25 września 2012

Lasery, śmasery, wszysto to panie z dykty

Nie wiem czemu, ale ostatnimi czasy jak czytam książkę to przypomina mi się jakiś stary dowcip. Tym razem przypomniał mi się taki:
Idzie sobie gościu ulicą i widzi wiszący jako szyld nad lokalem czajniczek. Wchodzi.
- Poproszę kawę.
- Ale proszę szanownego pana, tu jest burdel.
- To czemu nad drzwiami wisi czajnik?
- A niby co miałam zawiesić?
Tytuł tej książki, jak i całej serii, ma się tak samo do treści.

Tym razem jednak nie chodzi o błąd w tłumaczeniu. Autorce coś się porąbało dokumentnie.

Oglądaliście serial Sliders? Jeśli tak, to już mniej-więcej wiecie o co biega. A jak nie oglądaliście, to obejrzyjcie, bo niektóre odcinki były naprawdę zabawne.

Nortonka pisze głównie przygodowe powieści fantastycznonienaukowe w różnej konwencji. Choć tym razem nie będziemy poruszać się w czasie (co mógłby sugerować tytuł) i niewiele w przestrzeni (ot tak w granicach jednego dużego amierykanskiego miasteczka), to i tak dane nam będzie zobaczyć sporo lokacji (w tym dość dziwaczne). Wszystko dzięki temu, że będziemy poruszać się w światach równoległych. Tylko po co? No po to, żeby nasz bohater wykazał się odwagą i nadludzkimi zdolnościami, o których nawet nie zdawał sobie sprawy. Tylko dzięki jego (a więc poniekąd też naszemu) sprytowi, mądrości, doświadczeniu, przebiegłości i blokadzie mentalnej, uda się oddziałowi wyszkolonych agentów z innego wymiaru wygrać z bardzo niedobrym złoczyńcą. Poobijani, poparzeni, zmarznięci i lekko przerażeni, ale i niezwykle szczęśliwi, wstąpimy do oddziałów tych (przy nas wyglądających na amatorów) agentów ochrony kultury i dziedzictwa wielowymiarowego. Alternatywą jest odstrzelenie nam głowy, ale na to nikt przy zdrowych zmysłach i postępowych ideach nie pójdzie.

Czyta się łatwo i szybko. Akcja za akcją, czasem brakuje czasu aby się w pewną część ciała podrapać. Nieliczne michałki nie rażą za mocno. Bohaterów da się nawet polubić, w przeciwieństwie do ich wrogo nastawionych przeciwników. Jak dla mnie 6/10 a jakby coś więcej o zawartości tych pudełek z głowami demonów było to można by dać nawet 7/10.

Andre Norton "Rozdroża czasu" tyt.org. "The crossroads of time" I tom cyklu "Strażnicy czasu" Wydawca Wydawnictwo Amber Sp.z o.o. 1999

