28 lipca 2013

Ici Chacal

Kto nie pamięta (to niech się do tego nie przyznaje, jeśli twierdzi, że literatura sensacyjna i thrillery nie są mu obce) tych  dwóch słów wypowiadanych w książce.  Moja pierwsza książka z tego gatunku, nieprzespana noc i nowa fascynacja. Potem były Psy wojny, Czysta robota, Akta Odessy i inne. Potem doszedł Ludlum, Forbes ale jak to się mówi "pierwsza miłość nie rdzewieje", jak tylko widzę coś tego pana to ciężko mi się powstrzymać. Tym razem na hasło Ici Cobra padła odpowiedź, która z pewnością was zaskoczy Ici Barack.

Czym sobie zasłużył autor na taką atencję? Zafascynowała mnie ta jego szczegółowość opisu planów, kompletność i komplementarność całego pomysłu,  ale i improwizacja gdy plan zawiedzie w jakimś momencie też jest mocną stroną opowieści. Historie są dzięki temu realistyczne i choć akurat ta mało prawdopodobna, to chciałoby się żeby może ktoś odważył się na taką akcję. Postacie są też mocną stroną. To nie niezniszczalni i nietrafialni supermeni, ale zwykli choć niezwykle inteligentni i przebiegli ludzie. Ludzie mający wady, słabości i artretyzm. Akcja, umiejętność stopniowania napięcia, zazębianie się poszczególnych elementów, warsztat, po prostu sięgając wiesz, że się nie zawiedziesz.

Wojna genialnego i przenikliwego umysłu stratega z psychopatyczną i brutalną przebiegłością mafioza. Nie ma miejsca na litość, nie ma brania jeńców, nie ma miejsca na chwałę, wojna totalna, wojna na wyniszczenie. Nie ma bohaterów, są tylko ci, którzy walczą po stronie prawa, ale poza jego granicami i ci, którzy zarabiają na nieszczęściu innych, wykorzystując prawo na swoją korzyść. Czy to da się wygrać, kto okaże się największym tchórzem, kto tak naprawdę jest zdrajcą? Trudne pytania na które nie ma odpowiedzi.

Niestety zawiodło zakończenie i to bardzo. Po fajerwerkach jakie serwuje nam cała książka, końcówka jest bezbarwna i taka dość bezsensowna, zaprzeczająca pozostałej treści. Mówi się, że koniec wieńczy dzieło, dlatego ta pozycja dziełem nie jest.

Dam 7/10, za doskonały plan, za nieprzeciętnych zwykłych śmiertelników, gdyby nie zakończenie to z pewnością książka zasługiwała by na dużo więcej. Dzień Szakala to nie jest, ale bardzo dobrze to się czyta.

Frederick Forsyth "Kobra" tyt. org. "The Cobra" Wydawca Wtdawnictwo ALBATROS Andrzej Kuryłowicz 2010

11 lipca 2013

Z ciemności w słońce, z ciszy w krzyk

Leżąc w ciemnościach (niektórych ludzi dopada taka przypadłość, że jak siedzi i kombinuje, to zasypia, a jak się już położy, to za skarby świata nie da się usnąć) i słuchając potrzaskiwania stygnących po dniu pracy, części elektronicznych wyposażenia domu, pojękiwania rur, świstu wiatru na kalenicy, postukiwania i pojękiwania murów domostwa, starających się jakoś ułożyć do snu wraz z domownikami, oraz odgłosów jakie wydają inni mieszkańcy (czasem nie zapraszani bzzzzzzzzzzzzz) domu, człowiek zaczyna sobie różne dziwne rzeczy wyobrażać, nie wszystkie są straszne, niektóre są wręcz przerażające. Czasem jak podłoga skrzypnie wyobraźnia podsuwa nam kogoś skradającego się w mroku i dybiącego na nasze życie. Czasem miarowe poskrzypywanie łóżka sąsiadów, pobudza niedwuznacznie naszą wyobraźnię w temacie co oni tam wyprawiają, pozostaje tylko wybór pozycji w jakiej to robią, a tu już nasza imaginacja ma bardzo szerokie pole do popisu. Są czasem jednak takie dźwięki, których nie da się jednoznacznie zinterpretować. Jak paskudna, niebezpieczna i nieobliczalna istota może je wydawać i co nas czeka jak już zdejmiemy kołdrę z głowy.

Sześć lat temu, kiedy ta książka została stworzona, może można ją było nazwać dystopią. Teraz po tym jak na jaw wypłynęły informacje o tajnych więzieniach, o torturach w nich stosowanych, opowieść stała się smutną rzeczywistością. MROK zaczyna się w nas, tu i teraz, jak wybrnąć z tego zaklętego kręgu.

