31 maja 2012

Zadra bzdurna

W 2001 roku odszedł był od nas Robert Ludlum. Nieutulonym w żalu pozostawił kilkadziesiąt thrillerów sensacyjnych, a wśród nich trylogię o nietuzinkowym agencie CIA Jasonie Bournie. I trzeba przyznać, że sam pomysł na tajnego agenta, który w wyniku postrzału traci pamięć był także nietuzinkowy. Nic dziwnego, że trylogia została zekranizowana, a pierwszy tom nawet dwukrotnie.
Nie dziwi mnie też więc to, że znalazł się epigon, który pisze kontynuacje losów Bourne.

Co mnie zatem dziwi? To, że ów epigon chyba nawet nie przeczytał pierwszych trzech części zanim zaczął ową kontynuacje. Jeśliby to zrobił, nie musiałby nas usilnie przekonywać, że Borne wyszkolonym agentem jest (a potem, nie wiedzieć czemu, sam sobie treścią książki zaprzecza). Bourne jakiego pamiętam z Ludluma, to doskonale wyszkolony agent, który mimo utraty pamięci, błyskawicznie kojarzy fakty i dzięki temu udaje mu się dotrzeć do prawdy i unikać pułapek. U epigona ten sam agent, zostaje raz po raz wywiedziony w pole przez terrorystów, ładuje się w zastawione na niego pułapki, z których udaje mu się wychodzić cudem i to przy udziale i pomocy osób trzecich (a niekiedy nawet zwierząt). Co chwila ktoś robi sobie z niego worek treningowy albo stojak na noże, ale nie w finale. W finale okazuje się, że Bourne to połączenie umysłu Holmesa z umiejętnościami walki Bruce Lee (który jak wiadomo jako jedyny pokonał strażnika teksasu [tylko nie pytajcie, którego, tylko jeden człowiek zasługuje na to miano]), nieustępliwości 007 i wytrzymałości Terminatora. Umiejętnościami makijażu i gry aktorskiej zawstydziłby niejednego zdobywce Oscara w obu tych kategoriach. Jakby wdział pelerynę i slipy wciągnął na spodnie, to nie odróżnilibyście go od supermana.

Za tym wszystkim ciągną się wierutne bzdury i kompletne nielogiczności. Człowiek z przestrzelonym kręgosłupem szyjnym nie jest w stanie poruszyć czymkolwiek poza mięśniami twarzoczaszki, a co tu mówić o poruszaniu rękami. Wybuch kilkudziesięciu kilogramów plastiku, przerabiający wóz opancerzony na lej po bombie, nie wyrządza większych krzywd osobom jadącym obok tego wozu na motocyklu. Sama fala uderzeniowa by ich zabiła, nic nie mówiąc o latających odłamkach. Natomiast strzał z pistoletu przy głowie agenta spowodował tak rozległe uszkodzenia organów wewnętrznych, że nie było szans na ratunek. I takie brednie można by mnożyć, tylko po co?

Ja tej książki nie przeczytałem, ja ją zmęczyłem. Tego nie warto polecać nawet fanom Jasona Bourne, bo przestaną być jego fanami. Czym zgrzeszył Ludlum, że ktoś tak profanuje jego spuściznę? 5/10 to jest maksimum ile ze mnie można za to wycisnąć. Jedyne co jest prawdziwe w tej książce to tytuł, zdradzono cie Bourne i to wyjątkowo perfidnie.

Eric van Lustbader "Zdrada Bourne'a" tyt.org. "The Bourne Betrayal" Wydawca Wydawnictwo Amber Sp.z o.o. 2007

27 maja 2012

Hej przeleciał goły grubasek poprzez szwedzki lasek

Na okładce jako reklama zapisana wypowiedź jakiegoś krytyka literackiego - Nie zawracajcie sobie głowy Stiegiem Larssonem, Kallentoft jest lepszy, ale to nie jest prawda. Nie jest ani lepszy, ani gorszy, jest inny, bardzo inny.

