28 lutego 2012

Napiszę Szalenie miłą recenzję (Sz-mi-re)

Autora znam nie od dziś. Wiele jego powieści przedefilowało raźnym krokiem przed moimi oczami. Ale nieodmiennie kocham go za cykl opowiadań o Wielkim Guslarze, gdzie w przezabawny sposób opisywał otaczającą go rzeczywistość. Nie był to jednak pusty śmiech, bo za tą radosną fasadą kryło się zawsze głębsze przesłanie. Większość pisarzy poruszając takie tematy staje się bardziej pompatyczna, od defilady wojsk radzieckich w dniu zwycięstwa. A tylko nieliczni potrafią połączyć tak zdawałoby się niemożliwe do zgrania rzeczy, jak rozważania nad sensem istnienia z życiem przeciętnie inteligentnego Rosjanina, i to w formie fantastyczno-naukowej humoreski.

Ale dziś na tapecie mamy inną książkę, choć o temacie, który dość często przewijał się w twórczości Bułyczowa, a jest nim kontakt. Jak miałem jakieś siedem czy osiem lat, dotarł do mnie dowcip, który już wtedy miał brodę jak św.Mikołaj: Po czym poznać, że we wszechświecie istnieją inteligentne istoty? Po tym, że nie próbują nawiązać z Ziemianami jakiegokolwiek kontaktu. I chyba właśnie ten żart stał się kanwą niniejszej powieści.

Wielu autorów zmagało się z tym tematem, ale chyba żaden nie podszedł do niego w tak mało spektakularny sposób. Otóż za sprawą nieszczęśliwego wypadku siódemka kosmitów zostaje jak to się pospolicie powiada z własnym przyrodzeniem w garści. W wyniku błędu nawigatora ich statek rozbija się na naszej planecie, zaś pozostali przy życiu, dzięki kapsule ratunkowej, Domanie (planeta z, której przybyli nazywa się Dom) musieli pozbyć się nie tylko kapsuły ale i odzienia. Powodem tak drastycznego postępowania jest całkowity zakaz lądowania i kontaktowania się z Ziemianami, nałożony przez Związek Galaktyczny. Złamanie zakazu karane jest śmiercią. W kapsule jak i w ubraniach były nadajniki alarmowe, które zdradziłyby biednych kosmicznych rozbitków. Ufoludki z gołą ..., dobra, staliby się sensacją, o której dowiedziałby się Związek i przysłałby likwidatorów, zatem kontakt z tubylcami też odpadał. Siódemka Domian w składzie: Polepszony dyrektor (Po-dyrek), Poranek biegnący tuż za nim (Po-bie), Pocieszający w biedzie i bezsilności (Po-be-be), Nieustająco mile uśmiechnięta (Nie-mi), Niegasnące światło miłości (Nie-świa-mi), Opoka zwojów (Op-zwo) i Mimowolnie łagodna (Mi-ła) nago na obcej, niezbadanej i zacofanej planecie, musi sobie radzić sama bez najmniejszych szans na ratunek i z niewielkimi na przeżycie.
Po prostu bida z nędzą, żadnych laserów, robotów, gadżetów, co to za fantastyka? A jednak można i tak i na dokładkę jest i śmiesznie, i straszno.

Powieść napisana jest w formie para dokumentalnego dziennika prowadzonego przez autora oraz relacji naocznych świadków, biorących udział w wyprawie naukowej mającej na celu zbadanie niewielkiego plemienia nagich dzikusów zamieszkujących w lesie. Akcja rozgrywa się w Ligonie, wymyślonym azjatyckim państwie. Podobnie jak Wielki Guslar, który powstał tylko w wyobraźni autora na podstawie znalezionej książki telefonicznej nieistniejącego miasta. Pierwowzorem Ligonu była Birma, w której autor spędził kilka lat. Jednym z "badaczy" jest też polska dziennikarka, która wnosi największy wkład w rozwiązaniu tajemnicy owych dzikich nagusów.

Mi się podobało i to nawet bardzo 7/10 i dlatego popełniłem tą Sz-mi-re.

