30 listopada 2012

Anioł śmierdzi

Historia szaleństwa czy tylko szalona historia. Tylko podstawy psychologii było mi dane kiedyś studiować (a i to tylko na zaliczenie, więc sami wicie rozumicie) ale wiem, że niektóre choroby psychiczne są dziedziczne. Zaś charyzmatyczny przywódca może w imię boże, nawet jeśli jest to tylko przejaw jego szaleństwa, poprowadzić swoją trzódkę na manowce.

Polityka to tarzanie się w błocie. I każdy się musi ubrudzić.* A na dokładkę, wygrzebywanie "dziadków w wermachcie", to dyscyplina wyborcza. Rozmawiający z bogiem (diabłem i innymi kilkoma ciekawymi, a nieistniejącymi w obecnej rzeczywistości osobami) polityk, musi więc jak ognia wystrzegać się wykrycia, że przed stu kilkudziesięcioma laty miał w rodzinie "Wielebnego Jones-a". Na szczęście, mchem i trawą zarosło zanim Ameryka się ucywilizowała i nikt nic nie wie. Może więc zupełnie spokojnie kandydować na prezydenta USA. Toż przeciętny wyborca i tak widzi tylko ciężką pracę ludzi od pijaru. Tylko bardzo nieliczni obnoszą się ze swoim szaleństwem publicznie, a jak pokazuje historia najnowsza, nawet oni znajdują wyborców. Połączenie "dziadka" i nierówności podkopułowych mogłoby jednak przeważyć szalę na niekorzyść kandydata. Co ma więc biedaczyna zrobić z odkrywcami pradziadka?

Bardzo fajne połączenie historii osadnictwa w Ameryce północnej, ze współczesnym światem wielkiej polityki i dziennikarstwa. Ale jedna rzecz mi się podobała szczególnie. Jak kiedyś będę pisał książkę (osoby wierzące uprasza się o modlitwę w intencji, coby mi taki głupi pomysł nie przyszedł do głowy, niewierzący zróbcie to samo dla własnego waszego dobra) to z pewnością ten pomysł wykorzystam. Wyobraźcie sobie, że ludziska przed wiekami, to tylko w oficjalnej korespondencyi używali archaizmów, w pamiętnikach pisali współczesnym językiem. Przecież nie będą sobie samym utrudniać odczytywania tych bazgrołów pisanych inkaustem w kajecie jakimiś tam azaliż, mości dobrodziko, drzewiej czy innymi tego typu głupotami. Czyż nie jest to pomysł godny geniusza?

Nic nie mam do osób, które wierzą w boga (któregokolwiek) czy w Buddę lub innego człowieka. Jeśli nie narzucają mi się z tą wiarą, lub nie próbują wykorzystać aparatu władzy do wmuszania swojej wiary. Nie wykorzystują innych wierzących do swoich własnych przyziemnych celów. Ale zupełnie nie ufam wszelkim "religiom" i ich przedstawicielom. Stały się one w większości zwykłymi instytucjami nastawionymi na maksymalny zysk po minimalnych kosztach.

Nieźle zamotana opowieść. Dobrze napisana, z dość dużą dozą realizmu. Kilka potknięć można wybaczyć, bo nie ma ludzi nieomylnych, a i Google też do takich nie należą. Autor potrafi kluczyć i gubić tropy co mu się na plus zapisuję. Zliczając plusy i minusy oraz niektóre genialne pomysły wyszło mi 6/10. I na długie zimowe wieczory jest to jakaś opcja.

*-KAZIK "Komandor Tarkin"

Alex Scarrow "Anioł śmierci" tyt.org. "October Skies" Wydawca G + J Gruner + Jahr Polska Sp.z o.o. & Co. Spółka Komandytowa 2010

ps. NCIS - piszę ten skrót, bo jak ostatni napisałem skróty kilku innych organizacji rządowych, to miałem kupę odwiedzin z USA na swoim blogu. Potraktujcie to jako eksperyment, wynikami się podzielę jak ktoś będzie chętny wiedzieć ]:->

17 listopada 2012

Eudajmonizm książkowy

Niewielki zbiorek opowiadań Andrzeja Ziemiańskiego, raczej przebranych za fantastykę, choć całkiem ładnie przebranych. Dwa z nich pojawiły się we wcześniej opisanej przeze mnie antologii, chodzi o Koloryt lokalny i Zakład zamknięty. To pogadamy o pozostałych.