Zaczynasz czytać, narracja jest neurotyczna, nerwowo rozdygotana, wręcz psychotyczna. Przeskakuje gwałtownie, z myśli na myśl, z osoby na osobę. Trzeba uważać, bo przeskoki często zgrane są ze stronami, jesteś tu, przewracasz kartkę i jesteś gdzie indziej... WTEM czytasz rozważania z mniemanologii nad wyższością wiszenia na znacznej wysokości i widoku jaki się roztacza, prowadzone przez wisielca (sic?!). Ale czytasz dalej, zaczynasz wczuwać się w rytm, wiecie jak to jest. Przestają przeszkadzać obcojęzyczne nazwiska i dość dziwne imiona (swoją drogą ciekawe jak Szwedzi poradziliby sobie ze Grzegorzem Brzęczyszczykiewiczem z Chrząszczyżewa powiat Łękołody). Łapiesz co i kto myśli, gdzie jesteś i po co? Udzielać się zaczyna taki nerwowy klimat jaki wywołuje ta chaotyczna narracja. Zaczynasz nawet, mimo dwudziestu kilku stopni ciepła, odczuwać paraliżujące zimno w jakim toczy się dochodzenie i WZIUUUUU przeleciał nagi martwy tłuścioch cieszący się z lekkości lotu.
Co to jest do jasnej cholery, ja się pytam? Co to za idiotyczne i zupełnie zbędne (to jest moje zdanie i nikt nie musi go podzielać) wstawki z rozważań nieboszczyka nad życiem po zgonie i radości z tego płynącej? Po co to jest zrobione, bo papra to całkiem dobry, a mogę śmiało powiedzieć, że świetny kryminał? Dla rozgłosu, dla wywołania jakiejś wątpliwej sensacji. Jak dla mnie jest to klasyczny strzał w stopę. W moich oczach z dobrego kryminału zrobił się jakiś cienki horror/paranormal, ni pies, ni wydra takie uj wi co.

Jak pominąć te wstawki, o wyższości życia po śmierci nad nudną i pozbawioną radości egzystencją żywych, dostajemy klimatyczną powieść policyjną. Świetnie zobrazowane frustracje detektywów, gdy kolejne tropy wiodą na manowce. Bezsilność gdy kończą się poszlaki i w końcu zniechęcenie, a jednocześnie, bolesna wręcz, potrzeba wyjaśnienia zagadki. W tle ale jednak przebijające się prywatne życie zespołu śledczego. I ten cholerny mróz, przesączający się ze stron książki do cieplutkiego w ostatnich dniach pokoju. Trzeba przyznać, że Mons posiada dar obrazowania słowami.

Znowu wystawię dwie oceny, czytane bez wstawek warte jest 8/10, ze wstawkami zaledwie 6/10. Polecam po prostu omijać większe partie tekstu pisane kursywą (to te wstawki), nic się nie traci, a wręcz przeciwnie, zyskuje się na klimacie, a jak ktoś ma maniakalną potrzebę przeczytania całości, to zaznaczać i przeczytać hurtem, po zapoznaniu się z kryminalną stroną książki.

Mons Kallentoft "Ofiara w środku zimy" tyt.org. "Midvinterblod" Wydawca Dom Wydawniczy REBIS Sp.z o.o. 2010

ps. Na śmierć zapomniałem o polskim akcencie, nasze panie są postrzegane jako doskonałe sprzątaczki. Jakby co możecie drogie panie powoływać się na pana Monsa, wystawił wam znakomite referencje.

21 maja 2012

O czym myślałeś, kiedy myślałeś, że ja myślę, o czym myślisz?

Moja mózgownica i wszystkie przeczytane książki jakie do niej trafiły, przypomina (obecnie) trochę port dla starych wysłużonych statków, gdzie stoją one na luźnych cumach. Fale i pływy spowodowały, że niektóre z nich zderzyły się ze sobą i teraz tkwią takie poplątane, powszczepiane w siebie. Niektóre z nich zatonęły i wiem, że gdzieś tam są, tylko nie mogę ich wyciągnąć z odmętów przez tą plątaninę na wierzchu.
Cały czas czytając tą książkę miałem wrażenie, że coś bardzo podobnego już miałem przed oczami, ale nie dałem rady wydobyć z tego wrażenia co to było. W sumie jest to podobne do kilku innych powieści i filmów jakie czytałem i widziałem. Trochę w podobie do cyklu Żebraczego Nancy Kress, trochę do powstawania Fundacji Asimova. Czerpali też z tego chyba autorzy X-menów i 4400. I tak mi się to wszystko poplątało, że nie dociekłem co mnie uwierało podczas czytania (może jeszcze sobie przypomnę, to wspomnę).

