27 kwietnia 2013

I rzekł tedy Bóg: "A dajcież wy mi wszyscy święty spokój"

I znowu w moje niegodne i mało wiarygodne łapska trafiła książka mesjanistyczna. Jest to dość pokaźny nurt w fantastyce. Ale tak jak to mówiłem przy poprzedniej takiej pozycji, aby taką książkę zacząć pisać, to najlepiej najpierw wpaść na jakieś dobre zakończenie. I w tej jest całkiem niezłe (ja bym chyba na lepsze nie wpadł, bo jak dotąd nie wpadłem, a przyszłość nie zapowiada poprawy w tej dziedzinie).

Resnick dał mi się poznać jako autor (między innymi) dość przewrotnej i nie pozbawionej humoru powieści Na tropach Jednorożca (chyba po nią sięgnę ponownie). Więc nie zdziwiło mnie jego podejście do tematu mesjasza.

Z książki dowiemy się jakie warunki wstępne powinien spełnić mesjasz, aby go można było uznać za mesjasza. Okazuje się, że wcale nie musi być dobrym, bogobojnym i mądrym człowiekiem. Może nim zostać nawet niezbyt rozgarnięty złodziejaszek, drobny oszust wyłudzający datki na dobrze udawaną ślepotę, narkoman i dziwkarz. Tylko czy taki ktoś pociągnie za sobą tłumy i spełni proroctwo. Jak będzie miał, choć robiącego to mimowolnie i niezupełnie świadomie, głosiciela, niezbyt dobrej nowiny, w postaci przywódcy jednej z bardzo dobrze zorganizowanych grup przestępczych. Zaś u jego boku stanie przebiegła, inteligentna choć nieco zboczona nekrofilka. Zaś on sam zacznie czynić cuda, to czemu nie, znudzony i  zblazowany tłum pójdzie za nim choćby do piekła. Jakie czasy taki mesjasz.
Tylko co to będzie jak ktoś w ostatniej chwili nieco namiesza w boskich planach?

Taka trochę przemodelowana historyjka od zera do, tym razem nie bohatera, a bożego namiestnika, widziana oczami głównego, choć to się będzie zmieniać w trakcie lektury, przeciwnika. Dziwne, że nie wzbudziła gniewu w niektórych kołach, gdyż dość bezpardonowo autor wykorzystał mitologie chrześcijańską. Może się przemknęła, bo taka dość cienka i niepozorna. W miarę rzeczowo, w miarę dowcipnie, z akcją i z przemyśleniami, zaś nowe kazanie na górze zaskakujące. Polecam, choć osoby mocno wierzące mogą być nieco zdegustowane. 7/10 bo i trochę wiedzy łyknąłem i się nie rozczarowałem, a momentami uśmiałem szczerze.

Mike Resnick "Jeremiah" tyt. org. "The branch" Wydawca PHANTOM PRESS INTERNATIONAL 1993

17 kwietnia 2013

Więc chodź pomaluj mój świat

W czerwone i białe paski
niech na niebie pełnym blaskiem zalśnią pięcioramienne gwiazdki.

UWAGA ! Post zawiera lokowanie produktu.

Tak dość paskudnie i okrutnie sparafrazowałem piosenkę zespołu 2 + 1, nie wiem czemu mi się akurat tak skojarzyło. Może nazwa, może film, nie wiem doprawdy.

Akcję zorganizowało kino Atlantic, ale nie znajdziecie o niej na stronie kina ani słowa co dziwne. Ja znalazłem się tam przez przypadkowe natrafienie na stronie lubimyczytac.pl (przy okazji dowiecie się czegoś o samej akcji), która jest patronem medialnym akcji, na konkurs, w którym wygrałem zaproszenie (hip hip hura). I tak o godzinie dwudziestej wszedłem do oceanu.

Na początku mam radosną wiadomość dla wielbicieli Familiady, znalazłem zastępstwo dla Karola. Przemiły pan z kina (przepraszam, że nie zapamiętałem nazwiska) raczył nas przepięknymi sucharami. Potem rozlosował nagrody, niestety tu szczęście mnie opuściło. Kody do książki wygrały imienniczki prowadzącej rozmowę specjalną, tylko na tyle starczyło inwencji przemiłemu panu z kina. Na usługi zakładu fryzjerskiego załapał, czeszący się gąbką pan Maciej, który przyszedł z panią Hanną Bakułą. Książka trafiła do mojego rzędu ale na miejsce szóste, a ja siedziałem na czwórce, kinowy totolotek.