Jakoś nie chce mi się wierzyć, że jesteśmy sami w tym wszechświecie jaki nas otacza. Nie wierzę też w to, że jesteśmy najinteligentniejsi (i to sądzę o nas, bez potrzeby oglądania się na kosmitów, wystarczą delfiny) w kosmosie. I może jesteśmy co jakiś czas testowani, a nie znając jakie są reguły gry, cały czas przegrywamy. Ale jest coraz lepiej.
Jako zwierze stadne, większość ludzi nie lubi pozostawać sam na sam ze sobą. Nie lubimy też za bardzo nowości, fajnie jest jak jest zachowane status quo. Czasem jednak przestaje nam ono wystarczać i wtedy robimy różne dziwne rzeczy. Zdobywamy się na nadludzką wręcz odwagę i wyruszamy w odległe rejony. Tylko potem chcemy wrócić i znów zobaczyć znajome twarze.
Może ktoś chcąc zamienić jakiś zapomniany kosmiczny port w swoje własne prywatne piekło, wykorzysta nas do osiągnięcia tego celu. Nawet jeśli będzie to polegało na daniu nam z niego uciec. A nas wciąż będą prześladowały wspomnienia, czy mogło być inaczej?
Zupełnie nie wiem co autor chciał powiedzieć w Daimonionie, nie będę się więc wydurniał z interpretacją. Ale żeby tak uciekać, by nie zginąć?
"Kultura i cywilizacja" nas rozleniwia. Niby coś nam daje ale i wielu rzeczy pozbawia. Czekając na barbarzyńców poddamy się bez walki, czy będziemy umieli obronić nasze zdobycze? A może po prostu uciekniemy?
Blisko granicy, gdzieś na pustynnych rejonach naszej planety każdy ma jakiś cel. Czy to czekając na Godota, czy na przewodnika, albo tylko na powrót do domu. A tak w rzeczywistości, jak się skończą napoje i słońce zbyt długo naświetli nam łby, to w końcu każdemu odbije szajba.

Dziwne te opowiadania, trudne i bardzo nierówne, od sasa do lasa, czemu znalazły się w jednym zbiorze? Raczej nie napawające optymizmem (prawdopodobnie taki ich cel właśnie). Bardziej psychologiczne (kliniczne) niźli fantastyczne. Jakoś nie pasują mi takie klimaty, to dla kogoś innego ale dobrze napisane, coś w nich jest. Dla będących w dołku nie polecam, dla pozostałych 6/10.

Andrzej Ziemiański "Daimonion" Wydawca Państwowe Wydawnictwo "Iskry" 1985

14 listopada 2012

Ciągnie ciąg na wyciąg

Tak mi przyszło do głowy, po zapoznaniu się z tą pozycją, że słowa piosenki, którą brawurowo wykonał Jerzy Stuhr na festiwalu w Opolu'77, po delikatnym sparafrazowaniu będą tu doskonale pasować "pisać każdy może". Tylko dlaczego akurat ja musiałem to przeczytać?

Jestem zwykłym ludziem. Szarakiem, który na temat FBI, CIA, DEA i innych podobnych służb wie tyle, co się o nich filmów naoglądał. Wszyscy wiemy, że pracują tam głównie głupie buce  (nie dotyczy to oczywiście agentki specjalnej Clarice Starling), które mają problem z otwarciem drzwi, o ile nie ma przy nich instrukcji użytkowania, podpisanej przez dyrektora departamentu. Po lekturze tego dzieła wiem, że ta instrukcja musiałaby być obrazkowa albo w formie kolorowanki dla pięciolatków.

Chciałem od tego miejsca się rozpisać, o głupotach i bzdurach, uzasadnianych przez autora szczęściem, przypadkiem lub zbiegiem okoliczności. Wyszło mi jednak, że zdradziłbym prawie całą treść książki, a to się chyba mija z celem. I nie chcę tu powiedzieć, że wcale nie wierzę w szczęście czy zrządzenia losu, ale nie przekonuje mnie takie coś, co uzasadnia z 70%, jak nie więcej, historii jakie przydarzają się tak bohaterom jak i antybohaterom tej książki. Czytając tyłówkę dowiemy się, że "Alpert brawurowo splata wątki naukowe, polityczne i kryminalne". Ponoć brawura graniczy z głupotą, autor moim zdaniem dość mocno przekroczył tę granicę.

Za to politycally correct  zachowany w pełni. Źli to głównie biali, palący i pijący samogon, i to jak nie z FBI, to z US ARMY, a najgorszy to oczywiście ruski najemnik i jego hinduski najemca. Dobrzy to i biali i czarni abstynenci, i co poniektórzy chorzy na autyzm albo zespół downa, i znaczna z nich część mocno wierząca.