Powieść składa się z czterech powiązanych dość luźno ze sobą opowiadań i otwiera cykl Pegaza. Część z nich powstała w 1969 roku, reszta (zapewne wiążąca te wcześniejsze) jak i sama powieść w 1973 roku. Ale nie poczujecie tego, telewizja 3D, video połączenia, komputery z programami analitycznymi, skąd ona wiedziała? Trochę dziwny jest tylko świat, który jest otoczką wydarzeń. Wszyscy latają helikopterami, zawody są licencjonowane, związki zawodowe praktycznie rządzą. Tylko politycy i prawnicy są tacy jacy są.

Chciałoby się uwierzyć w tą idylliczną wizję, że homo sapiens superior nie będzie chciał zawładnąć zwykłym ludziem. Ba wręcz przeciwnie, będzie chciał mu pomóc, w walce z żywiołami, katastrofami, przestępczością czy po prostu z tym z czym sobie taki zwykły ludź nie radzi. Ale tak mi się wydaje, że posiadanie jakiegoś Talentu, jak telepatia, teleempatia, telekineza, prekognicja czy inne jeszcze nie wykryte, nie wpłyną znacząco na inteligencję, mądrość czy samoświadomość tych super jednostek.

Dość długo się zastanawiałem jaką notę dać tej powieści z opowieści, boć fantastyczna jest ta wizja, aż do nierealności. Z drugiej jednak strony wiele z tych futurystycznych (podówczas, kiedy było to pisane) wizji jednak się urzeczywistnia. Zdecydowałem się więc dać 7/10, może jednak nie będzie tak źle jak, to takim malkontentom i czarnowidzom, jak ja się wydaje, że być powinno.

Anne McCaffrey "Ujeździć Pegaza" tyt.org."To ride Pegasus" Wydawca Dom Wydawniczy REBIS 1995

18 maja 2012

To jeszcze nie End ery Endera

Byłem w wojsku, właśnie tak, nie w armii tylko w wojsku. Co mi to dało, tyle co pobyt na fermie kurczakom przed wysłaniem ich do KFC. Już przed wojskiem wiedziałem, z której strony karabinu stać, coby się otwornicy nie nabawić lub śmiertelnego zatrucia ołowiem. Za to w jednostce do perfekcji opanowałem mycie podłogi na czas i pastowanie lamperii w kółka za pomocą szczotki. Ze strzelaniem trochę gorzej, bo przez cały mój szlak bojowy dostałem i wystrzelałem 5 (napiszę jeszcze, bo w cyferkę może nikt nie uwierzy, a więc PIĘĆ) naboi, większość trafiła w tarczę. O jakimkolwiek szkoleniu w walce czy taktycznym mogliśmy sobie tylko pomarzyć. Miałem o tyle dobrze, że trafiłem do kompani saperskiej, dowiedziałem się więc trochę o minach i materiałach wybuchowych, oraz dali mi zdetonować kawałeczek trotylu i to wszystko.
Nie dziwcie się więc, że Gra Endera przeczytana w odcinkach w Fantastyce zrobiła na mnie tak niesamowite wrażenie. Nie dość, że była to fantastycznie fantastyczna i kompletna w każdym szczególe powieść, to przemawiała do wyobraźni podówczas jeszcze dość młodego człowieka rozczarowanego przygodą z polskim wojskiem. Zatonąłem więc w uniwersum GE i wcale nie mam ochoty wypływać. Czytałem wiele malkontenckich wypowiedzi, że Cień Endera to wtórne i nic nie wnoszące nowego, że to tylko chęć zarobienia jeszcze paru dolców na tej samej historii. A ja z chęcią przeczytałbym to jeszcze raz, widziane oczami Petry, Kant Zupy, Salai i innych "żołnierzy" jeshu Endera.

Na targach książki odbywających się niedawno, zakupiłem sobie Endera na wygnaniu i tylko silnej woli zawdzięczam to, że czytanie jej zajęło mi aż pięć dni choć liczy ona sobie zaledwie czterysta stron, kuso. Zapewne jeszcze kilka lat temu nie umiałbym się powstrzymać i pochłonąłbym ją w jeden wieczór, żałując poniewczasie, że zrobiłem to tak szybko. I tak żałuję, że to tylko pięć wieczorów w jego świecie.