Następnie puszczono fragment audiobooka i tu całą swoją grozę ukazały fotele lotnicze. Są wygodne ale ciężko się w nich zdrzemnąć. Co mi po fragmencie książki, której zapewne nie kupię, bo po pierwsze nie lubię jej autora. Taka "spowiedź" po fakcie, śmierdzi mi hipokryzją i żądzą pieniądza, mógł odmówić i nie brać w tym udziału. Po drugie, to nie mój gatunek. Na szczęście, fragment nie był zbyt długi, helikopter nawet nie zdążył się rozbić.

Na bojowej fali uniesienia, wywołanej wysłuchanym właśnie fragmentem przystąpiono do dyskusji. Rozmowa była ciekawa i frapująca, w podobie do obrad plenarnych polskiego sejmu. Ale dwie rzeczy były fajne. O pierwszej wspomniała pani Edyta Żemła, jak to przed wyjazdem do Afganistanu, dziennikarze przeszli szkolenie. Nie, nie było to szkolenie "Zabij, a potem na wszelki wypadek dobij" albo "Jak z patyka, kawałka opony, sznurka od kozy i własnych odchodów, zrobić w pełni funkcjonalne, samopowtarzalne, działko przeciwpiechotne kalibru 105 mm". Szkolenie było pod tytułem "Jak szybko i elegancko, z zachowaniem etykiety, dać się porwać Talibom" (co przypomniało mi szkolenie szeregowca Mandeli z Wiecznej wojny Joe Haldemana, szkolono ich w bazie arktycznej, bo w kosmosie jest zimno) szkolenie miało kryptonim nomen omen "Nie strać głowy". Druga to sprawa tajnych więzień CIA w Polsce. Pan Krzysztof Liedlem z BBN, że logicznie biorąc (choć podejrzewać CIA o logikę, to jak Antoniego M. o inteligencję) amerykanie mogli sobie te więzienia założyć w mniej demokratycznym i cywilizowanym kraju. Zaś pani redaktor naczelna przekonana była, że raczej były. Wszyscy zostali przy swoich zdaniach. Swoją drogą nie wiem skąd jest pani Żemła, ale jej angielski akcent (czyżby zmywak w Anglii tak wpływał na język) był żałosny. Poznałem kilkoro Polaków przebywających na obczyźnie przez czterdzieści lat i mówiących po polsku lepiej i ładniej niż ja. Ale tak elyta ma w genach najwyraźniej.

Po konsumpcji kawałka pizzy, którą to (o dziwo gorącą jakby z pieca wyjętą) za sponsorowało Domino's Pizza (buziaki, choć dwa kawałki byłyby znacznie lepsze).
Przystąpiliśmy do oglądania filmu. Jest to paradokument fabularyzowany, mający się tak do rzeczywistości jak i plakat tego filmu. Z tych pięciu Oscarów i czterech Złotych globów filmowi dostało się po jednym: Oscar za montaż dźwięku (choć ja jakiejś rewelacji nie wyczułem) i Glob za pierwszoplanową aktorkę (i tu też dość przeciętnie już bardziej mi się podobał Kyle Chandler). Film opowiada o tym jak to mała, brzydka i na dokładkę ruda agentka CIA, praktycznie w pojedynkę odnalazła kryjówkę Osamy. A następnie już całkowicie samodzielnie doprowadziła do słynnej akcji jego ubicia (z zaznaczeniem, że ma być ubity na miejscu). Zaś sam film to takie wybielanie, jakby na to nie patrzeć, terrorystycznych metod działania agencji, poprzez poszarzenie tła. W filmie zobaczymy też tajne więzienie agencji (i tu pełna konsternacja) w Gdańsku. Jak widać, nasz największy "sprzymierzeniec", ma nas tak głęboko w dupie, że be żadnych skrupułów za pomocą cienkawego filmu wystawi nas na odstrzał, aby tylko odwrócić uwagę od siebie. Na szczęście (jak dotąd) terroryści wykazali się inteligencją dorównującą Intelligence, i też nas mają głęboko w ... (o czym zresztą mówił pan z BBN, że jesteśmy nieatrakcyjnym celem dla terrorystów). Filmowi daleko do choćby Wszystkich ludzi prezydenta, dlaczego podoba się w Ameryce, rozumiem, czym się zachwycają polscy krytycy, doprawdy nie wiem. Jak dla mnie, dość przeciętny obraz 5/10 i można to było upchnąć w dwóch godzinach swobodnie.