Kir Bułyczow "Nadzy ludzie" tyt.org. "Голые люди" Wydawca Agencja "Solaris" Małgorzata Piasecka 2008

27 lutego 2012

Piękne oczy masz, komu je dasz

Tym razem z pełną premedytacją (a jak wiadomo, to tylko podwyższa wyrok) wybrałem się znowu do Aberdeen. Jako, że nigdy nie lubiłem zimna i pluchy, bo wolę się dwa razy spocić niźli raz zmoknąć, wyruszyłem w lato. A w Aberdeen to lato było wyjątkowo gorące i  to nie tylko w przenośni. Słońce nagrzewało granitowe miasto i przypiekało jego mieszkańców nieprzyzwyczajonych do takiej pogody. Upał, na szczęście, łagodziła trochę bryza znad morza Północnego. W taki skwar ciężko jest utrzymać nerwy na wodzy, a jak na dokładkę, ktoś wycina ludziom oczy wraz z powiekami i potem wypala oczodoły, niema się co dziwić, że gliniarzom puszczają nerwy. Obrywają przy tym całkiem niewinne osoby.
Ofiarami szaleńca są głównie Polscy imigranci, ale jak w ten sam sposób zaatakowano przywódcę jednego z gangów w Aberdeen, a siedziba tego gangu zostaje spalona, sprawa przybiera całkiem inny obrót. Na dokładkę, zupełnie przypadkowo, policjanci odkrywają magazyn broni, a to zapowiada wojnę gangów. Sierżant McRae musi się sprężyć, inaczej dość spokojne dotychczas ulice granitowego miasta spłyną krwią. Na dokładkę pojawia się możliwość awansu, a Logan ostatnio nie miał najlepszej passy. A jeszcze inspektor Steel i jej żonę dopadł instynkt macierzyński, który zafiksował się na naszym dzielnym sierżancie jako przyszłym tatusiu. Zaś śledztwo prowadzi do Polski i weź tu się nie rozpij człowieku.

MacBride nie przestaje mnie zadziwiać, co powieść, to zupełnie inny gatunek kryminału.
Tym razem dostajemy pełnokrwistą opowieść policyjną. Pościgi, strzelaniny, wybuchy, zdrada, skorumpowani koledzy, podwójni agenci, szantaż i próba przekupstwa, nawet będąc wyjątkowo twardym i sprytnym można się pogubić. A jak nałoży się na to wszystko zmęczenie materiału i rozczarowanie, nie ma się co dziwić, że i na wskroś uczciwemu glinie puszczają w końcu nerwy. Świetnie poprowadzona narracja, niebanalne dialogi, które nie ociekają ironią, ale dość często poprawiają humor podczas lektury. Doskonałe wyczucie psychologiczne oraz dostosowanie narracji i wypowiedzi bohaterów do niej, stawiają dość wysoko poprzeczkę w świecie powieści kryminalnych.

Jak zwykle bardzo dobrze, ale to akurat nie jest mój ulubiony typ kryminału, kilka drobnych nagięć (ale na prawdę drobnych, w Matrixie są dopuszczalne takie działania) i potknięć, rozczarowujące trochę zakończenie, i duży minus za przedstawienie Polski i Polaków w złym świetle daje w sumie 7/10 (ale tak na ucho wam powiem, że 8/10 też jest jak najbardziej zasłużone).

Stuart MacBride "Ślepy zaułek" tyt.org. "Blind eye" Wydawca Wydawnictwo AMBER Sp.z o.o. 2009

25 lutego 2012

Zabiłem siedem ćmów

Najbardziej fantastyczny w tej książce jest napis na jej tylnej okładce "Mistrzowskie połączenie science-fiction z powieścią filozoficzną". O ile można tą książkę podciągnąć pod fantastykę, bo i podróż przez kosmos i statek kosmiczny i dinożarły są, to z nauką to ma znacznie mniej wspólnego niż ja, udało mi się przecież przebrnąć przez podstawówkę. Zaś zbiór banałów i komunałów, podlany cienkim sosem psychologii tłumu i dość osobliwego kreacjonizmu autora nazwać filozofią bym się nie odważył. Słowo mistrzowskie pasuje tu jak wół do karety.