Jako, że to taka wstawka pomiędzy, zrobiona chyba tylko na życzenie fanów,  jest potraktowana dość ogólnikowo, bez tych szczególików, które tworzyły taką smakowitą atmosferę w pozostałych częściach. Mimo tego książka jest świetna, domyka niektóre wątki, niektóre rozpoczyna, pokazuje w jaki sposób nastąpiło przeistoczenie chłopca w mężczyznę i żołnierza w mówce umarłych.

I właśnie ten fragment mnie niepokoi. Skąd formidzi wiedzieli, że Ender wyląduje właśnie na tej planecie i przez absolutny przypadek trafi na budowle wzorowaną na grze myślowej, gdzie odnajdzie kokon. To jedno jest takie troszeczkę naciągane, chyba, że w kolejnej (mam nadzieje, że będą kolejne) części okaże się, że na wszystkich sformidoformowanych planetach jest taka budowla, w której jest kokon.

Cóż pozostało tylko czekać na kolejne Endery, na film który zaczęli kręcić w lutym (Hyruma gra Han Solo), czytając po raz n-ty te które już stoją na półce. Jak dla mnie mimo, że to tylko taka zaklej dziura 9/10 i polecam, choć pewnie nie muszę.

Orson Scott Card "Ender na wygnaniu" tyt.org. "Ender in exile" Wydawca Prószyński i S-ka 2010

13 maja 2012

Daj, czegoć nie ubędzie, byś nawięcej dała się sprawdza

Pomagałem dziś portalowi lubimyczytać.pl w akcji Z półki na półkę jako wolontariusz (przynieś, podaj, pozamiataj). Miało być nas (mówię o wolontariuszach) kilkoro, ale poza mną zjawiły się jeszcze tylko dwie osoby. I plujcie sobie teraz w brodę (tym razem mam na myśli tych, którzy nie przyszli) straciliście fajną koszulkę, i okazję zdobycia kilku książek górką. Ja z wymiany mam Teorie ostateczną Mark Alpert, Ujeździć Pegaza Anne McCaffrey i GONE Faza pierwsza Niepokój Michael Grant, a od lubimyczytać.pl dostałem dwa Kallentofty nowiutkie. Jesteście więc do tyłu.

Dostałem za zadanie roznoszenie książek przynoszonych i eleganckie rozkładanie ich po stołach, przez moje ręce przeszła więc co najmniej połowa książek jakie przynieśli ludzie chcący się wymienić. I połowa (około, bo nie liczyłem) przyniosła bardzo ciekawe pozycje. Miałem w rękach nawet Atrament z cyklu Uczta wyobraźni, kilka sztuk książek Zafóna, a i innych sporo perełek się trafiło. Podejrzewam, że w drugiej połowie było podobnie. Ale byli też cfaniacy i spryciaże (błędy zamierzone) którzy przynosili jakieś poradniki "Jak być przekonującym", ale nie działające, bo nas jakoś nie przekonali. Były też książki tak zniszczone, że ja bym się wstydził pokazać, jakbym tak traktował książki. Jakieś wydawnictwa branżowe się trafiały, może i znanych firm, ale nie bardzo chcieliśmy się z nimi zapoznawać. Słowniki akademickie, plany miasta (ja widziałem Barcelonę), jakieś poradniki religijne jak się zbliżyć do boga, la boga ludziska wyraźnie było napisane (co dla ponoć lubiących czytać powinno być wyznacznikiem), że tego nie przyjmujemy, ale i tak budziło to powszechne zdziwienie. Sporo też przyniesiono książek, których ludzie chcieli się po prostu pozbyć, a my musieliśmy je przyjąć, nie dziwcie się więc, że pod koniec wybór był raczej marny dość, to nie nasza wina. Były też bardzo pozytywne akcenty, kilka osób przyniosło multum książek (w bardzo dobrym stanie i ciekawe pozycje) wiedząc, że w zamian będą mogli zabrać tylko trzy, ale chcieli się po prostu podzielić tym czego już czytać nie będą, WIELKIE DZIĘKUJĘ ode mnie dla Was.