Organizatorze, na przyszłość, proszę, przy tej długości filmu (167 minut) zaczynanie całego jubla o dwudziestej jest takie trochę buu. Nie wszyscy dysponują własnym środkiem transportu, i trzeba było część drogi do domu pokonać z buta, po nocy. A ja nie brałem udziału w tym szkoleniu co pani redaktor i mógłbym stracić głowę, na moim prawym brzegu Wisły.

"Wróg numer jeden" tyt. org. "Zero dark thirty" scen. Mark Boal reż. Kathryn Bigelow w rolach głównych Jessica Chastain i Jason Clarke

14 kwietnia 2013

Atak klonów

Ale was oszukałem, ha ha, nie, to nie będą Gwiezdne wojny. Choć z drugiej strony, są i gwiazdy i scenarzysta i wojna, no kto wie, kto wie.

Tak patrząc się na ten plakat, widzę że Tom wolałby mieć inny tekst pod swoim nazwiskiem niż niepamięć, jakieś Jestem legendą mu się marzy. Ale niepamięć mu chyba nie grozi, poza rolą oczywiście.

Film wybitnie kinowy, te plenery, widoki z lotu bąblowcem, obrazy Ziemi zniszczonej wojną, znane lokacje ale jakże odmienione: Empire State Building z którego został tylko czubek, Pentagon choć ma już znacznie mniej boków, Statua wolności jak z Planety małp, Pomnik Waszyngtona stojący samotnie na jakimś bagnie. To genialnie prezentuje się na dużym ekranie A poza tym pustynia, nie ma już ziemskiej cywilizacji. Apokalipsa!

Umówmy się, że Tom Cruise dobrym aktorem nie jest (jak ktoś ma gdzieś takie umowy może wyrazić to w komentarzu). O ile jeszcze rola wymaga jedynie chytrze/czujnie/wrogo zmrużonych lub szeroko zamkniętych oczu (jak to na prawnika lub wojownika przystało) oraz zaciętego (i to nie przy goleniu) i obitego wyrazu twarzy, zaś z mowy ciała wystarczy wyrażać chęć ucieczki lub ataku, lub po prostu wystarcza samo ciało, to Tomuś sobie całkiem nieźle radzi. Jeśli jednak trzeba coś więcej zagrać licem, wyrazić jakieś inne poza agresją lub strachem emocje zaczyna być malinowo (kiedyś powiedziałoby się, że przestaje być malinowo, ale odkąd zaczęto przyznawać Złote maliny, powiedzenie nieco uległo modyfikacji). Z jednym jeszcze da się wytrzymać (choć ten obraz temu zaprzeczy), ale wyobraźcie sobie tysiące Cruisów w akcji (brr). Do ról Jacka Harpera jest jednak prawie idealny.

Trzeba przyznać, że całkiem niekiepski film akcji, się dzieje. Obraz sf też nie do pogardzenia, choć melodramatyczne i iście holyłudzkie zakończenie (które z pewnością będzie się podobać białogłowom) troszeczkę kiczuje całość. Gdyby nie Moon Nathana Parkera z 2009, można by go nawet nazwać oryginalnym ale tak to przepadło. Ja tam pozwoliłem sobie pooglądać trochę takich wstawek z planu, i muszę przyznać, że to co zrobili daje świetny efekt. Chodzi o bazę wypadową, która nie jest tylko zieloną wyspą, ale w pełni funkcjonalnym mieszkaniem. Tłem jest nagrywana, na jakiejś górze, przez kilka dni panorama, wyświetlana potem na ekranach. Całe oświetlenie pochodzi właśnie z tych ekranów, to dodaje realizmu całości. Model bąblowca w skali 1:1 też zrobili, nawet drzwi się otwierają na pilota, tyle że nie lota, mimo wszystko, mieć takie cudo w ogródku ;).

Ludzie i klony idziemy na drony. Film jest nieco nielogiczny, i kilka błędów się wkradło (które większość przeoczy i tak, bo nie rzucają się do oczu nachalnie), ale nie dla logiki został on nakręcony, tylko dla rozrywki (choć mam swoje podejrzenia i o tym niżej) i jako taki jest świetny.

