28 czerwca 2012

Go on(e)

Książkę bez żalu oddałem, prawie siostrzenicy. Spytacie czemu, bo przeczytałem i posiadam Pod kopułą Stephena Kinga i Dzieci kukurydzy tegoż. Mam też na półce i w pamięci Władcę much Wiliama Goldinga. Ta książka więc poza paroma gadżetami rodem z X-manów czy innych Avengersów (których swoją drogą widziałem i o mały włos nie zabrałem się na tego kebaba ze Starkiem, ale że jest to żarcie dla studentów, a winter is coming, to jednak nie poszedłem) nic nie wnosi do mojego zbiorku czego bym już nie miał.

Stephen napisał ponoć, że kocha tę książkę. Nie ma się mu co dziwić. Toż gdyby tu opisy dorównywały dynamiką i dramaturgią, z jaką King opisał nam sytuacje w miasteczku Chester's Mill i jego okolicy po zamknięciu tegoż pod kopułą, to miałby się czym mistrz martwić, a że tak nie jest, to mógł z niezmąconym spokojem napisać to co ponoć napisał. Czemu wspomniałem o dzieciach w kukurydzy, tam też obowiązywała granica wiekowa wyznaczona przez siły wyższe. Choć znikanie przestarzałych było bardziej makabryczne ]:->

Zgrabnie napisane, czyta się szparko i nie męczy za bardzo. Postacie takie trochę płaskie i bez charakteru, nie pozostają w pamięci, nie ma się z kim zaprzyjaźnić. Czasem wręcz kibicuje się złu, bo w nim coś tkwi, zaś ci dobrzy jacyś tacy przezroczyści.  Aż się czasem cisło na usta bez serc, bez ducha, to szkieletów ludy, ale młodość jakoś nie dodawała im skrzydeł, a szkoda.

Nauczyć się zgrabnie pisać można, są robione jakieś warsztaty i studia w tym temacie. Nie można się tylko nauczyć oryginalności, to jest jeno dobra kompilacja, ale za dobrze spędzone kilka godzin dam 6/10, co mi tam, stać mnie.

Michael Grant "GONE Zniknęli Faza pierwsza Niepokój" tyt.org. "GONE" Wydawca Wydawnictwo Jaguar S.C. 2009

20 czerwca 2012

Proteusz nie Prometeusz

Prometeusz protoplasta Janosika ukradł bogatym by dać biednym. Źle się to dla niego skończyło. Tak go skuli na Kaukazie (a jak tam się skuć potrafią, to nie trzeba opowiadać), że nic dziwnego, że mu wątroba wysiadła. A teraz go jeszcze wzięli i skatowali w filmie.

Widziałem ten najbardziej oczekiwany przez wszystkich fanów Obcego film. I strasznie tego żałuję. Logiki w tym dziele za grosz nie uświadczysz, sensu jeszcze chyba mniej, ale na efekty wydano fortunę. Tyle, że same efekty filmu nie tworzą, fajnie jak jest jeszcze jakiś sensowny scenariusz.

Ile to się nie mówiło i nie pisało, że ten film wreszcie rozwiąże zagadkę Alienów. Film roku, prawie stulecia, reżyser, obsada, ach i och, co to miało nie być. To co obejrzałem, raczej nie spełnia tych obietnic.

