30 października 2013

End Gry

Mieliście kiedyś taki sen, w którym biegliście (lub wykonywaliście jakąś monotonną ciężką pracę) przez cały czas, nie wiedząc po co to robicie i co gorsza nie mogliście się obudzić. Zaś kiedy się wreszcie obudziliście byliście zmęczeni jakbyście to robili w rzeczywistości, a nie spali we własnym łóżku. Taki koszmar czeka was (piszę tu o tych, którzy przeczytali książkę, a właściwie książki z uniwersum GE) na seansie. Ciekawe jaki odbiór będą mieli ci, którzy książek nie znają.

Książka jest świetna, bo ma swój rytm. Nieśpieszny, liczony w latach, czujnik, szkoła bojowa, nauka, Alai, gra myślowa, treningi, Petra, walki, rozwój, własna armia, budowanie jeeshu, zwycięstwa, Bonzo, pierwszy upadek, szkoła dowodzenia, Mazer, bitwy, finał, drugie załamanie, odejście, Mówca. A mimo tego niespiesznego rytmu czuje się pośpiech, wręcz nóż na gardle, tych którzy wiedzą. Tu biegiem, wszystko naraz, starter, już w Salamandrze, zostaje dowódcą Smoka, chwila przerwy, szkoła dowodzenia, Mazer, finał, kokon. Nie, nie, nie, to nie to. Dlaczego Gra Endera nie trafiła na swojego Petera Jacksona, który by ją podzielił, bo ta książka ma (czy już niestety, miała) potencjał, wiernych fanów, doskonałe kontynuacje, było można zaszaleć, a nie polecieć po łebkach i zrobić taki smętny skrót. I skąd na litość kogokolwiek w jeeshu Endera wziął się Bernard?

Nawet efekty nie powalają. Nie za bardzo dali radę z nieważkością. Na sali bojowej jakieś przeciągi bujały wchodzącymi. Zaś finałowe bitwy, w których wszyscy sobie siedzą, poza głównodowodzącym, który musi to robić na stojąco i na dokładkę potwornie namachać się ręcami, jak dyrygent orkiestry symfonicznej na dwa doktory, zwyczajnie śmieszyły. Goście od efektów nie zrozumieli też na czym polegało działanie Małego Doktora. To nie była broń wzniecająca pożary tylko niszcząca wiązania molekularne. Planeta królowych powinna zamienić się w kulę rozżarzonych pierwiastków tworzącej się na nowo planety, a nie na płonącą planetę. Nic takiego czego by nie było i to nawet w lepszym wykonaniu w innych filmach, nie widziałem, nic nie wgniotło mnie w fotel. Jedynie scena z pierwszej inwazji jakoś się broni (pod względem wizualnym, bo sensu w niej za grosz).


Aktorzy, powiedzmy sobie średni. Rolą jaka mi się podobała i zrobiona była wzorcowo to Moises Arias jako Bonzo Madrid. Nawet Han Solo mnie zawiódł. Jego Hyrum wyszedł na totalną pipę, a nie makiawelicznie przebiegłego i wyrachowanego, a zarazem piekielnie inteligentnego manipulanta, mającego jeden cel, obronę Ziemi i ludzi za wszelką cenę. Mazer Kingsleya też troszeczkę za delikatny. Ender zaś kompletnie bezbarwny i stanowczo za stary na początku. Groszek jak to Groszek kompletnie niewidoczny. Petra zaś gdzieś zgubiła jaja, którymi się jedynie przechwalała.

Można to było zrobić gorzej. Ale można to było zrobić znacznie lepiej. Mi zakochanemu w książce się nie podobało. Dla tych, którzy nie czytali, pewnie ot taka dziwna opowieść bez większego sensu z wieloma mało efektownymi efektami, coś jak dla mnie Skyline. Dam 5/10 i nawet jeśli będzie kontynuacja, to ją sobie odpuszczę.