Reasumując pomysł na zawiązanie akcji jest przyznaję niegłupi, czego nie można powiedzieć już niestety o całej reszcie. Postacie albo przekraczają znacznie ramy realizmu, jeśli w ogóle można mówić o zachowaniu jakiegoś realizmu, albo nie dorastają do najniższej granicy, która uzasadniałaby ich zachowania. Ze swojej strony mogę dać góra 3/10, za ciekawe czasem wątki dotyczące fizyki cząstek elementarnych, i światów n-wymiarowych, ale raczej nie polecam mimo to.

Mark Alpert "Teoria ostateczna" tyt.org. "Final theory" Wydawca Wydawnictwo W.A.B. 2008

7 listopada 2012

Zabili go i uciekł, więc kiwa palcem w bucie

Kiedyś na większość filmów sensacyjnych i wojennych mówiło się "zabili go i uciekł", na ten film można tak powiedzieć bez cudzysłowów. Do słownika też trzeba by wprowadzić nowe słowo "samozabójca", bo chyba tylko tak można nazwać człowieka, który zabija samego siebie i czasami ma z tego powodu wyrzuty sumienia nawet.

Film nie epatuje jakimiś nieziemskimi efektami specjalnymi, pozwala to wykazać się aktorom. O dziwo nawet im się to udaje, aktorom nie efektom. Zwłaszcza Joseph Gordon-Levitt, który gra młodego Bruce Wilis-a, znakomicie naśladuje mistrza brudnego podkoszulka. Niesamowity jest Pierce Gagnon, wielu polskich "aktorów" mogłoby się od niego uczyć. Ile on ma lat, bo wygląda na 6 i mleczaki, a gra jakby już na tym zęby zjadł? Oczywiście film nie jest całkowicie pozbawiony efektów, ale jest ich naprawdę niewiele. Trochę w obrazie miasta przyszłości, bo akcja dzieje się za trzydzieści kilka lat. Kilka, w tym jeden z mocniejszych związanych z mutacją TK. No i ten, który zostanie w pamięci wielu z was, przywołanie do porządku starego loopera. Co prawda, podobny efekt był już w Strażniku czasu (Timecop), ale nie na tą skale i nie tak przerażający. Dawno mnie tak nie ruszyło.

Każdemu z nas marzyło się, aby móc cofnąć się w czasie. Czy to do beztroskich lat dzieciństwa, czy też aby zmienić jakąś niefortunną, a podjętą emocjonalnie decyzję, czy choćby po to, żeby skreślić wygrywającą szóstkę w totka (a ja tylko dwójkę trafiłem, nici z 50 baniek). Po tym filmie jakoś straciło to marzenie na uroku, nie wiem czemu.

Trzeba przyznać, że nie głupia, choć nie trzymająca się kupy historia. Sprawnie zrealizowana, reżyser się postarał, nie można mu odmówić. W sumie wyszedł całkiem niezły film, jeśli nie będziemy zwracać uwagi na ciągłe paradoksy. Szybko i fajnie przeleciały te dwie godziny, dam 7/10.

"Looper - Pętla czasu" tyt.org. "Looper" scenariusz i reżyseria Rian Johnson w głównych rolach Bruce Willis i Joseph Gordon-Levitt

Okradli mnie

Nikt do mnie nie przychodził, a drzwi zaryglowane. Ja też ostatnio nie wychodziłem, bo pogoda jaka jest każdy widzi, leje.

Piwnica zamknięta na dwa zamki, choć i tak nic w niej nie trzymam.  Samochodu, ani innego skutera nie posiadam. Mimo to, zostałem okradziony. Całe szczęście tylko na dwanaście złotych (plus VAT), ale zawszeć. Okazuje się, że jakakolwiek firma może zacząć przysyłać na mój numer sms-y, za które ja muszę zapłacić. Nie potrzeba na to mojej zgody. Na szczęście okazało się, że można taką "usługę" (tak, jest to usługa świadczona, przez waszego operatora na waszą rzecz) zablokować. Co wam radzę zrobić jak najprędzej, bo mnie kosztowała ta "przyjemność" niewiele, ale jak się wycwanią, to możecie dostać jednego sms-a za pięć dych na ten przykład.

Teraz się zastanawiam czy warto z tego powodu wszczynać aferę, czy odżałować te dwanaście złotych (plus VAT). Jak by ktoś miał informację czy gdzieś nie zbiera się jakaś grupa, której członkowie i miłe panie też otrzymali/ły taki miły prezent i chcą uruchomić organa niekoniecznie ścigania, to byłbym wdzięczny i z przyjemnością się dołączę.

No to