Przed milionami lat, na niedużej kulce materii, ląduje statek obcych. Są to humanoidalni obcy. Na planetce poza nimi nie ma nic żywego, trochę skał, woda w stanie ciekłym i masa dwutlenku węgla. Tlenu jak na lekarstwo, boć nie ma roślin. Jeden z obcych wypija jakieś czarne świństwo i się rozpada wpadając do rzeki, jego dna również (i wpada i się rozpada). Dzięki temu po jakimś śmerdylionie lat wychodzi z oceanu Charlize Theron z resztą ekipy i postanawia odwiedzić tych obcych i podziękować im za stworzenie jej i reszty.
Skąd wie gdzie lecieć, bo ci co wcześniej wyleźli z tego oceanu wyraźnie widzieli gdzie poleciał statek obcych, banalne. W czasie lotu do nich, sztuczniak nauczył się ich języka w mowie i w piśmie. Jak? Co za głupie pytanie z holokaset do samodzielnej nauki "Język obcych w trzy tygodnie, kurs dla początkujących i średnio zaawansowanych" oraz "Obsługa statków kosmicznych obcych, kurs dla zaawansowanych i androidów". Dzięki temu zaraz po wylądowaniu i odnalezieniu bazy i statku obcych, bezproblemowo włącza i wyłącza holoprojektory obcych, otwiera drzwi, a nawet obsługuje komputer wielkości boiska do koszykówki. Potem czyta jak spowodować zagładę rodzaju ludzkiego za pomocą owego czarnego świństwa i wypróbowuje go na jednym ludziu. Ludź rozpadając się, spłodził z innym ludziem, tylko płci odmiennej, głowonoga. Głowonóg ów, zamknięty w sterylnym laboratorium, wyrasta na piękną i dorodną ośmiornice, która jest pierwszym twarzołapem. Dzięki ostatniemu obcemu, którego potem odnajduje Ripley wraz z załogą Nostromo, nasza dzielna ośmiorniczka robi pierwszą królową ksenomorfów. Potem wszystko wybucha, a jak wiadomo wszystko wygląda lepiej na tle wybuchów (nawet rozgnieciona przez statek obcych Theron). A ostatnia pozostała przy życiu członkini ekipy (prywatnie mamusia ośmiornicy) wraz z głową sztuczniaka odlatuje, statkiem obcych oczywiście, w nieznane i niezbadane jeszcze tereny odcinka drugiego zapewne. Uffff koniec.

To czarne świństwo dzięki, któremu powstaliśmy miało posłużyć do zniszczenia nas. Czemu, nie wiem. Ale najpierw zniszczyło prawie wszystkich obcych. Jak i czemu, tego też nie wiem. Skąd się więc wzięły alieny na ziemi przed prometeuszowej, z którymi tak dzielnie walczyły predatory, nie wiem i nie wiem czy ktokolwiek wie. 

I tak dzięki chęci zarobienia kilkuset milionów dolarów, powstał ten gniot za kilkaset milionów dolarów. Bajeranckie i efekciarskie i to wszystko co można dobrego o tm filmie powiedzieć. 5/10 na wyrost, boć to tylko dla rozrywki stworzone, nie by coś opowiedzieć czy przekazać.

"Prometeusz" tyt.org. "Prometheus" scen. Jon Spaihts i Damon Lindelof reż. Ridley Scott w głównych rolach Noomi Rapace, Michael Fassbender i Charlize Theron.

18 czerwca 2012

Złapać kradzieja

"Łapać złodzieja !" ten okrzyk elektryzuje ludzi po dziś dzień. Na przestrzeni wieków różnie radzono sobie z osobnikami łasymi na cudze dobro. W okresach wyjątkowo trudnych po prostu pozbawiano ich życia, w trochę lepszych dłoni lub ręki. Obecnie ze względu na niską szkodliwość społeczną (co moim zdaniem jest kompletną bzdurą, bo akurat w tym przypadku szkodliwość społeczna jest bardzo duża) puszcza się ich wolno, czym daje się tak-jakby przyzwolenie na drobne kradzieże.

Już Harry Harrison w swoim cyklu o Stalowym Szczurze pisał, że trzeba złodzieja żeby złapać złodzieja. Co chyba dobrze tłumaczy sukcesy policji w wyłapywaniu drobnych złodziejaszków, i całkowite niepowodzenie przy złodziejach dużego kalibru.

W świecie, który dopiero powoli podnosi się po długotrwałym konflikcie. Gdzie struktury państwowe są jeszcze słabe i mało wydolne, a prawo stanowione przegrywa z prawem pięści. Państwo gdzie za grosze można kupić wojenne sieroty i być dla nich panem życia lub śmierci, zmuszać do najpodlejszych i najgorszych robót za byle jaki dach nad głową i jeszcze gorszą strawę. Jest duże zapotrzebowanie na pracę dla Łowcy złodziei.
A i złodziej złodziejowi nie równy. Jeden kradnie cichaczem sakiewki, drugi dla tej samej sakiewki gotów jest pozbawić życia. Są też tacy, których nie interesują takie drobne kradzieże, organizują się w grupy i dokonują zuchwałych napadów. Do każdego rodzaju trzeba zastosować inne metody aby ich powstrzymać.
Tych ostatnich nie wystarczy tylko wyłapać, ale trzeba też odkryć ich metody, oraz co najważniejsze kto i jak nimi kieruje. Bandytów potraktować równą miarką, choć znacznie lepsza okazuje się zazwyczaj szabla. Tych pierwszych, tak, tych pierwszych, którzy okazali się na tyle sprytni, żeby ukraść Łowcy złodziei sakiewkę i na tyle głupi żeby przed kradzieżą podać adres swojego zamieszkania, chyba można jeszcze wyprowadzić na ludzi, albo jak się uda, na łowców złodziei.