"Gra Endera" tyt. org. "Ender's game" scenariusz i reżyseria Gavin Hood w roli głównej Asa Butterfield 

23 października 2013

Niewidzialny hobbit to także ty

Z tych co czytają te moje wypociny, niewielu pewnie pamięta, że była akcja Niewidzialna ręka to także Ty (i bynajmniej nie była to alma mater kieszonkowców). Akcja była skierowana do młodzieży i dotyczyła ogólnie mówiąc dobrosąsiedzkiej pomocy (zwłaszcza osobom starszym czy nie w pełni sprawnym w trudnościach dnia codziennego, a to śmieci wynieść albo zakupy zrobić itp.) altruistycznie. Jedynym znakiem pomagania miała być odciśnięta dłoń. Czasy się zmieniły, ale akcja jakby nadal trwała, choć teraz chwalą się nią panowie w drogich garniturach i panie w eleganckich kreacjach, ile to ich fundacje dobrego zrobiły, zapominając o tysiącach niewidzialnych dłoni, które dały (może i niewielkie ale w sumie całkiem niezłe) pieniądze na tą "ich" pomoc. Teraz natomiast możesz odkryć niewidzialnego hobbita w sobie samym, i może warto, bo ciekawe życie wiodą hobbity.

Lubisz chodzić na bosaka po łące (nie zraziło cię nawet to, że krowi placek przelazł ci między paluchami), ale co tam, lubisz po prostu łazęgę. Czy to po lesie, górach, wzdłuż nadmorskich plaż (czy w poprzek, ale to zazwyczaj kończy się zamoczeniem kończyn), ruinach zamków, grotach albo jaskiniach. Wystarczy, że założysz dobre buty spakujesz trochę wałówki (a jak jeszcze się trafi towarzystwo równie chętne) i możesz ruszać w daleką drogę. Po takim spacerku zapewne lubisz odpocząć we własnym domu. Tym chętniej jeśli dom jest z ogródkiem, w którym można sobie coś grillować (może coś co się samemu uprawiało, choćby faszerowana paprykę czy pieczarki albo pyrki). A do tego zimne piwko i (to opcjonalnie, coby mi tu nikt nie zarzucił, że namawiam do palenia tytoniu, ale można zapalić fajeczkę) jakaś dobrze napisana książka na leżaczku. Albo gorąca dyskusja z grupą przyjaciół, o przebytej właśnie drodze, albo o uprawie groszku czy choćby o jakiejś szalonej wyprawie w zgranej drużynie.

Może lubisz Tolkienowski świat. Jego mieszkańców (szczególnie niziołków), przygody jakie ich spotykają, klimat. Chciałbyś poznać garść ciekawostek o samym Tolkienie i jego dziełach (jak choćby kto było pierwowzorem Toma Bombadila). Ciekawi cię co się stało z bohaterami LOTR po zakończeniu trzeciego tomu. Jakie wydarzenia spowodowały, że Hobbit i LOTR mają taki a nie inny wydźwięk i kształt. Może chciałbyś założyć typowo hobbicki ogródek albo zjeść hobbicką zupę piwną (która bez piwa ponoć też jest znakomita). Albo może chcesz się dowiedzieć ile jest w tobie z niziołka.

Mądrość niepamiętnika brzmi...
Każdy wielbiciel niziołków i Johna Ronalda Reuela Tolkiena powinien przeczytać, z całą pewnością znajdzie coś dla siebie (czego wcześniej nie wiedział). 

Ja znalazłem aż 7 z 10 i przyjemnie spędziłem czas czytając.