Co może sobie uroić umysł cywilizowanego i pokojowo nastawionego człowieka brutalnie wyrwanego ze swojego środowiska? Agresywne przesłuchania, tortury, brak snu, głód, pragnienie, ciągłe przebywanie w ciemności, brudzie i poniżeniu. Wszystko to może spowodować, że umysł się załamie i poszuka ucieczki. Tym bardziej gdy jest to umysł maltretowanego w przeszłości dziecka. Ciekawiłaby mnie opinia psychologa na temat tej książki.

Nie można jednak odmówić fantastyczności wizji jaką roztoczył przed nami autor. Świat, do którego ucieka przed bólem i poniżeniem umysł bohatera jest tak odmienny, a zarazem tak kompletny (ale właśnie z tego słynie Aldiss), w którym wyścig ewolucji wygrały owady. Sposób dotarcia ludzi na tą planetę też dość ciekawy i osobliwy. Ale to tylko rojenia przeciążonego umysłu.

Przerażająca wizja, urzeczywistniająca się na naszych oczach, dystopia stająca się na naszą prośbę antyutopią. Nakładamy sobie uzdy i kagańce dla ułudy bezpieczeństwa. Ograniczamy swoje prawa aby ich nie stracić. Ale jak wiadomo władza deprawuje, zaś władza absolutna deprawuje absolutnie, czy aby właśnie nie deprawujemy tych, którzy nami rządzą?

Dodatkowym smaczkiem jest wywiad z Brianem,  w którym autor mówi co chciał za pośrednictwem tego mrocznego utworu przekazać. Mnie jakoś nie przekonał, i nie wiem co z tym zrobić.

Genialny pomysł na świat złudzeń. Trochę zbyt szablonowo potraktowane postacie drugiego planu. I ta mroczna wizja, z której właściwie nie ma ucieczki, a która stała/staje się naszą rzeczywistością. Dam 6/10 z nadzieją, że mimo wszystko uda się zatrzymać tą machinę gnającą ku zatraceniu (ale czarno to widzę).

Brian W. Aldiss "MROK." tyt. org. "HARM" Wydawca Wydawnictwo vis-a-vis/Etiuda 2011

5 lipca 2013

Wilka wycie, smoczy mocz

Już gdzieś kiedyś wspominałem, że w swojej genialnej trylogii w pięciu tomach Douglas Adams opisał dość dziwną planetę, na której wiesiołkowaty Artur Dent spędził jakiś czas po zniszczeniu Ziemi (znaczy nie Artur zniszczył naszą rodzimą planetę, tylko Vogoni budujący galaktyczną autostradę, ale nie zmienia to faktu, że Ziemia została zniszczona). Jedną z ciekawostek na owej planecie były książki. Kończyły się one po pewnej liczbie słów, ni w pięć ni w dziewięć, nie kończąc opowiadanej historii, koniec i już. Śmiem podejrzewać, że autor opisywanej dziś książki, postanowił wykorzystać w pewien sposób ten pomysł.

Zbiór opowiadań, nie powiem, że nieciekawych w swojej formie. Nawet zajmujących i wciągających niekiedy. Tyle tylko, że o niczym. Nic z nich nie wynika, donikąd nie prowadzą czytelnika. Opowiadanie się toczy, historia się rozwija, i ni stąd ni zowąd koniec. To tak jakbym ja, zaczął pisać zdanie, coby dosadnie... Tyle tylko, że tu można się domyślać co bym dosadnie określił i jakich słów, powszechnie uważanych za niecenzuralne użył. Opowiadania zaś nie dają do myślenia, ewentualnie można się zastanawiać: po co? (czy to po co zostały napisane, czy też po co ja je przeczytałem).

Jedno opowiadanko wzorowane na Wyspie doktora Moreau Wellsa tylko cofnięte nieco w czasie, z naleciałością od Guliwera, czy raczej mitów greckich o centaurach, jeszcze jakoś ujdzie. Horrorkowate ostatnie w zbiorze też mające klimat. Tylko zakończenia obu, no daj pan spokój, ni przypiął ni wypiął, w żaden sposób nie przystające do reszty treści danej opowieści.

Pozostałe, kojarzą mi się z dziadami, którzy kiedyś krążyli po wsiach i swymi opowieściami z wielkiego świata zarabiali na miskę zupy z krupami, albo też szklaneczkę cienkusza. Tyle tylko, że jakby takie opowieści snuli, jak autor niniejszego dzieła, to albo by z głodu zeszli byli, albo by ich psami poszczuto i ze wsi wygnano.

Na końcu autor zamieścił rzewne podziękowanie dla kilku osób: Zabrzmi to może banalnie, ale bez Was naprawdę nie byłoby tej książki. Ja bym się drogi autorze zastanowił czy to aby na pewno przyjaciele waszmości, czy nie przypadkiem wilcy w ludzkie skóry przybrani dybiący czy aby się wam noga nie powinie. Jak dla mnie to lepiej dla waszeci byłoby jakby owa książka nie powstała. Ode mnie 4/10 i nie polecam nawet wielbicielom autora.

Romuald Pawlak "Wilcza krew smoczy ogień" Wydawca Fabryka Słów Sp.z o.o. 2006