Klasyczna przygodówka, w której mistrz i uczeń (trzeba dodać krnąbrny i wysoce nieprzewidywalny uczeń [za stary jest i zbyt niecierpliwy; jak ja; nie wiem czy zdołam go czegoś nauczyć], którego interesuje tylko machanie szabelką) mają jakąś misje do wypełnienia. Bardzo ładnie opisany i skonstruowany świat, który przemierzają. Ciekawe lokacje oraz osoby, z którymi przychodzi im wejść w interakcje. Dobrze narastająca intryga, wciągająca coraz bardziej w miarę czytania, a i błąkająca się między wierszami tajemnicza misja jaka czeka bohaterów, zachęca do zajrzenia do kolejnych tomów tej trylogii.

Mnie wciągło i pewnie kiedyś spotkam się jeszcze w świecie Łowcy, z mistrzem Syannisem i jego młodym padawanem Barrenem. 7/10 trochę na wyrost, ale z nadzieją, że się nie zawiodę.

Stephen Deas "Łowca złodziei" tyt.org. "The Thief-taker's apprentice" Wydawca Prószyński Media Sp.z o.o. 2012

16 czerwca 2012

(Nie)Przemyślane spotkania

Bardzo lubię wszelkiego rodzaju antologie. Pozwalają poznać style różnych autorów. Jedni podobają się bardziej inni mniej, co potem rzutuje na dokonywane przy zakupach wybory. Są antologie bardziej udane i takie trochę mniej. Akurat ta jakoś mi nie podeszła.

Tytuł jest nieadekwatny do składników, zupełnie jakby ciasto z serem nazwać, dajmy na to, szarlotka. Na podstawie większości opowiadań, tytuł bardziej odpowiadający zawartości winien brzmieć Spotkania w zaświatach i odmiennych stanach świadomości. Szesnaście opowiadań bardzo nierównych, a w niektórych przypadkach bardzo nie fantastycznych.

Nieporozumienie, Stefana Kota, mocno inspirowane twórczością Lema i takie bardziej retro fantastyczne. Ale zastanawiające czy android może oszaleć i czy to, że tak bardzo przypomina człowieka nie może doprowadzić do katastrofy?

Co większe muchy, Jerzego Lipki, fantastyczne opowiadanie, tylko zupełnie nie wiem co ono robi w antologii opowiadań SF. Bo fantastyczności w nim nic, a nic, a i z nauką się gdzieś rozminęło i tak właściwie to cisza jeśli nie liczyć brzęczenia co większych much.
Glebro, albo jasna dziura, tego samego autora też tak bardziej do życia po życiu pasuje, ale czyż religie i wiara w różne systemy jakie one prezentują nie jest w jakimś stopniu fantastyczna. A jak podeprzemy to jeszcze pseudofilozoficznymi rozważaniami, to i za naukowe owo opowiadanie wziąć możemy.

Nieobecność, Michała Markowskiego, może to nie lekarzom udaje się uratować kogoś będącego już po tamtej stronie, co potem nazywa się śmiercią kliniczną, tylko determinacja i chęć życia, oraz niedokończone sprawy powodują powrót klientów mrocznego kosiarza do tego łez padołu?

I nastała noc, a potem poranek, dzień pierwszy, Tadeusza Markowskiego, jest fragmentem powieści Umrzeć, by nie zginąć. Z wyprawy, po której nie zostały praktycznie żadne wzmianki, poza ostatnim radiogramem o jakiejś awarii, po trzech tysiącach lat wraca zaginiony kosmolot. Dla kogo relatywizm czasu okazał się bardziej okrutny i czy ludzie przyszłości, to jeszcze ludzie?

Arsenał, Marka Oramusa (fragment), kosmos jest jeszcze praktycznie niepojęty. Ale ludzka ciekawość pcha nas aby zbadać jego tajemnice. Wypuszczamy się coraz dalej w mroczne przestrzenie nie mając pojęcia co nas tam czeka. A czeka cierpliwie już od kilku tysiącleci. Tylko czy my jesteśmy gotowi na poznanie wszystkich tajemnic?
Eutanazja drugie opowiadanie Oramusa cywilizacja coraz bardziej ingeruje w naturalne środowisko. Być może w odległej (mam nadzieję, że nie) przyszłości przestanie ono istnieć całkowicie. Czy człowiek przyszłości, który zobaczy co straciliśmy w swym niepohamowanym ekspansjonizmie, będzie chciał dalej żyć w szarej, brudnej i dusznej rzeczywistości?