Noble Smith "Mądrości Shire krótki poradnik jak żyć długo i szczęśliwie" tyt. org. "The wisdom of the Shire. A short guide to a long and happy life" Wydawca Wydawnictwo Sine Qua Non 2012

22 października 2013

Bardzo efektownie wyjątkowo nieefektywnie

Nie wiem co kierowało TVN-em, że wyemitował w sobotę pierwszą Carrie z 1976 roku. Wiem za to, co powodowało mną, że po raz kolejny ją obejrzałem. Udało mi się zdobyć wejściówkę, dzięki stronie Lubimy Czytać, na poniedziałkowy pokaz remaku, którego premiera była w miniony piątek. Na świeżo mam więc w głowie oba obrazy i mogę je porównać.

Pierwszym co rzuca się w oczy, jest mocno odmłodzona rola tytułowa. Chloe Grace Moretz jest nastolatką i to niestety widać. Nie podołała roli zahukanej, niepewnej siebie, wyobcowanej ze środowiska młodej dziewczyny. Wyszło jej coś na kształt przerażonej, niezbyt rozgarniętej małpiatki, która ma poważny problem z sierścią.  Kolejną zmianą jest "unowocześnienie" świata. Mamy więc smartfony, laptopy i naszą klasę. I oczywiście masę efektów specjalnych.


Coraz trudniej jest przestraszyć widza, nawet w ciemnym kinie. Co gorsze reżyserzy albo zapomnieli jak się tworzy klimat, albo ten sterylny obraz wysokiej rozdzielczości na to nie pozwala, a może to wina możliwości jakie dają komputery. Specjaliści od efektów uparli się bowiem, że pokarzą z detalami, co się komu przypaliło w pożarze, co odpadło albo się urwało podczas zabakry (takie połączenie zabawy i masakry, ku uciesze widzów) i ile kawałków bezpiecznego szkła wbija się, jeśli wybija się przednią szybę samochodu własną twarzą. Szczerze powiedziawszy, zamiast przerażać, te "okropności" u części widzów wywoływały salwy śmiechu, mnie lekko zniesmaczyły. A wystarczyło tak jak w pierwowzorze pokazać, co panika oraz niemożność ucieczki, robi z ludzi i nie trzeba by było głównej bohaterki przerabiać na parapsychologiczną maszynę bojową. Co powoduje kolejną niekonsekwencję, Sissy od początku do końca jest dziwną nastolatką, przerażoną tym co w amoku zrobiła na studniówce, uciekającą do domu, broniącą się i szukającą azylu. Maszyna bojowa Moretz, co to przed chwilą jeszcze rzucała ludźmi i samochodami, paląc i mordując jak leci, nagle znów staje się przestraszonym kurczaczkiem nie mającym siły obronić się przed mamusią, którą parę godzin wcześniej ciskała po mieszkaniu jak szmacianą lalką. Ta niekonsekwencja też niestety negatywnie odbija się na odbiorze tego obrazu.

Niezbyt trafny dobór aktorów, jak dla mnie tylko Moore znakomicie wcieliła się w rolę nawiedzonej mamusi, i moim zdaniem była w tym lepsza od pierwowzoru. Reszta, o ile jeszcze grali siebie czyli niezbyt rozgarniętą młodzież, dla której wszystko jest zabawą, było to do przyjęcia i nawet wiarygodne. To w scenie paniki, gdzie biegali jak stado odgłowionych owiec po całej sali (aby wystawić się, będącej w morderczym szale Carrie, na celownik) zamiast do najbliższego wyjścia, polegli po całości (nie tylko dosłownie), ale to raczej wina reżysera. Latająca po sali i mająca pierwszy atak artretyzmu supercarrie Moretz, na tle zesztywniałej z obrzydzenia i sromoty Spacek, która tylko objęła szerszym spojrzeniem otaczającą ją nierzeczywistość, wypada żałośnie słabo i nieprzekonująco. Co w połączeniu z nieumiejętnością wczucia się w rolę odstającej od reszty nastolatki, wystawia bardzo niską notę Chloe. 