20 września 2012

Koniec Świat(ł)a

Najgorsza jest ta cisza. Snuje się po bunkrze, wciska w uszy. Nie daje spać. Postanowiłem, że spiszę to co widziałem i usłyszałem, może ktoś lub coś to kiedyś przeczyta.
Miało być tak pięknie. Mieliśmy wyruszać w kosmos. Dzięki nowej eksperymentalnej metodzie. podbić mieliśmy przestrzeń. Aż się staniemy jako bogowie... Niestety, to była zła planeta. Ale jeszcze mogło być dobrze, tylko nikt nie chciał słuchać. Potem, gdy tajemnica została odkryta, było z dnia na dzień coraz gorzej. Aż nastąpił koniec...
Drapacze chmur osłoniły to miejsce przed falą uderzeniową i promieniowaniem, na jakiś czas. Za dnia obserwowałem uciekające tłumy. Czasem ktoś przystawał opowiadał co widział. Jak rozpadła się Maszyna, która miała być ratunkiem, a stała się grobem dla jej operatora.
Później gdy zaczął opadać radioaktywny pył, ludzka rzeka wyschła do strumyka, potem zaczeła zanikać. Ale co jakiś czas zdarzało się nadejście Fortynbrasa jakowegoś. I znów wysłuchiwałem przerażających historii. O dzielnicy głodnych dzieci, które żyły podług własnego żelaznego prawa. Sześciorgu puszka jakiegoś paprykarzu wystarczała na trzy dni, a kolor zielony oznaczał śmierć w męczarniach. Ale i tam przyszła przemoc. Wystarczy tylko "zaostrzyć patyk, uderzyć, poprawić, zabić, żyć."
Mistrz iluzji opowiedział mi o jakimś dziwnym kulcie, który narodził się wśród napromieniowanych ludzi i komputerów. Czasami się zastanawiałem czym jest człowieczeństwo, a zwłaszcza teraz.
Gdzie indziej ludzie uciekli w świat własnej podświadomości. Ale nawet tam każdy musi zapłacić myto, za swoje złe wybory życiowe.
W jednym z bunkrów pół-człowiek pół-maszyna zabawiał się w wielkiego brata. Stworzona przez niego telerodzinka we wszystkim była zależna o niego. Ponoć każdy ma takiego teledruha na jakiego sobie zasłużył.
Ponoć na mniej skażonych terenach tworzą się jakieś namiastki cywilizacji.Dzień jak co dzień jest tam jednak gorszy niż w najmroczniejszych latach ZSRR. Dzieci donoszą na rodziców. Pasmo wyrzeczeń za iluzoryczne przywileje, choć wiedzą, że ich poświęcenie służy głównie zapewnieniu dobrobytu tym na świeczniku. Zaś za spalenie skrawka papieru lub jakieś inne drobne wykroczenie można wszystko stracić łącznie z życiem. A tych odważnych nonkonformistów tak niewielu, a i często okazuja się zwykłymi oportunistami. I nigdy nie wiadomo, którzy są gorsi.
Dookoła mojego schronu leży mnóstwo porzuconych rzeczy. Ostatnio przez przypadek trafiłem na jakiś pamiętnik czy coś w tym stylu. Pisała to kobieta uciekająca z jednej z takich enklaw. Starali się tam odrodzić ludzkość. Wybierali najzdrowszych i wymuszali na nich rozmnażanie się. Resztę zaś skazując na życie w jak najgorszych warunkach. Nie dziwne, że doszło tam do buntu. To przez co ona przeszła, to jak wpaść w krzak ciernisty, każda droga sprawia ból.
Gdzieś tam ponoć androidy przejęły rząd dusz. Autoludy postanowiły chronić człowieka przed nim samym. Taka nowa lekcja wychowana obywatelskiego. Tylko czy zawsze są w stanie ochronić samych siebie przed chronionymi?
W warunkach nowej rzeczywistości, też trzeba znaleźć kogoś odpowiedzialnego za to, że dla wszystkich wszystkiego brakuje. Choć ci ze szczytów mają wszystkiego w bród albo nawet nadto. Zawsze potrzebny jest kozioł ofiarny, taki nowożytni heretyk, aby ugłaskać tłuszcze.
Wśród tych wszystkich dramatów często zdarzało się, że ci, którzy odpowiadali na sygnał SOS, nie ratowali tylko czyjegoś życia. Ratowali siebie, to co było w nich najlepsze.
Czy to sprawiła przegrana rozumu i ducha, który nie potrafił przeciwstawić się złości, zawiści i zazdrości, że ktoś wcisnął czerwony guzik i rozpętał armagedon. Na drodze tępych odruchów i martwej głupoty nie stanął żaden mądry szaman, który potrafiłby powiedzieć "nie", nawet za cenę własnej egzystencji.
Żarówka już przygasa, muszę kończyć. Tak tylko się zastanawiam, czy znajdzie się ktoś, kto dla ratowania tego czym jest, a może czym powinien być człowiek, będzie umiał poświęcić wszystko? I czy to poświęcenie cokolwiek da? Ludzka dziedzina to jak orka na ugorze. Czy będziemy potrafili docenić to poświęcenie, czy stanie się on kolejną ciekawostką, która ludziom nie da nic do myślenia?
Licznik Geigera strasznie trzeszczy i pokazuje 6 na dziesięciostopniowej skali, chyba się zepsuł. W sumie nie ma się co dziwić, made in China. Pójdę na powierzchnię popatrzę, może będzie trochę światła, to baterie słoneczne  naładują akumulatory, bo żarówka już ledwo mży, jak wrócę to coś jeszcze może dopisze. Może zobaczę jakiegoś Człowieka?