Oni, Zbigniewa Pietrzykowskiego, są wśród nas, a tak właściwie, to my jesteśmy wśród nich. Ziemia jest biologicznym komputerem obcych (ale to nie są myszy tym razem) i co jakiś czas, któryś z elementów przenosi się do podręcznego kalkulatora. Problem się zaczyna gdy się taki jeden element zapętli.
Powrót, tegoż autora, jest jak wiadomo trudny. Tym trudniejszy, jeśli zamiast tego kogoś kogo wysłaliśmy, wraca coś, co miało mu tylko służyć pomocą.

Bramy szaleństwa, Bogusława Woźniaka, potrafią się otworzyć w iście Dickowskim stylu. Naukowcy eksperymentujący na sobie nie są nowością. Chyba, że zrobili to zupełnie przypadkowo, zaś maszyna, którą konstruowali, zadziałała w zupełnie odmienny sposób od zamierzonego. Zamiast leczyć, pchnęła ich w odmęty szaleństwa. Czy uda im się wydostać z koszmaru jaki sami sobie zgotowali?

Koloryt lokalny, Andrzeja Ziemiańskiego, gdy długo patrzysz w ciemność, w końcu ciemność spojrzy się na ciebie. Ludzka technologia jest zawodna i nie ma co tu się krygować. W przyszłości pewnie nie będzie dużo lepiej. I przez jakąś głupią usterkę człowiek może się stać zabawką w czyichś nibynóżkach, choć miało być zupełnie odwrotnie.
Zakład zamknięty, tegoż, też bardziej pasuje do podręcznika psychologii niźli do antologii SF. Jest to finał tego eksperymentu tylko przeprowadzonego na ludziach. Dopiero ślepiec pozwolił dostrzec niektórym, że to jakoś nie trzyma się kupy.

π=3,13, Andrzeja Zimniaka, ukazuje, że wszystko podlega ewolucji. Nie tylko istoty żywe, ale prawa fizyki i sama materia też. Co się stanie z człowiekiem, kiedy węgiel przestanie się utleniać?
Wędrowiec, drugie opowiadanie Zimniaka, znów takie mało fantastyczne. Pionierstwo, chęć oderwania się od cywilizacji, a jednocześnie podświadome pragnienie bycia cząstką jakiejś większej społeczności drzemie w nas cały czas. Niektórym udaje się to urzeczywistniać, budując kolejne społeczności i odchodząc znów na niezdobyte jeszcze tereny.
Zręby władzy, trzecie i ostatnie opowiadanie Zimniaka, jak wiemy silniejsi i mądrzejsi żądzą tymi gorszymi (to znaczy, tak byłoby całkiem w pytkę, ale jak wiemy rzeczywistość jakoś rozmija się z teorią dość często). W temperaturach bliskich zeru absolutnemu, niektóre materiały stają się nadprzewodnikami. Może hibernowany człowiek staje się nadczłowiekiem? A jeśli taki nad może wpływać na takich zwykłych, to może jest ktoś lub coś co może wpływać na tego nad?

Lustro, Andrzeja Żelaznego, cały czas poszukujemy i próbujemy skontaktować się z innymi cywilizacjami. A co jeśli one też spróbowały skontaktować się z nami, tylko ich przekaz dotarł w złym czasie, w złe miejsce i do zupełnie nieodpowiednich ludzi? 

Zbiorek wyjątkowo nierówny, czasami nie fantastyczny, a jednak dość ciekawy. Z mojej strony zwłaszcza za Oramusa 6/10. Jak zwykle krótkie notki o autorach, bardzo fajna sprawa.

Spotkanie w przestworzach 4 antologia młodych '80 Wybór i opracowanie: Elżbieta Solak i Andrzej Wójcik Wydawca Krajowa Agencja Wydawnicza 1985

13 czerwca 2012

Polska dola, Polska dola ...

Oglądam tak jednym okiem, to największe sportowe wydarzenie odbywające się w naszym kraju i chcąc-nie chcąc kibicuje tym naszym patałachom.