Przeglądając te materiały, o których już wspominałem dowiedziałem się, że Olga załapała się fuksem na tą rolę, bo kto inny miał ją dostać. Co ciekawsze i przewidywana aktorka i Kurylenko są w zbliżonym wieku i mają specyficzną urodę tak jak dość znana potomkini Sherlocka najlepszego z detektywów. Te podejrzenia podsyca jeszcze bardziej scena finałowa, gdzie pojawia się TA DA córka Juli i Jacka (głównych bohaterów). Czyżby Tom postanowił upiec dwie pieczenie na jednym ogniu i nie tylko odegrać naznaczoną rolę ale pokazać, że nadal kocha. Tylko nie mówcie nikomu, bo wszystkiego się wyprę.

Za scenariusz, między innymi, odpowiedzialny jest scenarzysta epizodu VII Star wars, nie mogę się zdecydować, dobrze to czy źle wróży?

Czas kończyć i ocenić, dobre, jest akcja, jest obraz, jakiś scenariusz też chyba jest, są aktorzy (nie wszyscy ale są), brak zakończenia (bo to co jest, to żałość i trwoga), brak sensu (ale jak już pisałem nie o niego walczono) dam 7/10. Idźcie do kina (albo kupcie z 40 i więcej calowy ekran lub wyświetlacz), bo widoki są tego warte, a przy okazji dowiecie się skąd taki tytuł posta.

"Niepamięć" tyt. org. "Oblivion" scen. Joseph Kosinski, Karl Gajdusek, Michael Arndt II reż. Joseph Kosiński w głównych rolach Tom Cruise i Olga Kurylenko.

13 kwietnia 2013

Za honor, układ planetarny wraz z koloniami i dowolnego boga

Jestem umysłem ścisłym do bólu. Może jest to właśnie powód, że moje opinie są takie jakie są. Ani spójne, ani ciekawe, chaotyczne i na dokładkę kiepsko napisane. Ale ma to też swoje zalety. Bardzo lubię cyferki i zabawę nimi. Często jak mam problem z czytaniem jakiejś pozycji, zaglądam na ostatnią paginę i obliczam sobie procentowy postęp w czytaniu, ile mi zostało do połowy, trzech-czwartych itp.. Ale jak opowieść mnie wciągnie, to zaglądam i ze smutkiem konstatuje, że zostało mi już tylko kilka stron i zaraz koniec. Dziś będzie właśnie o takim smuteczku.

Nie przypominam sobie abym czytał lepszą polską space operę, napisaną z takim rozmachem i dbałością o szczegóły. W warstwie (i wiem, że wielu się narażę tym stwierdzeniem, ale kalafiorem mi to) socjologicznej, kosmogonii i kosmologii czułem się tak jak podczas lektury Fundacji Asimova. Mamy więc układ planetarny, w którym nieźle prosperuje i się rozwija ludzka kolonia. Niezależna, mająca swój system polityczny (całkiem ciekawy) i ekonomiczny, podejście do wolności jednostki, religie. Co jest solą w oku znacznie potężniejszemu Dominium (które ma całkiem odmienne systemy i podejście do niezależności), a które to czyni zakusy aby kolonie też zdominować i podporządkować. No i mamy Korgardów. Tylko kim oni do cholery są, czego chcą i po co robią to co robią?

Ale to jeszcze nie wszystko. Mamy też bitwy, których opisu nie powstydziłby się żaden tuz literatury wojennej. Uzbrojenie, wspomaganie, opancerzenie, nieprzebieranie w środkach i sile niszczenia i co najważniejsze, nie trzeba kończyć polibudy, żeby rozumieć co się dzieje. W tym wszystkim, w samym środku, nasz bohater, swój chłop (ja też będę tanatorem jak dorosnę), którego nie sposób nie lubić.

Mało, pewnie, że mało. Zaskakujące pomysły, niespodziewane zwroty akcji, intrygi i przygoda. Da się wyczuć inspirację Strefami zerowymi Peteckiego. Wsiąka się i ciężko się oderwać i to zakończenie, ja chcę wiedzieć co dalej już, teraz, zaraz (trzymajta się bomu idę szukać drugiego tomu). 8/10 i nie wiem czy nie za mało troszeczkę, może dołożę +.