Po pierwsze statek: 32 km długości i pół kilometra średnicy walca wewnętrznego plus walec zewnętrzny do tego żagle słoneczne o rozpiętości miliona kilometrów kwadratowych. W sumie potworna masa, bo jeśliby przyjąć, że masa metra kwadratowego żagla wynosi jeden gram to uzyskujemy 1000000000000g=1 Mt  plus kadłub plus wyposażenie wewnętrzne = jakiejś kosmicznej liczbie.
Po drugie załoga: 144000 załogantów plus kilkaset osób, którzy zbudowali i wyposażyli statek plus woda plus powietrze plus zwierzęta i rośliny plus inne materiały potrzebne do przeżycia i życia i mamy następne +/- 100000 ton.
Jakiej trzeba energii żeby wysłać to na orbitę okołoziemską, ja sobie nie wyobrażam, a do liczenia nie mam głowy ale jak ktoś chętny to bardzo proszę.
Z podstawówki wiem, że jeżeli statek podlega akceleracji lub deceleracji, to na ciała znajdujące się w tym statku działa siła bezwładności. Żaglowiec słoneczny w tej powieści podlega ciągle przyspieszeniu lub hamowaniu, siła bezwładności oddziaływałaby więc na wszystko co się w tym statku znajduje wzdłuż osi statku. Wszyscy i wszytko, nie przymocowane do kadłuba, albo leżałoby na końcu statku albo na jego początku.
Pożar lasu w zamkniętej przestrzeni, czy widziałeś co działo się w Rosji w czasie pożarów lasów, przecież zanim wypaliłby się tlen w tym statku kosmicznym, to wszyscy zginęliby zatruci dwutlenkiem i tlenkiem węgla
Czy przyspieszenie 1G wystarczyłoby, żeby osiągnąć w ciągu miesiąca prędkość 2000000km/h?
Jaką energię kinetyczną wyzwoliłoby zderzenie z ziarnkiem piasku  przy prędkości 2000000km/h, ile takich zderzeń przetrwałby kadłub i żagiel. Jak wiemy próżnia kosmiczna nie jest całkiem próżna, chyba, że nie wiemy, to wtedy piszemy taką książeczkę jaką zafundował nam Bernard Werber. 
To nie jest fantastyka naukowa, to są fantasmagorie.

Filozofowanie o dzikiej małpie siedzącej w człowieku, o jego krwiożerczości, pociągu do hazardu, wojen, mordu i dominacji nad innymi, to jeszcze nie filozofia. Już nic nie mówiąc o komunałach wygłaszanych przez bohaterów powieści. Historia tysiącletniej podróży, potraktowana przez autora po macoszemu, w porównaniu do powieści Simaka o podobnej wyprawie, zasługuje na dożywotni zakaz pisania. Zaś wypowiedzi ostatniej dwójki ludzi na planecie docelowej, którzy ocaleli z pogromów i wojen odbywających się na pokładzie statku, już nic nie pisząc o ostatnim wyborze na statku, to po prostu żałość i trwoga.

Osobiście żałuje, że dałem się skusić na tą książkę 4/10 i nie polecam.

Bernard Werber "Gwiezdny motyl" tyt.org."Le papillon des étoiles" Wydawca Wydawnictwo Sonia Draga Sp.z o.o. 2009

ps. Zachciało mi się i policzyłem ile ważyłoby powietrze, potrzebne do wypełnienia statku. Pewnie mi nie uwierzycie ale przedstawia się to wzorem 250m^2*3,14*32000m*1,2kg/m^3=±7.5 Mt

22 lutego 2012

Więcej światła, znacznie więcej

Dwa dni temu urządziłem sobie "Matrix" maraton. Pamiętacie tą scenę kiedy Neo zostaje przeszkalany przez Tanka. I na pytanie czy chce więcej odpowiada, że tak. Taką samą odpowiedź uzyskalibyście ode mnie wczoraj późnym wieczorem kiedy kończyłem "Zamierające światło". Tak, chce więcej, bo to dobre jest.

Już pierwsza książka "Chłód granitu" zwróciła moją uwagę. Był to debiut. który uzyskał nagrodę Barry, właśnie za najlepszy debiut, ale wtedy jeszcze tego nie wiedziałem. Wiedziałem jedno, że na tej jednej się nie skończy i tak oto znowu wylądowałem w Aberdeen i znów jest niepięknie, i to właśnie mnie urzeka.