Jeszcze o scenie finałowej, w pierwowzorze mieliśmy typowego screamera z tą wyskakującą rączką, w remaku jest to pękająca stela. Ciekawi mnie jakie wrażenie zrobiłaby ta scena, gdyby zamiast pokazywania tego pękania, kamera zjechała w dół i okazałoby się, że pomiędzy stelą a ziemią jest parę centymetrów przerwy. 

Tak to jest jak się chce polepszyć coś całkiem dobrego. Trzeba być znacznie lepszym, inaczej zostaje się tylko zbłaźnić, co niestety przydarzyło się obsadzie tego filmu, a co potwierdziły śmiechy na sali kinowej. Ja daję 5/10 można obejrzeć jako przestrogę, jak można sobie zrobić krzywdę.

"Carrie" scen. Roberto Aguirre-Sacasa, Lawrence D. Cohen reż. Kimberly Peirce w roli głównej Chloe Grace Moretz   

20 października 2013

Dom (z)burz

Wyobraźnia, najlepsza zabawka i największe przekleństwo, jeśli ją posiadasz. Potrafi poznać cię z Uczta Wyobraźni, to ciężko powstrzymać drżące ręce przed sięgnięciem po nią. Nie ważne, że jedna nieco rozczarowała, a na innej się zawiodłem, ale obrok potrzebny, więc sięgnąłem po kolejną pozycję (tym bardziej, że wpadła mi za darmo, żal nie skorzystać, już nic nie pisząc o głupocie).
niesamowitymi ludźmi i przeżyć z nimi przygodę. Jak jej pozwolisz to przeniesie cię do innego świata i ukaże jego piękno. Ale wymaga stałej dawki paszy. Film, obraz, muzyka czy książka. Najważniejsza (oczywiście dla mnie) jest muzyka i książka, a jak książka jest sygnowana znakiem

I tak, ta książka daje się wyszaleć wyobraźni. Pięknie opisany alternatywny nasz świat, w którym rządzi magia. Magia, która zmienia wszystko. Począwszy od kosmetyków, budynków, poprzez technikę i technologię, wojskowość, biologie i genetykę, aż po pogodę. Ale wszystko ma też swoją ciemną stronę. Zbyt długie przebywanie w miejscach gdzie są silne oddziaływania magii, zmienia strukturę materii (w tym też genom u ludzi) w najmniej spodziewany sposób. Magia wypaczyła też historię. Rewolucja (ale nie przemysłowa tylko magicznokorporacyjna) w Anglii, po której następuje złoty wiek opisywany w książce, który to zaś kończy się wojną secesyjnoabolicjonistyczną ale nie w Stanach tylko w Albionie właśnie (swoją drogą ciekawe jak Anglicy przyjęli to bezkrólewie w alternatywnej Anglii MacLeod-a). A wszystko to opisane bardzo sugestywnym językiem, który uwidacznia mnóstwo detali, ale też pozwala na wiele czytelnikowi, któremu będzie się chciało poszukać między wierszami tego co autor tam ukrył. Nie będzie też opisywał wszystkich pajęczyn, ani rozkładu światła na trawie, mrocznych cieni w zamglonym porcie, ale wymusza na nas dowyobrażenie sobie tych pominiętych acz zasugerowanych w wykwintny sposób widoków.

Jest tylko jeden problem. Zaczynają mnie nużyć i męczyć opowieści, które wiodą znikąd donikąd. Coraz trudniej jest wpaść na w miarę oryginalny pomysł, rozumiem więc, że autorzy, którzy na taki wpadli zostawiają sobie furtkę do kontynuacji, ale mimo urody języka jakim posługuje się autor, taka książka "bez celu" pozostawia niedosyt. To tak jakby wyjątkowo dramatyczny mecz, o bardzo wysoką stawkę, zacząć oglądać od piętnastej minuty (co jeszcze jakoś straszne nie jest, można się dużo domyślić z sytuacji na boisku, z przejęcia komentatorów oraz wyniku wyświetlanego na tablicy) do 75 minuty, przy bezbramkowym remisie, który o niczym nie przesądza, i w tym momencie zamknąć oczy, zatkać uszy i wyjechać na jakieś odludzie. Niby okej, kto bogatemu zabroni, tylko po co było zaczynać? Mimo urody meczu, kunsztu zawodników, zaangażowania komentatorów, energii kibiców, bezsensowna godzina z życia.