Tomasz Kołodziejczak "Kolory sztandarów" Wydawca Niezależna Oficyna Wydawnicza NOWA 1996

5 kwietnia 2013

Najemca czy najeźdźca

Ruda Wiedźmo, zmoro Ty moja, tak to dzięki Tobie ten tytuł posta :)

Protect your souls against Souls.

Dla tych, którzy tego wybitnego dzieła nie czytali (tu znajdą moją opinie o nim), film jest praktycznie dokładną kopią książki. Zero jakiejś wartości dodanej (cokolwiek to znaczy, ale spotkałem się z takim zwrotem, musi coś jednak znaczyć), a to co odjęto i tak nie było warte poświęcania oczu i czasu, a tym bardziej taśmy filmowej. Gdyby pominięto pozostałe niewarte sfilmowania części tekstu, kupa ludzi zaoszczędziłaby czas i pieniądze, ale też spora gromadka nic by na tym nie zarobiła. Czytać więc już nie trzeba tego gniota, można go obejrzeć.

Czym się różnią. Żałosne wątki romansowe występujące w książce, w filmie stają się zabawne. Zabawne są też "kłótnie" Wandy z Melanią, właściwie z tej tragedii jaką jest książka, udało się zrobić całkiem udaną komedię.

O aktorstwie się nie wypowiem. Ja ich podziwiam, że potrafili wypowiadać te patetyczne farmazony nie rycząc ze śmiechu na leżący.

Nie z wizualizowałem sobie (mimo okładki książki) jak miało dokładnie wyglądać to błyszczenie oczu. Jeśli tak jak na filmie, to inwazja nie miałaby żadnych szans. Ludzie uwielbiają strzelać do siebie nawzajem, a jakby to jeszcze była na dokładkę walka z obcym najeźdźcą, to uch, tylko flaki by latały. Jak się dostała do ludzia pierwsza dusza, bo dość nieruchawe są, na dokładkę potrzebują nacięcia. Musi na jakiegoś rannego i nieprzytomnego polowały, choć zdrajców (to też uwielbiamy) nie wykluczam. Ale tak jak piszę, nie mieliby szans, wystrzelano by wszystkich zainfekowanych zanim by zdążyli mrugnąć. Potem pochowano by ich z honorami, razem z duszami.

Film obowiązkowy dla fanów autorki książki i samej książki. Dla pozostałych wartość identyczna, nie ma się po co drugi raz męczyć i wydawać pieniędzy. 1/10 za odrobinę śmiechu.

"Intruz" tyt. org. "The host" scenariusz i reżyseria Andrew Niccol w głównych rolach Saoirse Ronan i Max Irons

3 kwietnia 2013

To nie było śmieszne, a szkoda

Z prozą Pana Wolskiego pierwszy raz zetknąłem się w radiowej Trójce. I była to, poza listą Niedźwiedzia i Powtórką z rozrywki, trzecia audycja radiowa jakiej słuchałem wiernie i z zapartym tchem (choć często musiałem ową "zapartość" odpuszczać z powodu co i raz budzącego się rechotu). A 3x6 równa się 666 pozostało w mojej pamięci do dziś.Widząc więc ową ewangelię za dziewięć złociszów długo się nie zastanawiałem.

Jak ogólnie wiadomo każda opowieść musi mięć wstęp, rozwinięcie i zakończenie. Jest to dość logiczna konstrukcja (tak jak i konstrukcja dzidy bojowej, która to składa się: z przedzidzia dzidy bojowej, śróddzidzia dzidy bojowej i zadzidzia dzidy bojowej. Dalszy rozkład dzidy bojowej sobie odpuszczę, kto był w wojsku ten zna, kto nie był, niech się wybierze). Tylko (i to jest ten przypadek) czasami najpierw trzeba mieć zakończenie, zanim się zacznie. Niestety, zakończenie jakie dostajemy, jest już mocno ograne, choćby przez Monty Pytona w "Żywocie Briana" (Life of Brian) (swoją drogą polecam. Always look on the bright side of life fiufiu fiufiufiufiufiufiu), i nie chodzi o zakończenie filmu. Trzeba się zdecydować też, czy piszemy książkę na poważnie czy sobie żartujemy. Jeśli na poważnie, to odpuszczamy sobie moralizowanie, w stylu: czary i magia to zuo (o ile nie czaruje się w słusznej sprawie), pornografia to zuo (chyba, że chodzi o cieślę, jemu wolno), gry komputerowe to potworne zuo (patrz pornografia), zabijanie to zuo (o ile nie chodzi o tych, których zabić należy wtedy jest ok, albo zabijający jest cieślą, wtedy też jest ok i wybaczone), bo wychodzi się na... (domyśl się autorze).A jak piszemy dla żartu to odpuszczamy sobie sceny makabrycznie makabryczne. Ciężko zdecydować jaki target obrał autor i wyszło takie coś o.