Kryminał jest majstersztykiem, wręcz zegarmistrzowską robotą. Kiedy otwieramy kopertę zegarka (mechanicznego, do elektronicznych nie ma po co zaglądać) właściwie nie zauważamy od razu całej złożoności mechanizmu, tylko niezliczoną ilość kółek zębatych, małych, dużych, zachodzących na siebie, popychających się nawzajem, przenikających się w jakiś magiczny sposób. Wszystko to jest w ruchu, tyka, jak namiastka jakiegoś mechanicznego życia. Dopiero po dłuższej chwili, kiedy już oswoimy się z tym pseudo-istnieniem, ujawnia nam się piękno mechanizmu jako całości, a jeszcze później zaczynamy dostrzegać niewidoczne do tej pory szczegóły. Tak tu, po otwarciu okładki wpadamy na szczerzącą zęby, smutną rzeczywistość szkockiego miasta portowego. Kołem zamachowym jest psychopata, który w okrutny sposób morduje całe rodziny, paląc je w ich własnych domach. Mniejszym kółkiem jest brutalny morderca prostytutek, wariat, który porzucił w parku walizkę z poćwiartowanym psem, trzyosobowy gang dilerów narkotykowych mający w sumie trzynaście lat, skopana akcja policyjna przeciwko złodziejom. Te wszystkie sprawy przenikają się, jedna rozwiązana zagadka, wywołuje kolejne. Ktoś ostro miesza w Aberdeen, a wszystko ląduje znowu na głowie sponiewieranego przez los, prasę oraz kolegów sierżanta McRae. I te drobne i wydawałoby się niepotrzebne szczególiki, które powodują, że nie tylko bierzemy udział w śledztwie, ale dane jest nam poczuć dość brutalną codzienność życia policjanta z aspiracjami, który nie zawsze wie kto tak naprawdę kopie pod nim dołki, a kto jest mu w miarę życzliwy. Czy warto się zaperzać, bo ktoś wyszedł, trzasnął drzwiami potem spał na kanapie, czy nie lepiej porozmawiać i zobaczyć sytuację z drugiej strony. Ale w końcu wszystko znajduje swój finał, pozostaje zobaczyć tylko, czy ktoś przypadkiem nie zwinął nam wskazówek.

Ale nawet najlepszym zdarzają się potknięcia, a już zwłaszcza jak się buduje tak skomplikowaną intrygę. Nie ustrzegł się dość drobnego błędu i MacBride. Jak będziecie czytać (a zaręczam, że warto) to zapamiętajcie co znalazł sierżant na miejscu pożarów. Potem zwróćcie uwagę na pierwsze aresztowanie Kiziora i jego pomagiera, a potem się zastanówcie czemu na rozwiązanie głównej zagadki trzeba było czekać do jakże spektakularnego finału. Choć z drugiej strony, finał jest świetny i byłoby mi go strasznie brak.

Od lat nie miałem w rękach tak dobrego kryminału ale za ten błąd muszę jednak odjąć punkt i wychodzi mi 8/10. A to oznacza, że z książkami MacBride jeszcze się spotkamy.

Stuart MacBride "Zamierające światło" tyt.org. "Dying Light" Wydawca Wydawnictwo AMBER Sp.z o.o. 2007

21 lutego 2012

Niestety już niesmoczne

Posłużę się cytatem z książki i dodam coś od siebie: Koniec pieśni. I jeszcze jeden lekko sparafrazowany cytat z drugiego tomu tej (jak na razie i mam nadzieję, że ostatecznie) trylogii: "Ni sensu, ni składu, to jeno sztuka rozkładu - powiadało żartobliwe pałacowe przysłowie, które choć dotyczyło upadku moralności, świetnie też pasowało do pracy pisarza".

O ile pierwsza i druga część broniła się jeszcze sporą ilością rozporkowego humoru, oraz jak na serie o pogodniku przystało, swoistą pogodnością, to na trzeci tom niestety zabrakło już konceptu. Ciągłe wałkowanie niechybnej śmierci z rąk kata, ożenku i kłopotów ze smokiem, stało się już nieciekawe. Wizyta w smokowisku mająca być chyba, w zamyśle autora, satyrą na temat biurokracji i sfer urzędniczych, jest nie dość, że nieśmieszna, to i niestrawna. Zakończenie z widoczną furtką do dalszej kontynuacji (której nawet jeśli powstanie, kupować nie zamierzam, jeśli w jakiś inny sposób wpadnie w moje ręce może przeczytam, ale bez entuzjazmu) jest cienkie jak zadek węża. Podejrzewam, że autor tego tomu wstydził się i było mu przykro, przez całą drogę do banku w celu realizacji czeku. Mam tylko cichą nadzieję, że w najbliższym czasie oblezą go gdzieś czerwone mrówki i dotkliwie pogryzą. Zaś przygłuchy aptekarz, pomyłkowo sprzeda mu jakiś środek na przeczyszczenie zamiast na swędzenie.

Dam 4/10 ale tylko po to, żeby zachęcić autora do nie kontynuowania tego dzieła.

Romuald Pawlak "Smocze gniazdo" Wydawca Fabryka Słów Sp.z o.o.

17 lutego 2012

Jak Salander Blomkvistowi matkowała

Nie lubię grubych książek, nigdy nie lubiłem i nie polubię. O ile jeszcze u Kinga, którego uważam za mistrza dynamicznego opisu, tak mi to nie przeszkadza, tak u innych bardzo. I nie jest istotne, że bardzo często okazuje się, że takiego grubasa przeczytałem znacznie szybciej niźli jakąś inną cieńszą książeczkę. Nie lubię i już (i cholera nie wiem czemu).