Ale ja chcę tylko napisać, że bramki w ostatnim meczu grupowym (oby nie ostatnim na zawodach) powinien bronić Przemysław Tytoń. Gdyby nie on, panie selekcjonerze, to na mecz z Czechami moglibyśmy wyjść i sobie pograć w kierki, a dzięki niemu mamy jeszcze jakieś iluzoryczną szansę na wyjście z grupy. Po pierwsze, posprzątał bałagan jaki zrobił nieszczęsny Szczęsny w meczu z Grecją i uratował ten jeden punkt, który jest teraz na wagę złota. Po drugie, w meczu ze сборная okazał się cztery razy lepszy od Petra Čecha, który jest uznawany za jednego z najlepszych bramkarzy na tych mistrzostwach. Dzięki temu i przy minimalnej skuteczności napastników, znowu udało się zdobyć jeden punk. Dzięki tym dwóm punktom, jeśli wygramy z Czechami wychodzimy z grupy.

Jeśli wystawisz pan, panie selekcjonerze, tego swojego pierwszego, to nie tylko okażesz się pan niewdzięcznym zadkiem. Ale w przypadku przegranej z Czechami spowodowanej najmniejszym błędem nieszczęsnego pierwszego, będziesz pan mógł być selekcjonerem, co najwyżej jajek na jakiejś kurzej fermie. Ludzie widzieli kto schrzanił w pierwszym meczu i kto naszych wybronił i ci nie wybaczą. Co prawda jeśli dzięki jego umiejętnościom (obroniłby strzał nie do obrony) byśmy wygrali, to chodziłbyś w glorii i chwale, ale na to bym za bardzo nie liczył. Za to jeśli nawet Tytoń coś spaprze, to ludzie, aż takiej złości mieć nie będą. Oczywiście będzie narzekanie i sarkanie ale rozejdzie się po kościach. 
Dlatego dla własnego dobra, a może i dla naszego, postaw i niech na bramce stoi Tytoń (mimo jego szkodliwości i nałożonych nań podatków).

ps. Zastanawiające jest, że sponsorami europejskiej zabawy z piłką są amerykańskie koncerny: napoi i żywnościowy, koreańskie koncerny samochodowe i japoński koncern elektroniczny. Im się to opłaca, a europejczykom nie?

6 czerwca 2012

Złe zło złem źli?

Właściwie ciężko jest napisać o książkach Zajdla coś czego ktoś inny by już nie napisał i nie opowiedział. Zapewne powstało już wiele prac magisterskich, a może nawet doktorskich na temat jego twórczości. Moje zdanie więc, będzie można podmieść pod dywan i nie przejmować się nim, na szczęście.

Wiadomo kiedy powstawały powieści Zajdla i czego dotyczyły. O czym w takim układzie pisałby autor jakby nie ta sytuacja. Ogólnie czas "zniewolenia" obfitował w powstawanie dzieł kultowych i to nie tylko z zakresu literatury, ale i filmu i muzyki. Zamordyzm naszego okupanta w dziedzinie kultury był więc chyba błogosławieństwem, patrząc na miałkość i bylejakość obecnie powstających produkcji. To, że mieszał się w politykę i gospodarkę było oczywiście niezbyt dobre, ale czy teraz za "wolności" jest lepiej? Czy przypadkiem nie wyszliśmy z cienia w ciemność.

Ta książka okazuje się być ponadczasowa. Zmienił się tylko kolor mrówek. Nie są już czerwone, teraz mają bardziej niebieskawy odcień, choć miejscami przebijają czerwone paski. Nadal dostajemy przestarzałą technologię za cenę pełnowartościowego towaru, plus mgliste i niespełnione obietnice. Przez kogo innego jesteśmy uważani za wasala, którego nie warto przepraszać, ani tym bardziej wpuszczać na salony, można co najwyżej wyrazić ubolewanie i trzymać na smyczy w przedpokoju, bo za niewielkie profity całkiem nieźle gryziemy. Podobnych przykładów można by mnożyć i niewiele by to zmieniło, bo już chyba tak się przyzwyczaiły nasze elity do włażenia komuś w d***, że nie potrafią bez tego żyć, albo może nie mogą?