Emma Popik "Tylko Ziemia" Wydawca Państwowe Wydawnictwo "Iskry" 1986

17 września 2012

Ecie-pecie o wszechświecie, wynalazku i rakiecie

Onegdaj, gdzieś w ubiegłym wieku, ludzie by usłyszeć muzykę swoich ulubionych wykonawców kładli na odpowiednie urządzenie duże czarne krążki. Urządzeniem tym był adapter zaś krążkami płyty. Jeszcze gdzieniegdzie, między innymi u takiego starego piernika jak ja, można spotkać i owo urządzenie i takie właśnie nośniki. Płyty dość łatwo ulegały uszkodzeniom, chrypiały, szemrały, a czasem przeskakiwały jak rysa była dość głęboka. Czasem dawało to dość komiczny efekt czkawki albo cofki. I tak, znana skądinąd  piosenka może  przybrać właśnie taki kształt Przygoda, przygoda każdej chwili, trsyt chwili, trsyt chwili, trsyt chwili...

W tej książce też czekała na nas przygoda. Bohater miał wyruszyć na niezwykłą wyprawę dookoła galaktyki. Jeszcze tylko dwutygodniowy urlop i hajda w niezbadane rejony Drogi Mlecznej. I wtedy autor wpadł na pomysł coby jeszcze bardziej uatrakcyjnić książkę i pchnął naszego bohatera na ścieżkę jeszcze ciekawszej wyprawy. Tylko zamiast się na nią wyprawić, zaciął się na dywagacjach, prawie filozoficznych, nad wspaniałością ludzkiej cywilizacji. Potem pomylił się paradoksalnie na tzw. paradoksie dziadka (którego chyba fantastom tłumaczyć nie muszę). Potem jeszcze pogubił się w czasie i nieco w przestrzeni. A jak zaczęło się robić ciekawie wreszcie, to zakończył ni w pięć ni w trzy swoją książkę.

Miało powiać wiatrem odnowy i wspaniałości, a powiało o zgrozo nudą. Epicka przygoda zmieniła się w zwykły splin (i bynajmniej nie chodzi mi tu o splinter cell). Ale ponoć z każdej książki płynie jakaś nauka. Teraz wiem jedno, jak się włazi na teren, na którym się za bardzo nie znamy, a co gorsza niezbyt dobrze rozumiemy,  to lepiej się nad nim nie rozwodzić, bo można i sobie i książce zaszkodzić. Rymowankę ponoć łatwiej zapamiętać.

Z pewną przykrością, bo zazwyczaj książki Peteckiego były całkiem, całkiem, to tej daje marne 3/10. Przegadane, i żeby ta gadanina miała jakiś sens jeszcze, to bym zrozumiał, ale tu ni sensu, ni składu. Zakończenie zaś woła o pomstę, rujnując i tak dość nieciekawą powieść. A jako, że ponoć każdy z nas jest potencjalnym bogiem, to zaprawdę powiadam wam odpuśćcie sobie tą pozycję.