Długo się przymierzałem do tej pozycji, za długo, ale powód, dla którego ciągle odkładałem przeczytanie jej, umieściłem na górze. Zmusiła mnie w końcu amerykańska ekranizacja tej pozycji, bo jeszcze bardziej nie lubię Craiga. I to nielubienie tylko się pogłębiło po lekturze tej książki. Jak można było wybrać tego mamlasowatego mydłka, aktora jednej twarzy o wodnistych oczach, na byłego komandosa, bystrego dziennikarza i przystojnego faceta, bo zagrał nieudolnie Bonda?

Dziwny kryminał, dziwny nie oznacza zły, co prawda nie oznacza też, że dobry, ale w tym przypadku jest nie tylko dziwny ale i całkiem niezły. Co prawda nie wiem dlaczego Stieg zatrudnił w roli detektywa dziennikarza, może i śledczego, ale z zakresu ekonomii. Ale śledztwo to śledztwo, co prawda czego innego się szuka w ekonomii, a zupełnie czego innego przy zbrodni. Sama zbrodnia też dziwna, nie ma zwłok ale są kwiatki od trupa, co roku na urodziny. Dlaczego z zatrudnieniem jakiegoś detektywa zwlekano aż prawie czterdzieści lat? Przecież rodzinę stać było na zatrudnienie najlepszych z najlepszych, to też jest dziwne. Jest jeszcze kilka dziwnych przypadków, ale za bardzo zdradziłbym fabułę dlatego ich już nie wymienię, ale właśnie te udziwnienia trochę obniżają ocenę tej książki.

 Trochę zbyt rozwlekłe i zbyt szczegółowe opisy, gdzie często wystarczyłaby mapka, czy podanie modelu, albo sama nazwa miasteczka, niepotrzebnie zwiększyły objętość tej książki do tych sześciuset stron. To też jest mały minusik.

"Cysorz to ma klawe życie, ... potem żonę otruć każe albo cichcem zakłuć stryjca, dobrze dobrze być cysorzem choć to świnia i krwiopijca"* śpiewał Kazimierz Grześkowiak i od czasów cesarskich nic na świecie się nie zmieniło, bogatym najgorsze zbrodnie potrafią ujść na "sucho". Muszę się w tym miejscu zgodzić z panną Salander, zbrodnie powinny zostać ujawnione. Usprawiedliwienia, że ucierpieliby niewinni, że prace straciliby bogu ducha winni pracownicy koncernu, są tylko wymówką. Ekonomia nie znosi próżni, na miejscu upadłego koncernu powstałby inny, może lepszy i ludzie znowu mieliby pracę. A ci "niewinni" też wcale tak do końca niewinni nie byli.

Ale sam pomysł na "przyjemną" rodzinkę przemysłowców, bezkompromisowe jej opisanie, złożoność charakterów, ich historia, to olbrzymi plus. Jak do tego dołożyć zbrodnie w "zbrodni", walkę o "przetrwanie" gazety, a więc pojedynek z gigantem finansowym, i wszystkie pułapki i zasadzki z tymi związane. A nie można też zapominać, o życiu panny Salander, jej walce z opiekunem prawnym, z własną "ułomnością" (choć mógłbym być tak ułomny jak ona) i życiem, oraz sprytnym planem wzbogacenia się, mamy powieść, aż nadto kompletną. Szkoda tylko, że pisarz był aż tak skrupulatny w opisach, niczego praktycznie nie pozostawiając wyobraźni czytelnika, choć z drugiej strony ma to swój swoisty smaczek.

Książka prawie doskonała 8/10, może wydawać się za mało, albo za dużo, ale taka jest właśnie moja ocena tej książki, i na 100% sięgnę po kontynuację losów tej dziwnej pary.

Stieg Larsson "Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet" tyt.org."Män som hatar kvinnor" Wydawca Wydawnictwo Czarna Owca Sp.z o.o.

*"Ballada o cysorzu" Andrzeja Waligórskiego fragment tutaj całość

14 lutego 2012

Uśmiechnij się jutro będzie wojna

Na podstawie książki "Jutro" powstał film o zupełnie niespodziewanym tytule "Jutro kiedy zaczęła się wojna". Australia idzie na wojnę i nie odda nawet guzika. Możecie obejrzeć za darmochę.

Jeśli nawet książka jest o niebo lepsza od filmu, to nie mam najmniejszej ochoty na czytanie jej, stanowczo wystarczy mi to co widziałem.