Kurcze, przydałby się nowy Zajdel, który z umiejętnością starego, opisałby naszą obecną sytuację. Tylko czy przy "braku" cenzury, ktoś odważyłby się go wydać, i czy my, zmęczeni ciągłym biegiem za wszystkim jeszcze mielibyśmy siłę go czytać i zrozumieć? Czy nie kiwnęlibyśmy głową, mrucząc ma rację, jadąc z pracy na chałturę coby dorobić parę groszy na tego nowego kindla, telewizor czy wymarzone wakacje w Lądku zdroju.

Jako, że jest to chyba tylko niewprawna wprawka przed napisaniem Limes inferior, to tylko 5/10 ale warto przeczytać i przemyśleć, czy humanizm i humanitaryzm nie jest przypadkiem zbyt nieludzki?

Janusz A. Zajdel "Wyjście z cienia" Wydawca Wydawnictwo Literackie 1990

4 czerwca 2012

Absmak letnią porą

Wstyd się przyznać ale zeżarłem pół blachy bezy (znaczy blacha jest nienaruszona, znikła tylko połowa bezy na niej upieczona). Ja wiem, że to lekka (pocieszam się, wiem) przesada, ale nie mogłem się powstrzymać, no łasuch ze mnie przeokrutny. Przesłodziłem się i teraz mam w paszczęce taki absmak, że uch. Nic nie pomaga, nawet ogórek kiszony. (Jakby ktoś miał sposób na taki absmak spożywczy, poza oczywiście rewelacyjną radą coby się tak nie obżerać, to ja chętnie bym poznał).

Podobny absmak tylko psychiczny, miałem po przeczytaniu tej książki. Bynajmniej nie z powodu słodyczy. Powodem były wstawki, które w pierwszej części były tylko trochę idiotyczne, rwące klimat, czasami wręcz śmieszne i zupełnie niepasujące do ciężkiego kryminału. To tym razem autor tymi wstawkami przekroczył granice dobrego smaku, mojego dobrego smaku (komuś się to może spodobać, ale ja nie chciałbym poznać tych osób). Zupełnie też nie mogę zrozumieć po co autor to zrobił, bo pisze całkiem niezłe, klimatyczne opowieści policyjne. Te wstawki nie tylko, że niszczą ten klimat, to jeszcze w tym przypadku spowodowały, że nie mam najmniejszej ochoty zapoznawać się z kolejnymi dziełami pana Monsa. Żerowanie na psychice uważam za bardzo niskie, za chęć wywołania taniej sensacji, nie oglądając się na szkody i krzywdy jakie to może wyrządzić. Po przeczytaniu pierwszej wstawki, nie mogłem uwierzyć, że ktoś coś takiego mógł napisać, potem, że to zostało wydane, a jeszcze później, że nie ciepłem książką (może to wynikać z mojego szacunku dla książek, ale ...) i nie zacząłem robić czegoś bardziej konstruktywnego. Przeczytałem, ale są to dwie książki w jednej, druga i ostatnia tego autora, jaką przeczytałem.

Co dostajemy poza tą abominacją? Jest to znowu klimatyczna opowieść policyjna o seryjnym mordercy. Nerwowa narracja, która i tym razem nie pozwala się skupić i powoduje takie wewnętrzne rozedrganie czytelnika, prowadzi przez meandry śledztwa. Śledztwa, które właściwie nie ma żadnych tropów, jest prowadzone prawie po omacku. Do tego jeszcze jest okres urlopowy, braki kadrowe i tym razem potworny upał (o ile mróz i zimę autor opisał świetnie, to lato mu trochę nie wyszło, zapomniał o zapachach). Jest też dramat głównej bohaterki. Finałowy pościg, czego nie było w pierwszej części, też całkiem nieźle oddany, połykałem wręcz strony. I w samym finale znowu zonk, nic, może poza czołgiem ale raczej też nie, nie powstrzymałoby, choć na sekundę, matki (tym bardziej policjantki) stojącej przed drzwiami, za którymi mordowane jest jej dziecko. Weszłaby i wystrzelałaby wszystko, nie bacząc na konsekwencje, nad nimi zastanowiłaby się, kiedy iglica stuknęłaby o pustą komorę nabojową w pistolecie.

I tym bardziej niezrozumiały jest dla mnie ten trupi wątek. Jakby autor źle pisał, to potrzeba wywołania taniej sensacji i kontrowersji wokół książki, byłby łatwiejsza do pojęcia. A tak, pojąć nie mogę po co on to zrobił i raczej już pewnie się nie dowiem.