Bohdan Petecki "Pierwszy ziemianin" Wydawca Państwowe Wydawnictwo "Iskry" 1983

10 września 2012

Prawdziwy unerground

Czasy się zmieniają. Ustroje się zmieniają. Ludzie u steru władzy się zmieniają. A problemy nie. Choć nie, jeden problem się zmienił, kiedyś ludzie mieli pieniądze ale nie było za bardzo co za nie kupić, teraz niby wszystko można dostać, tyle że w kieszeniach jeno płótno zostało (to u tych zamożniejszych, bo biedni mają dziury). Oderwane władzy od rządzonych najlepiej ilustruje powracający do łask dowcip:
Władza: - chcemy waszego dobra!
Ludzie: - wiemy, ale nam już tak niewiele go pozostało.

Książka wpisuje się w nurt fantastyki-socjologicznej, choć tak dość płytko. Nie wiemy z jakim ustrojem mamy do czynienia. Stykamy się tylko z klasą, nazwijmy ją średnią, i aparatem nacisku, taką policją dobrego nastroju. Tak, bo rządzeni powinni mieć jak najlepszy humor. I aparat nacisku ma wiele narzędzi, aby ten doby nastój podtrzymać. A to puści środki pobudzające w wodociągach (taka viagra w płynie). SonLumiere, co miesięczny pokaz holograficzny dla całego miasta. Albo przyzna komuś wejściówki do MIASTA (coś jak starówka tylko we wszystkich stylach architektonicznych i jak łatwo się domyślić, niełatwo się tam dostać). Można też dostać talon na PTASZKI, WODĘ I DRZEWA czyli luksusowy ośrodek wypoczynkowy. Czy ODKRYWKĘ gdzie można się wyżyć artystycznie (oczywiście w zgodzie z kierunkiem politycznym). To tylko pewnie kilka z możliwych bonusów, które odkrywamy podczas lektury.

Jak się okazuje, w celu skanalizowania uczuć, władza też finguje śmiertelne wypadki. Dzięki znalezieniu się w odpowiednim momencie i czasie (oraz szczęśliwemu powiewowi wiatru) na trop tej tajemnicy wpada nasz bohater. I wtedy okazuje się, że dla wtajemniczonych są o wiele ciekawsze rozrywki. I nie wystarczy tylko zapomnieć co się odkryło, trzeba jeszcze trochę władzy pomóc. Tylko czy warto?

Wydanie, które mam ma dodatkowe smaczki. Dwa eseje Macieja Parowskiego na temat fantastyki. Kilkunastu Hamletów opowiada nie tylko o nurcie fantastyki socjologicznej w Polsce. Ale też odsłania kulisy, dzięki jakim mechanizmom i przypadkom doszło do wydania tych powieści. Nakreśla też sytuacje polityczno-kulturalną jaka w tamtych czasach panowała w naszym kraju. Taka drobna przestroga, esej zawiera streszczenia kilku powieści m.in.: Limes inferior, Senni zwycięzcy i Druga jesień. Oraz kontynuacje (gdyż tamten esej powstał w 1984 roku) Z nieśmiałością i zażenowaniem gdzie opisuje co działo się dalej na polskim rynku fantastyki.

Za całość dam 7/10 choć sama powieść nie jest jakoś bardzo przekonująca i pasjonująca.

Maciej Parowski "Twarzą ku ziemi" Wydawca Wydawnictwo Amber Sp.z o.o. 2002   

7 września 2012

Jak dobrze, jest Piątek

Ta myśl dziś i każdego innego piątku lęgnie się w wielu głowach. Poprzedni piątek był szczególny, bo dzięki niemu paruset tysiącom uczniów szkół elementarnych i średnich przybyły dwa dni wakacji. Tak, piątek to dla wielu wstęp do dwudniowej laby. Ale ja dziś o innym Piątku, a właściwie o innej. Ten Piątek, ma niezłą figurę, uśmiech uroczy, no i te duże niebieskie oczy.

Daniel Defoe poza Robinsonem dał nam Piętaszka. Heinlein stworzył za to Piątek. Bo Piątek się nie urodziła tak normalnie jak reszta ludzi. Jest produktem inżynierii genetycznej. Jak sama o sobie mówi urodziła mnie probówka, moim ojcem skalpel był. Nie tylko dostała doskonały garnitur genów ale dodatkowo została podrasowana. A jak ktoś jest lepszy, budzi wrogość tłumu. Sztuczniaki to pariasi przyszłości.