O ile jeszcze początek jest do przyjęcia, ot życie niebiednych nastolatków to, to co zaczyna się po inwazji, to jest kpina. Jak jeszcze mogę przeboleć w książce, że autor jest bogiem dla swoich niedorozwiniętych tworów, to oglądanie tego na filmie jest żałosne i chyba dopuszczalne tylko w regionie Australii i Oceanii.
W wojsku przeszedłem szkolenie pirotechniczne (dla mniej zorientowanych, szkolenie saperskie) zatem ze strategia i taktyką niewiele miałem do czynienia. Mogę więc liczyć tylko na chłopski rozum. Co jest ważne aby skutecznie prowadzić działania wojenne? Trza mieć armie, no i ok, armia jest. Broń i amunicja, jak widziałem jedno posiadali, a drugim szafowali więc też mieli. Paliwo i żarcie, o ile to drugie można zdobywać w trakcie walk, to pierwsze trzeba mieć i starać się zdobywać. A jak już zdobędziemy, to najlepiej je przenieść, żeby dotychczasowy właściciel nie wiedział gdzie ono jest i nie zniszczył albo nie odbił, no i trzeba pilnować. Tu, totalna beztroska, zdobyczne cysterny stoją tam gdzie stały i pilnuje ich dwóch żołnierzy przy bramie i jakiś patrol łażący przy ogrodzeniu, który zamiast strzelać do złodziei, to za nimi biega.
Scena pościgu jest majstersztykiem samym w sobie. Zaczyna się od strzelania z pozycji stojąc lub przyklęku, do tak niewielkiego celu jakim jest szoferka śmieciarki. Oczywiście broń automatyczna nie jest tak celna jak snajperka, ale z piętnastu metrów ogniem ciągłym można bezproblemowo trafić w człowieka. Sukcesy, aż jedno trafienie w przednią szybę kabiny, zapomniałem dodać, że strzelało sześciu żołnierzy. Ale nic to, najwyraźniej trafiła się drużyna zezowatych, toż z tak błahego powodu jak wada wzroku nie można człowieka skreślać. Jadą, w pościg za nimi rzucają się dwa samochody typu buggy, uzbrojone w ciężki karabin maszynowy każdy. Jadąc z tyłu za śmieciarką w co strzelam? Nie, nie w koła, nie w znajdujące się w podwoziu bak czy inne części, tylko w budę ze śmieciami, ale i tak już większe sukcesy, jedna przestrzelona opona i jakaś butla pod ciśnieniem. Przez pewien czas pojazdy jeżdżą w kółko, ale tych sześciu z pierwszej sceny poszło robić babki z piasku i już nie biorą dalszego udziału w starciu. Ostateczne rezultaty: przednia szyba, opona prawa, jakaś butla i dużo dziur w pojemniku na śmieci, po stronie napastników; dwa zniszczone pojazdy, czterech żołnierzy, dwa ciężkie karabiny maszynowe, masa amunicji po stronie obrońców i to bez jednego wystrzału, bravo.
Jak zdobyłem przyczółek, z którego prowadzi jedna droga i tylko jeden most, to tego mostu bronie jak niepodległości. Wiem, bo widziałem film "O jeden most za daleko", który opowiada o operacji "Market garden" przeprowadzonej w czasie II Wojny Światowej. Dobrze umocnione stanowiska na wszystkich drogach prowadzących do mostu, baterie przeciwlotnicze przy moście, stałe patrole rzeczne i lotnicze, oddelegowana bateria artylerii do osłony. W filmie, po moście pęta się kilku kolesi i to wsio. Rozumiem, że ci dobrzy musieli wygrać, ale litości, nie w ten sposób.
Ja wiem drodzy Australijczycy, że ostatnia wojna minęła was o włos. Choć dla kilku tysięcy waszych chłopców stała się koszmarem na Nowej Gwinei i Jawie, to większość z was nie ma pojęcia czym jest i jak okrutna jest wojna. Stąd pewnie sukces tej przygodowej mrzonki o bohaterstwie i chwale. Już lepiej obejrzeć film "Szeregowiec Ryan" lub "9 kompania", serial "Kompania braci" lub "Sztrafbat" i zobaczyć, że pięknie to wygląda tylko w słabiutkich książeczkach i filmach kręconych ku pokrzepieniu serc. Tak naprawdę wojna jest straszna, a jak chcecie się przekonać jak fajnie jest w azjatyckich obozach, to "Łowca jeleni" się kłania.