Wszystko musi zacząć się od trzęsienia ziemi, mawiał Alfred. Ale on był Angielskim Amerykaninem, a oni tam mają najprzeróżniejsze służby, to sobie mogą zawsze znaleźć jakieś trzęsienie ziemi. My mamy problem z zakupem radaru pogodowego, coby wiedzieć gdzie pioruny tłuc będą, musimy więc zadowolić się wybuchem atomowym. A potem jest rzeź niewiniątek, rzeź winiątek, pościgi, strzelaniny, pożary, dzikie zwierzęta, śledztwa, dochodzenia, egzorcyzmy, cuda wianki. I byłoby całkiem fajnie gdyby w zakończeniu odpuścić ten katolicki etos, patos i Aramis.

Gdyby nie to cienkie jak zadek węża zakończenie, przefajnowanie z umoralnianiem i zdecydowane niezdecydowanie autora, to byłaby to świetna pozycja, a tak to taki ni pies ni wydra, dam 4/10.

Marcin Wolski "Ewangelia według Heroda" Wydawca Wydawnictwo M 2011  

1 kwietnia 2013

Szklana porażka 5

Są na tym świecie rzeczy o jakich nie śniło się komukolwiek. Dziś (pierwszy kwiecień, ale niestety to nie żart jest) będzie o tym jak za grube miliony nakręcić potwornie wybuchową komedię lub topornie wesoły film sensacyjny.

Trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść. Tą prawdę znakomicie wykorzystali w "Zabójczej broni 4" (Lethal weapon 4) gdy w Riggs stwierdza "jestem już na to za stary". Szkoda, że zdają się tego nie dostrzegać twórcy szklanych pułapek. Czwórka już była ciężko strawna. Piątka jest znacznie gorsza. Co prawda Bruca widać przez jakiś kwadrans do dwudziestu minut (głównie jest albo zasapany, albo stękająco-jęczący), resztę filmu odwalają kaskaderzy (i mają mnóstwo roboty, swoją drogą ciekawe dlaczego nie ma Oscarów dla kaskaderów).

Jeśli będziesz szukał jakiegoś sensu, zawiedziesz się. Realizmu jakiegokolwiek brak. Pomysł na intrygę, oraz jak w nią wkręcić Willisa, to już kosmiczna (o ile nie komiczna) bzdura. Za to wybuchów, strzelanin, kraks, pościgów, trupów i rannych, skasowanych samochodów i innych pojazdów istne zatrzęsienie. W filmach o drugiej wojnie tylu nie widziałem. Za znaczną większość odpowiedzialny jest nasz niezniszczalny, nietrafialny, nie do ubicia John "już nie yippee ki-yay mayher fucker" McClane.

Nawet dialogi są wyjątkowo drętwe. Niestety, jak widać, z zadyszką ciężko wygłaszać jakieś sensowne sentencje, ale złośliwy humor z pierwszych części ulotnił się razem z realizmem twardziela.

Nie wiem czemu nie pozostał przy kontynuacji "RED", to był pomysł (może poza ostatnią sceną) na dalszą karierę aktora, rola twardego i niezniszczalnego agenta na emeryturze (choć Brucowi jeszcze z dziewięć lat zostało do emerytury). Szklane pułapki to jest droga ku ośmieszeniu się głównie, mimo nieemeryckiego wieku jeszcze.

Jako, że to kino głównie rozrywkowe, to za sceny akcji i efekty dam 4/10.

"Szklana pułapka 5" tyt. org. "A good day to die hard" scen. Skip Woods reż. John Moore w głównych rolach Bruce Willis i Jai Courtney

ps. Szklana pułapka 26 "Die hard and live hard with ZUS in Poland" Bruce Willis załatwia sztuczną szczęką z wybuchającymi zębami 30000 urzędników dybiących na jego rentę.