W kilku opiniach o tej pozycji spotkałem się z określaniem jej jako steampunkowej. O ile wiek się może i zgadza, to nie ma w niej pary i technologii z nią związanej. Jest za to eter (i nie chodzi tu o C4H10O choć po nim też można mieć niezłe wizje różne piękne, tylko raczej o eter Arystotelesa, magiczną substancję wypełniającą kosmos) i związana z nim magia, która wpływa na wszystko.

Nie wiem czy dla samej nieukierunkowanej treści, pięknego języka (tłumacz odwalił kawał bardzo, ale to bardzo dobrej roboty, ukłony dla pana Wojciecha Próchniewicza), barokowego wręcz opisu onirycznozamglonego Albionu, warto poświęcić kilka godzin z życia. Może i warto, ale ja daje 6/10, mi (i tu podkreślam to słowo mi) czegoś zabrakło i to coś jest dla mnie ważne.

Ian R. MacLeod "Dom Burz" tyt. org. "The house of Storms" Wydawca Wydawnictwo MAG 2008

14 października 2013

Zachodni wiatr spienione goni fale

Są takie książki, które nie zapadają w pamięć, ale nie jest to spowodowane tym, że są źle napisane czy nieciekawe. Czasami wręcz przeciwnie, ale to co niosą w treści wbija się jak cierń i długo po lekturze takiej pozycji czytelnik nie może dojść do równowagi, bo nękają go dość dziwaczne przemyślenia. Jak choćby ile jest ludzia w człowieku. Często słyszymy, że jakieś działania są nieludzkie. Ale tylko jeden gatunek stworzeń na tej planecie, budował obozy śmierci, prowadził wojny światowe, mordował całe nacje z powodu ich przekonań czy dla jakiegoś metalu. Zaś zachowania, które my w swojej pysze, nazywamy ludzkimi, spotyka się na co dzień w przyrodzie. Zwierzęta potrafią nawet być bardziej "ludzkie" od ludzi, do których się je porównuje. Chyba tylko sztuka odróżnia nas od pozostałej fauny i flory tego świata. Czy zatem, to nie artyści są najbardziej ludzcy?

Cały czas, jak i przyroda wokół nas, ewoluujemy. Zmieniamy się, może mniej fizycznie, a bardziej psychicznie (dorastamy?). A co jeśli części z nas dane będzie nie ewolucyjnie ale rewolucyjnie przeskoczyć na kolejny poziom rozwoju. Całkowicie znienacka, jako dorosły homo sapiens dowiesz się, że możesz stać się divinum ens. Jak powstała w ten sposób istota wyższa (nie, nie chodzi o wzrost) będzie postrzegać nas maluczkich? Co z najbliższymi, ukochanym, którzy nie będą mogli podążyć za nią? Czy warto zapłacić cenę wyobcowania z własnego gatunku, by stać się kimś więcej? Czy w takiej istocie pozostanie coś nieludzko ludzkiego, czy tak jak motyl odleci zapomniawszy o ludzkich larwach, z których wyrewolucjował?

Kolejny raz Maksym Kammerer, tym razem jako już bardzo dojrzały człowiek, w pamiętniku na temat śledztwa nad swoją idee fixe czyli Wędrowcami, którzy mieli to uprawiać progresorstwo na ludziach, powiedzie nas do świata, który znamy (w każdym bądź razie ja znam) z Przenicowanego świata i Żuka w mrowisku. Z podobnym do niego, za młodu, idealistą, starają się złapać obcych na gorącym uczynku. Ale śledztwo doprowadzi ich do zupełnie (choć też nie tak do końca) niespodziewanych rezultatów. Obcy okażą się nie tak całkiem obcymi, choć już praktycznie całkowicie wyobcowani. Idealizm też się nie sprawdzi na dłuższą metę.