Spodziewałem się większej frekwencji, ale podejrzewam, że ta (i tak dość spora) dość nieduża jak na tak duże miasto liczba osób, chcących się wymienić, była spowodowana wymogiem kupna biletu na targi. Może w przyszłym roku zrobić tą akcję na kiermaszu, który odbywa się na Powiślu (w tym roku jakoś pod koniec maja) tam wejście jest za darmo, tylko musielibyśmy zdobyć jakiś większy namiot :)

Było fajnie, żałuję, że nie wziąłem aparatu fotograficznego, ale nie wiadomo był jak będzie z rzeczami osobistymi, a latać z tymi książkami i z aparatem na szyi jakoś mi się nie uśmiechało, ale pewnie na portalu lubimyczytać.pl jakieś zdjęcia się pokażą. To ten tłusty starszy gościu z mózgiem na brzuszku, to ja ;-D

11 maja 2012

Kupą na targi mości panowie, kupą, kupy nikt nie ruszy

Byłem ja ci na targach książki co to się odbywają obecnie w stolycy. Jak jest na targach mówić nie trzeba bo na takich lub innych, czy to jako wystawiający, czy jako oglądający, większość była. Tu towarem jest książka (obecnie wielopostaciowa, bo to i audio i e i papierowe, tekturowe, plastikowe), komiks, gry fabularne i planszowe, żarcie, papier (nie kojarzcie z żarciem, nie toaletowy ale taki na którym można książki drukować), usługi poligraficzne, czytniki e-boków i akcesoria do nich. Można tu jeszcze upolować autografa, jeśli ktoś na takie rzeczy poluje.

Nic więc nadzwyczajnego, choć w niektórych miejscach ślina mi prawie z brody kapała. Ale, że z pustego to i salami nie naleje, mogłem więc tylko sobie popatrzeć i zapamiętać czego na wyprzedażach i kiermaszach taniej książki w przyszłości szukać.

Zrobiłem też nalot na stoisko lubimyczytać.pl, dzięki nim czasem mogę poczytać całkiem nowe nowości.
Choć pewnie teraz mają mnie tak dość, że przez długi czas nie uda mi się wygrać w żadnym konkursie.
 Przypominam lub informuję, że w niedzielę na targach odbędzie się Z półki na półkę, wielka wymiana książków, start o 13, można przynieść maksymalnie trzy książki. I ja tam będę i coś sobie wymienię, bo jakoś mnie strasznie diody w lewym boku uwierają.

Jako, że stoiska są jakie są, książki też już widzieliście, czytnik e-booków za tysiąc sześćset i kilkadziesiąt jeszcze złoty jest pewną ciekawostką, ale nie taką, żeby mu zdjęcia robić, to zastanawiałem się coby tu pstryknąć i w końcu znalazłem, to było to, co warto uwiecznić dla potomnych.




Autorzy tekstu i ilustracji
Mam tylko teraz taką cichą nadzieję, że nie znajdzie się żaden oszołom, który stwierdzi, że zakładanie pieluch dzieciom, to znęcanie się nad nimi i ograniczanie ich artystycznych możliwości.

8 maja 2012

Tak mi jakoś przeleciało

Czemuż ach czemuż, żeby w światach fantastycznych przeżywać przygody, to trzeba być pięknym (lub przystojnym przynajmniej i postawnym), młodym (ciężko znaleźć kogoś po trzydziestce) i najlepiej bogatym (albo szlachetnie urodzonym). Taki stary, niezbyt urodziwy, i nie za bogaty człeczyna jak ja, to się może przygodnie, co najwyżej rozwolnienia nabawić. A wtedy dobrze jest mieć co poczytać jak się przymusowo spędza kilkanaście minut w gabinecie odosobnienia, i dobrze jest, jak to co czytamy jest niezwykłą przygodówką.

Dziś więc klasyk gatunku. Przystojny i dobrze zbudowany, oraz szlachetnie urodzony (oraz niebiedny) młodzieniec zostaje znienacka wplątany w intrygę międzyplanetarną. Jego jedynym dotychczasowym osiągnięciem jest prawie ukończona Ziemska uczelnia. Na niwie politycznej jest zielony jak chińska herbata. I pewnie zginąłby z kretesem już podczas pierwszej podróży, na szczęście (dla niego) okazuje się być połączeniem Sherlocka Holmesa, Niccolò  Machiavellim, Jamesem Bondem i Giacomo Casanovą w jednym. Co pozwala mu rozwikłać tak poplątaną sieć intryg i zależności, że kardynał Richelieu poczułby się nieco zażenowany swoimi miałkimi knowaniami, zdobyć chyba najlepszą partie dostępną w znanym wszechświecie i znaleźć się na samym szczycie. Szczęśliwe zakończenie, kurtyna opada, wyciemnienie.

