jest jeszcze przygoda. Wyprawa w Andy na mułach, samochodów jeszcze nie ma w powszechnym użytku, dopiero pierwsze nieśmiałe próby z tym wynalazkiem, a samolotu to sobie jeszcze nie wyobrażono nawet (choć to właśnie autor niniejszej książki wynalazł tą nazwę dla aerodyn). Przedzieranie się przez dzikie ostępy (drogi kiedyś powstaną z pewnością), polowanie na obiady (lodówki przenośne i konserwanty, to bardzo odległa przyszłość), oganianie się od ówczesnych paparazzich i inne przygody oraz sam cel tej wyprawy (ciekawe czy ktoś by się poważył na coś podobnego w naszych czasach).

I tak starutka opowieść, naiwna i archaiczna staje się dość ciekawą pozycją dla sporej grupy ludzi. A i znafcy fantastyki powinni się zapoznać z twórczością polskiego Verne'go. Z mojej strony 6/10 ten fonograf jako urządzenie szpiegowskie, niesamowite.

Władysław Umiński "Na drugą planetę" Wydawca Państwowe Wydawnictwo Literatury Dziecięcej "Nasza Księgarnia" 1957

2 komentarze:

  1. Ale okładka doskonała! Już za samą grafikę podniósłbym rejting tej książki.

    pzdr

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nad tą okładką mocno się napracowałem. To jedna z książek uratowanych ze śmietnika, okładka nie jest więc w najlepszym stanie. Ale jak rozumiem reanimacja udana :)

      Usuń

Dziękuję za Wasze komentarze, to fajnie wiedzieć, że ktoś (poza mną) z tego korzysta.