I tak kolejny raz Strugaccy ze swoją nieposkromioną wyobraźnią i niesamowitym wyczuciem ludzkiej psychiki, zmuszają (ale nie przymuszają) do zastanowienia się nad własnym człowieczeństwem. 7/10 może wydać się niesprawiedliwe przy wcześniejszych peanach, ale tak to czuję.

Arkadij i Borys Strugaccy "Fale tłumią wiatr" tyt. org. "Волны гасят ветеp" Wydawca Państwowe Wydawnictwo "Iskry" 1989

8 października 2013

Holt Holta holterem holuje

Serce - kawał mięcha bez kości, które pragnie miłości. Swoją drogą ciekawe dlaczego podejrzewano ten organ o siedlisko tego uczucia. Może z tego powodu, że na widok osoby kochanej zaczyna bić żwawiej, a gdy coś jej grozi zamiera. Ale czasem i ono zawodzi. Jedną z chorób serca jest arytmia. Jednym ze sposobów leczenia jest wszczepienie różnego rodzaju kardiostymulatorów.

Te maszynki mają różny stopień skomplikowania. Dzięki miniaturyzacji sterują nimi coraz bardziej zaawansowane komputerki. Te komputerki wymagają coraz bardziej skomplikowanego oprogramowania, a coraz większa komplikacja potrzebuje coraz lepszych programistów.

Tych maszynek nie robią jednakowoż lekarze. Produkują je firmy, które są zwykłymi biznesami. I to właśnie na styku medycyny i biznesu może dochodzić do nadużyć. Toż biznesmeni nie składają przysiąg, że będą leczyć, a przynajmniej nie szkodzić pacjentom. Składają tylko jedną przysięgę, akcjonariuszom i sobie (zwłaszcza sobie) przysięgają przynosić zyski. Zaś wspomniani wcześniej programiści, których owi biznesmeni zatrudniają, mogą być nawet geniuszami, a zarazem socjopatami, którzy dla żartu, dlatego że mogą, mogą napisać program mordujący użytkowników tych urządzeń.

Zawsze mnie ciekawi co popycha (zdawałoby się całkiem normalnych) pisarzy kryminałów/thrillerów do, jakby nie było, zaplanowania zbrodni. Znalezienia możliwości, motywów, zadbanie o szczegóły i szczególiki, stworzenie postaci i nakreślenie ich charakterystyk. Ustawienie całej sytuacji tak aby nie wydawała się sztuczna i nienaturalna. Muszę przyznać, że Holtom się to prawie doskonale udało. Jedyne co tchnie lekką sztucznością, to szaleństwo i śmierć bezpośredniego sprawcy. Pozostała część opowieści jest nie tylko bardzo prawdopodobna ale i bardzo dobrze uzasadniona. Niestety, ta realność tej sytuacji, troszeczkę przeraża. Może warto by wprowadzić jakieś przysięgi dla osób pracujących przy sprzęcie medycznym, bo ich niefrasobliwość, chęć zemsty, chciwość czy bzik może być bardzo niebezpieczny, wręcz śmiertelnie niezdrowy, dla bardzo wielu i to mimo wiedzy, umiejętności i poświęcenia lekarzy.

Coraz bardziej cyborgizujemy nasze organizmy. Protezujemy utracone, wspomagamy  uszkodzone lub źle funkcjonujące. Te części są coraz mądrzejsze, ale tylko tak mądre jak ludzie, którzy je programowali. Jakoś niepewnie się czuję wiedząc, że moje życie może zależeć od czyjegoś wyniku finansowego, zawiedzionej miłości własnej czy też chęci zemsty jakiegoś biznesmena, programisty czy marketingowca.