U Heinleina nieodmiennie fascynuje mnie jego stosunek do stosunków. Podejście do związków męsko-męsko-damskich-damskich lub w jakiejkolwiek innej konfiguracji też jest niesamowite. Poligamiczne związki, rodzinne komuny, rodzina jako spółka akcyjna i inne układy jakie tylko jesteście sobie w stanie wyobrazić. Człowiek będąc w związku nie staje się własnością tego drugiego. A jak wszyscy wiemy ani samice, ani samce naszego gatunku nie zabarwiają się na niebiesko po udanym stosunku, nawet jeśli nie robili tego ze stałym partnerem :)

Iście Hitchcockowy scenariusz. Wszystko zaczyna się od trzęsienia (z pewnością nie ziemi), a potem sprawy coraz bardziej się komplikują. Śmierć zbiera obfite żniwo. Za każdym rogiem czai się jakaś pułapka lub zasadzka. Bohaterowie chodź nieludzcy, są bliżsi czytelnikowi niźli ludzcy bliźni. Trochę cukierkowate zakończenie budzi niejaki zawód ale happy end, zwłaszcza w tej książce, też ma swój urok. Niesamowita też jest sytuacja geopolityczna jaką zastajemy w książce. Jak dla mnie 8/10 i warto, bo miły nastrój utrzymuje się jeszcze długo po przeczytaniu.

Książka ukazała się też pod tytułem Piętaszek.

Robert A. Heinlein "Friday" Wydawca Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz 2010

6 września 2012

Ciąża urojona

Wojsko: jest i to różnorodne i bardzo nowoczesne
Broń    : jest i to dużo i bardzo śmiercionośna ona jest
Wróg   : i tu się zaczyna problem. Mamy jakiegoś wroga pod ręką? Nie to zaczniemy bez nich może ktoś się później przyłączy.

Po przeczytaniu tej książki taki zimny dreszczyk przeleciał mi po plecach. Co mogłoby się stać, gdyby w czasie zimnej wojny, w jej najzimniejszym momencie, na nasz nieboskłon wleciałby niezidentyfikowane rakiety. Czy goście siedzący przy atomowych guzikach nie popuściliby w spodnie i nie pocisnęli tym cholernym ruskom/amerykańcom seryjki z nuklearnego arsenału. Na szczęście ci tam w kosmosie wykazali się ponadprzeciętnym rozumem i nie próbowali się wtedy z nami skontaktować. O ich wybitnej i przewyższającej nas znacznie inteligencji świadczy to, że nadal tego nie robią.

A było już tak pięknie. Ludzkość wyruszyła w kosmos (o ile dwa tysiące facetów w dwóch metalowych puszkach można nazwać ludzkością). Reszta ramie w ramie zaczęła eksplorować dna mórz i oceanów. I znalazła nowy powód do konfliktu. Konflikt narastał, przez stulecia. Ludzkość (te wcześniej wspomniane dwa tysiące facetów) powróciła z wyprawy. Zastają nieliczne pogrążone w zastoju i marazmie wioski i średniowieczne miasteczka. Czy uda im się odtworzyć cywilizację sprzed wojny? Tylko, że żadnej wojny nie było? Jak to urwała się łączność z wyprawą do jednego z miast, a zwiadowcy przepadli jak kamień w wodę? Gdzie zniknęła baza numer dwa? Czy jeszcze jakieś niespodzianki kryją nowośredniowieczni mnisi?

Świetny pomysł, wyraziste i dające się lubić postacie, poza co poniektórymi oczywiście. Intrygi, podstępy, pułapki, windy, gorące wiatry, karczma i egzekucja samolotem. Nieźle się czyta i warte 7/10.

Andrzej Ziemiański "Wojny Urojone" Wydawca Państwowe Wydawnictwo Iskry 1987