Tym razem jedna ocena 5/10, dałbym mniej, ale sumienie mi nie pozwala, bo sam kryminał jest niezły, bardzo realistyczny.

Mons Kallentoft "Śmierć letnią porą" tyt.org. "Sommardöden" Wydawca Dom Wydawniczy REBIS Sp.z o.o. 2010

2 czerwca 2012

Wsi spokojna, wsi wesoła

Są książki, które się czyta jednym tchem (pod warunkiem, że się umie wstrzymać oddech na co najmniej cztery minuty, a książka jest bardzo cienka). Ja jednak zazwyczaj czytam okiem (a właściwie oboma i przynajmniej jedną ręką). Są jednak książki, które chciałoby się i czytać i oglądać i .. i ... nie wiem co jeszcze ale z chęcią jeszcze jakiś zmysł by się do tej przyjemności włączyło, żeby żaden nie był stratny. Tak jest z większością książek Terryego Pratchetta (czy jak to się tam odmienia), a jak na razie, ze wszystkimi, które opowiadają o świecie Dysku.

Książkę wygrałem w konkursie, tak trochę nieprawidłowo, bo proszono o wymienienie ulubionej książki i bohatera. Ale co ja biedny żuczek miałem zrobić jak lubię je wszystkie i większość osobników plączących się po ich kartach. Bo i krasnoludy w tym kapitana Marchewe  (który tak do końca nie jest krasnoludem ale przecież to wiecie) i wiedźmy z ciut wiedźmą na przedzie, i Nac Mac Feeglów z Szalonym Ciut Arturem, i ŚMIERĆ, i Bagaż, i nawet ludzi, a już zwłaszcza Dwukwiata i komendanta Samuela Vimesa. Nie wymienię wszystkich nacji i osób (a właściwie osobników płci obojga, oraz zmiennej powierzchowności) bo zajęło by to zbyt dużo miejsca. Dzięki tej książce polubiłem jeszcze gobliny, bo o nich właśnie ta książka jest (a znając Terryego, to tylko wierzchołek góry lodowej, o ile na świecie Dysku pozostały jeszcze jakieś nie spożyte góry lodowe).

Sir Pratchett przyzwyczaił nas do tego, że jego książki poza treścią, która jest coby dużo nie pisać doskonała. Lekka z dawką znakomicie podanego, wysublimowanego (ale i jakże prostego w odbiorze) humoru i  ironii (a może chodziło o aronię, ale chyba nie). Doskonale poprowadzonych dialogów i rozmów z większą ilością dyskutantów. Zawiłej i wciągającej w nurt przygód intrygi. Dodaje jeszcze bardzo wyraźny i bardzo ważny przekaz, włożony między linijki tekstu. Mi jeszcze dodatkowo bardzo podoba się nieortodoksyjne podejście autora do prawa i sprawiedliwości. Coś jak u Pawlaków i Kargulów sąd sądem, a sprawiedliwość musi być po naszej stronie. Tylko u Vimesów z dziadkowej kuszy, to bełt wylata.

Tym razem na warsztat trafił rasizm i niewolnictwo (które jakoś się wiążą ze sobą, najczęściej łańcuchami). Jako, że temat sam w sobie jest bardzo ciężki i mroczny, powieść ta nie ocieka humorem (acz wcale nie jest go mało, jest tylko delikatniejszy i podany z większym wyczuciem) jak dotychczasowe. I muszę przyznać, że autor zrobił to doskonale, chapeau bas panie Pratchett, chapeau bas.

Nie mogę się też powstrzymać, żeby nie wspomnieć o kupkach. Jakieś przeczucie miałem na targach, że w najbliższym czasie, kupa będzie się w jakiś sposób przewijać przez moje życie, i sprawdziło się. Filatelistyka, to zbieranie znaczków, filumenistyka, to zbieranie innych skrawków papieru (nie toaletowego) jak nazwać kolekcjonowanie odchodów? (tylko nie podejrzewajcie mnie o takie, dość dziwne hobby, ja zbieram książki, które i tak zajmują sporą część mojego mieszkania, na odchody słonia miejsca bym nie znalazł, choć do Zoo mam niedaleko)

Czytając bawiłem się setnie, ale i chęć mordu też gdzieś się przemykała po zwojach. Jak dla mnie 9/10 i nieustająco wielkim fanem twórczości jestem.

Terry Pratchett "Niuch" tyt.org. "Snuff" Wydawca Prószyński Media Sp.z o.o. 2012