Jeśli mieliście dreszcze czytając thrillery Cook-a, to po tej książce zaczniecie dbać o serce aby ustrzec się przed ewentualnym leczeniem. Wstrząsy moich pleców osiągnęły 8 w dziesięciostopniowej skali.

Anne Holt Even Holt "Arytmia" tyt. org. "Flimmer" Wydawca Prószyński Media Sp.z o.o. 2012

5 października 2013

Wakacje, znów będą wakacje! Na pewno mam rację...

Lato minęło, i choć wśród zalegających po plażowiczach śmieci da się zauważyć znowu spłachetki jako tako czystego piasku, a i fale przemieliły już większość odpadków, jesienny wiatr rozwiał zapach palącego się oleju i świeżo wysikanego piwa, a z kakofonii przeróżnych przeraźliwych dźwięków pozostał tylko tupot mew, to plaże i nadmorskie kurorty opustoszały. Tych, którzy pozostali aura nie rozpieszcza, zimno, mokro i do kwatery daleko (a ryba z frytkami niedogotowana). Na pocieszenie mamy za to sale kinowe, a w nich możemy (mimo braku 5D, na chwilkę wrócić wspomnieniami do tych dni, kiedy po szczęśliwym ominięciu potłuczonych butelek i radosnym przeskoczeniu przez ekskrementy domowych pupili, udało nam się znaleźć mało zaśmiecone petami, zużytymi podpaskami i pieluchami, pudełkami z fast-foodów, miejsce na nasz kocyk, leżak, turystyczną lodówkę i bumboxa) przeżyć przygodę, dorastającego, biednego, zestresowanego, zakompleksionego i załamanego amerykańskiego chłopca.

Wszystko zapowiadało się na kolejną typowo amerykańską produkcję komediopodobną. Amerykańscy super rodzice, którzy zerwali się ze smyczy swoich biznesów i zawodów, wyjeżdżają na letnią kanikułę z nowo poznanymi partnerami i dorastającymi pociechami ze wszystkich dotychczasowych związków. Sadząc grube dowcipy przy swoich nieletnich podopiecznych, chlając czy upalając, a nawet zdradzając się nawzajem, bo to przecież najlepsze letnie zabawy, istne dzieci kwiaty z zamierzchłej epoki (Carell wciąż nie może się dogolić po wszechmogącym). Starsza młodzież patrzy na to ze znudzeniem, bo co te stare próchna wiedzą o życiu, młodsza ze smutkiem, nie mogąc się odnaleźć w nowej rzeczywistości, w której brakuje kogoś kto zawsze był  (w tym przypadku ojca). W takich okolicznościach przyrody pojawia się człowiek, który żyjąc i myśląc nieszablonowo, potrafi sprawić, że świat dorastającego nastolatka, mimo braków i szarości, staje się lepszy, zabawniejszy i dający nadzieję (szkoda, że takie rzeczy tylko w filmie).

I tak z kolejnej tępawej komedii, przechodzimy w pełną ciepła, prostego i lekkiego (choć raczej przypominającego bardziej "końskie zaloty", ale bez kopania się po kostkach) humoru i nostalgii, opowieść o poszukiwaniu wzorców i życiowej drogi, oraz pierwszych porywów miłości (tu, moim zdaniem, chyba najlepsza w tym filmie AnnaSophia Robb) i akceptacji pozornych niedoskonałości.

Każdy więc znajdzie w tym filmie coś dla siebie. I wielbiciele humoru z gatunku Mr. Bean, i ci którzy z przyjemnością obejrzeli "Nietykalnych", a zwłaszcza ci, którzy już tęsknią za latem, upałem, piaskiem i urlopem.