Ale jest jeden powód, dla którego warto to obejrzeć. Pamiętacie Agnieszkę Włodarczyk z "Sary"? Na pewno pamiętacie ]:-> Główna bohaterka jest bardzo podobna do niej z tamtych lat, a może nawet ładniejsza. No może jeszcze jeden, krajobrazy są przepiękne.

Młodzi Australijscy aktorzy spisali się całkiem dobrze, trzeba powiedzieć, może poza sceną finałową, ale na tle ostatnio oglądanych produkcji amerykańskich, to ich gra była wręcz doskonała. Jeśli oceniać to jako głupawą przygodówkę to swobodnie można dać nawet 7/10, bo w innym przypadku, to żal dać cokolwiek. Mam tylko cichą nadzieję, że paranormale nie są lepsze. I oni nakręcili kiedyś "Mad-Maxa", świat schodzi na koty.

"Jutro, kiedy zaczęła się wojna" tyt.org. "Tomorrow, when the war began" scen. i reż.Stuart Beattie w głównych rolach Caitlin Stasey i Deniz Akdeniz

12 lutego 2012

Nie mam serca

Przez kilka dni nic tu się nie działo i jeszcze pewnie przez kilka nic się nie wydarzy.

Mojego Ojca od września kilku lekarzy leczyło (bez większych sukcesów) z zapalenia płuc. Dwa dni temu się pogorszyło i w końcu trzeba było wezwać karetkę. Ojczysko ma już swoje lata, ma ich już 70 kilka, nie jest już młodzieniaszkiem. Jak się okazało na SOR-ze, zapalenie płuc było tylko skutkiem niewydolności krążenia. Więc ta zgraja łapiduchów, co ja piszę jakich łapiduchów, to zwykłe konowały, mogła mojego Ojca leczyć z tego zapalenia płuc aż do śmierci z powodu zapaści. Ale to nie jest koniec historii. Pogotowie zabrało Ojca na SOR o 21. O 22 jak ja dotarłem na SOR ojca nadal badano, o 23 wreszcie (mimo, że nadal znajdował się w czerwonej strefie) wpuszczono mnie do niego na chwilkę. Dałem mu co dać miałem chwilkę porozmawiałem i zwiałem, bo nie miałbym jak wrócić. Następnego dnia się dowiedziałem, że Ojca o 24, przypominam staruszek ma 70 kilka lat, niewydolność krążenia oraz zapalenie płuc, przewieziono do szpitala oddalonego o dobrych 10 km, bo w szpitalu Bielańskim, na którego SOR-ze Ojczysko wylądowało, nie znalazło się ani jedno miejsce.  W tej chwili Ojciec leży na OIOK-u, wygląda (to znaczy, to co widać spod rurek, igieł, wenflonów, kroplówek i innego sprzętu medycznego podłączonego w najprzeróżniejszy sposób, do kilkunastu miejsc) już znacznie lepiej.  Ale pewnie jeszcze kilka dni będzie tam musiał spędzić. Swoją drogą całkiem fajnie wyglądało, to co przynieśli do żarcia. Ciekawe czy można tam wykupić obiady?

Więc nie dziwcie się, że brakuje słów tutaj, kiedy wszystkie me myśli są tam z nim.

8 lutego 2012

Smutek szczegółów

Ta powieść jest brudna, lepka, okrutna, ohydna, wredna, paskudna i śmierdzi, ale właśnie taka powinna być. Jak jeszcze kiedyś będę miał styczność z książkami Stuarta MacBride (a postaram się żeby tak się stało) to będę je czytał w lateksowych rękawiczkach.

Choć kawał odgrzany podobno nie w cenie, lecz silny jest bezwład i przyzwyczajenie*, to ten kryminał wcale tak bardzo nie razi wtórnością. MacBride popatrzył na wszystko oczami gliny i choć nie jestem łapsem, to w moim odczuciu zrobił to bardzo dobrze. Postacie są do bólu przerysowane, jedynie te, które podobają się detektywowi (a jest on zdeklarowanym heterykiem), są w jakiś sposób ładne i urocze i nie jest istotne czy są dobre czy złe. Inni, nie ważne dobrzy czy źli, są brzydcy, groteskowi, szaleni, a wręcz niekompletni, jakby informatyk stworzył szkielet z polygonów i zapomniał wygładzić to teksturami. Tyczy się to też budynków, krajobrazu, oraz społeczeństwa otaczającego gliniarza.