Ja mam ostatnio jakieś nieszczęście, że co nie obejrzę lub przeczytam, to ocieka amerykańskim patosem. Tu najniebezpieczniejszą bronią okazuje się ... Konstytucja Stanów Zjednoczonych Ameryki. Tak, ten stary świstek papieru, który już obecnie można sobie w buty włożyć, a degradacja jego idei postępuje w zastraszającym tempie.

Nieodmiennie fascynuje mnie jak dawali radę wyżyć z tego swojego pisania starzy mistrzowie. Ta książeczka licząca sobie dwieście kilkadziesiąt stron, obecnym wystarczyłaby na dwa grube tomy, co najmniej. A przecie to tylko wstęp do cykli o Imperium i Fundacji. I znajdziemy w niej i intrygę, i to tak pofałszowaną, że przyznam, że sam się lekko zgubiłem w pewnym momencie. I pełnokrwiste postacie, nie tylko te główne. I kawał galaktyki, skolonizowany, mający jakąś tam historię, planety o różnym stopniu ucywilizowania i odmiennych warunkach bytowych, z charakterystyczną dla nich architekturą. Jak oni dawali radę wyrobić się z tym wszystkim w tak ograniczonej objętości?

Jak dla mnie, mocne 7/10, czyta się bardzo szybko i całkiem niezła w niej zagadka. Większość kryminałów nie wywiodła mnie tak na manowce jak ta z pozoru zwykła przygodówka sf.

Isaac Asimov "Gwiazdy jak pył" tyt.org."The Stars like dust" Wydawca Agencja Reklamowo-Wydawnicza "MT" Tadeusz Markowski 2003

5 maja 2012

Jeszcze się tam żagiel bieli, chłopców, którzy odpłynęli

No to trzeba przyznać, że Amerykanie zaszaleli. Zekranizować grę w statki, to naprawdę trzeba złapać niezłą fazę. Jedno tylko spaprali dokumentnie, grało się zawsze w kwadratach, a im wyszło kółko.

Nie wiem jak wy, ale ja jakbym się wybrał w kosmos, to raczej w statku, który może poruszać się w atmosferze planety jak samolot. Ostatecznie jak szybowiec. Kosmici zaś wybrali się do nas, łodziami przez chwilę podwodnym, które po okresie inkubacji pod wodą, mogły się poruszać  ruchem pasikonartnika po wodzie.

Jak do kogoś lecisz z wizytą, bynajmniej nie towarzyską, to spodziewasz się, że wizytowany będzie się bronił. Kosmici tego nie przewidzieli na szczęście, bo byłoby z nami (a właściwie z Amerykanami) krucho.

Całe szczęście, że Qui-Gon Jinn, za pomocą swojej córki, uratowanej z rąk handlarzy żywym towarem, przeciągnął młodego padawana na jasną stronę mocy. Bez niego byśmy tej batalii nie wygrali w żaden sposób.

Nie mógłbym też nie wspomnieć o jednej wspaniałej roli. Śpiewa, biega i celuje, wali z działa, nie żartuję, klnie jak szewc, po wodzie pływa i Rihanna się nazwa.

Wszystko zaś podlane patosem aż do niestrawności.

Klawo jest Egon jak jasna cholera, teraz czekam, kiedy zekranizują sapera. Za rozrywkę i efekty całe 5/10, to raz da się obejrzeć, bo i pośmiać się można, jak pancernik robi zwrot na kotwicy i podziwić jacy durni ci kosmici, i podziękować komu trzeba za "dzielnych" Amerykanów i japońskie tsunami buoy.

"Battleship: Bitwa o Ziemię" tyt.org. "Battleship" scen. Jon i Erich Hoeber reż. Peter Berg w głównej roli Taylor Kitsch

ps. Ciekawe czy nakręcą "Battleship: Bitwa o G", już sobie wyobrażam U.S.S. Missouri lecący w przestrzeni kosmicznej