Na moim termometrze 8 stopni (może się wydawać, że to zimno, ale moja skala, w porównaniu do Celsjusza, ma tylko 10 stopni, osiem oznacza bardzo ciepło), nieźli aktorzy, tyle słońca w całym mieście, znakomita choreografia tanecznego występu "króla tańca", dużo dziewczyn w bikini, ciepło (swoją drogą, jakby w sali gdzie wyświetlają ten film podkręcili ogrzewanie, to odbiór filmu byłby jeszcze lepszy) i och i ach żółty i czysty piach.

"Najlepsze najgorsze wakacje" tyt. org. "The way way back" scenariusz i reżyseria Nat Faxon i Jim Rash w głównych rolach Liam James i Sam Rockwell (ciekawostką jest to, że z czterech wymienionych tu osób, trzy są na plakacie)

1 października 2013

Człowiek w labiryncie

Nie, wbrew pozorom nie będzie o jednej z najbardziej znanych w Polsce książek Silverberga (choć chyba po nią sięgnę, bo mi się przypomniała). Można się tego domyślić patrząc na plakat umieszczony obok. Ten tytuł bardziej mi pasował do filmu, niż nadany przez dystrybutora (bo oryginalny jest jeszcze inny). Każdy z nas kiedyś bawił się w rozwiązywanie jakiegoś labiryntu. Jest to dość często zamieszczane zadanie w różnego typu łamigłówkach czy książeczkach dla dzieci. Niektóre z nich są banalnie proste inne wymagają pomyślunku i cierpliwości, i są jeszcze błędnie wydrukowane, w których nie ma rozwiązania.

Ale i w życiu też często mamy do czynienia z labiryntami i niekoniecznie muszą mieć one jakieś fizyczne czy graficzne ścieżki, ślepe zaułki, ściany nie do przebicia, za to bardzo często nie można znaleźć z nich jakiegokolwiek satysfakcjonującego wyjścia.Takich labiryntów jest wiele, i nie polegają tylko na znalezieniu najlepszej dogi pomiędzy pracą, sklepem i domem. Niekiedy jest to śledztwo, którego wszystkie wątki kończą się ślepą ścianą i nic nie wskazuje, że trafi się w końcu na sprawcę. Czasami jest to labirynt własnego umysłu, który został pogmatwany przez potwory w ludzkiej skórze. Nieraz jest to mieszanka, naszych przekonań, wiary, wiedzy, możliwości, niemocy, sumienia i uczuć (genialna scena pod salą tortur własnej produkcji, szkoda, że aktor przeciętny ale i tak: i odpuść nam nasze winy, jako i my odpu...., robi wrażenie). Jaką wybierzemy drogę, dokąd nas doprowadzi, czy będzie tam wyjście, czy kolejne coraz ciemniejsze i bardziej pokręcone korytarze.

Kryminalny dreszczowiec, nie dla tych, którzy lubią pościgi, strzelaniny (jest jedna ale mikra), akcję i efekty specjalne. Ale ci, którzy lubią ciężką i zawiesistą atmosferę, budowaną zdjęciami, kolorystyką, pogodą, muzyką, niedopowiedzeniami, zwrotami w śledztwie i całkiem niezłą grą aktorską głównych bohaterów, nie zawiodą się z pewnością. Sama zagadka może nie jest zbyt skomplikowana, ale kolejne tropy gmatwające policyjne śledztwo, kierujące je na niby mylne i na dokładkę ślepe tory, powodują u widza, który wie, narastającą frustrację. Kilka scen genialnych, świetnie poprowadzone i dobrane postaci drugoplanowe, oraz wspomniane wyżej smaczki, tworzą bardzo dobre widowisko. Może nie wgniata w fotel, ale te dwie i pół godziny mijają błyskawicznie, zaś zakończenie... ale nie, nie powiem wam, warto dać się zaskoczyć.

Z mojej strony 8/10 i jest to obraz, który warto obejrzeć, choćby dla tych kilku scen.

"Labirynt" tyt. org. "Prisoners" scen. Aaron Guzikowski reż. Denis Villeneuve w głównych rolach Hugh Jackman i Jake Gyllenhaal