W każdej beczce miodu zawsze jednak tkwi łyżka dziegciu. Przerysowanie postaci pomaga nam domyślić się kto nie jest zabójcą. O ile w podobnej sytuacji Thomas Harris skupił się na szczegółach śledztwa i aspekcie psychologicznym, o tyle MacBride rozmienił się na ukazaniu okrucieństwa zbrodni, profesjonalnego chłodu i  groteskowości szaleństwa. Ale paradoksalnie, takie działania spowodowały, że książka nie jest odgrzewanym kotletem, że jest w niej coś intrygującego.

Śmierć kogoś bliskiego, to straszne doświadczenie. Ta sama śmierć ale spowodowana przez morderce jest nie tylko straszna, jest nie do pojęcia i zrozumienia. A jeśli taka śmierć spotyka dziecko, nie ma słów, które mogłyby opisać cierpienie i rozpacz, i to nie tylko najbliższych. Często ten ból przeradza się w nienawiść i chęć odwetu i niekoniecznie na sprawcy, wystarczy jakoś się odróżniać. To prowadzi do kolejnych zbrodni, kolejnych ofiar. Często ostatnią wysepką rozsądku staje się policjant, choć to przecież też tylko człowiek, któremu nie obce jest uczucie nienawiści, który przecież też ma dzieci. Tylko czy potrafi on rozwikłać zagadkę, uchronić bogu ducha winnych i zawsze wykryć prawdziwego sprawce. Czasem tak, czasem nie, a czasem ma się farta i odpowiedź sama przychodzi nieproszona, jak w życiu.

7/10 dobry kryminał, naprawdę dobry czarny kryminał, z obrzydliwą pogodą w tle.

Stuart MacBride "Chłód granitu" tyt.org. "Cold Granite" Wydawca Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o. 2007

*"Powtórka z rozrywki" Marian Kociniak 

6 lutego 2012

Ukraść czytelnikowi chwilopunkt

Jest to debiutancka książka Hannu Rajaniemi, który jest doktorem nauk fizycznych. Ma to bezpośredni wpływ na książkę i nie da się tego ukryć.

W kakofonii nowych nazw dla gadżetów, takich jak: kwantopunkt, gogole (choć to może być powiązane z "Martwymi duszami" Mikołaja Gogola), wojmózg, intelmateria, plastomateria i wiele wiele innych. W zalewie nazw obecnie istniejących, a w książce posiadających zupełnie inne znaczenie, między innymi: cadyk, archont (choć tu, jeszcze ujdzie, bo archonci zajmowali się też prawem), kryptarcha (przez c to robaczek taki), wyciszeni  czy gevulot (hebrajski גבולה - granica), przebija kryminałek w stylu "Kodu Leonarda da Vinci" Dana Browna. Tyle, że tu złodziej zapomniał kim był i musi to odkryć wśród zagadek jakie sobie zostawił. Potem autor zapomniał po co tego złodzieja wymyślił i nie wiadomo po co on sobie, o sobie przypomina.

Wartka akcja, nieziemskie lokacje, fantastyczne sceny batalistyczne (mimo, że rozgrywające się pomiędzy kilkoma walczącymi zaledwie) i wreszcie fantasmagoryczne podejście do wszystkich wydarzeń (nawet do śmierci), przywodzi na myśl Dickowskie widzenie świata, wiecznej i powszechnej iluzoryczności naszego istnienia.

Dlaczego zatem tylko 6/10, po pierwsze, można było sobie trochę odpuścić, użyć laserów, blasterów, garłaczy jonowych, czegoś już znanego, a tak cały czas trzeba się pilnować. W tym zalewie nowości, przeskakiwanie z osoby na osobę, i oglądanie świata jej oczami ale bez zmiany narracji, jeszcze bardziej utrudnia odbiór książki. Ale warto się przemęczyć, ciekawe co Sbornost (choć uważam, że autorowi chodziło o Соборность (Sobornost)- kolegialność, jednomyślność, poświęcenie indywidualizmu na rzecz zgromadzenia i realizacji większego (boskiego) planu) zrobi ze zbuntowanymi w kolejnych tomach.

Hannu Rajaniemi "Kwantowy złodziej" tyt.org. "Quantum Thief" Wydawca Wydawnictwo MAG 2011

Paramęt pikczers prezentują tatuaże

UWAGA ! NIE OGLĄDAJ FILMU JEŻELI ZAMIERZASZ PRZECZYTAĆ KSIĄŻKĘ
Obejrzyj po przeczytaniu, bo będziesz w plecy tak jak ja. 

-Byłem w kinie na Dziewczynie z tatuażem.
-I po co było tyle gadać, że w kinie co to, to nie.
-Ale to tytuł taki.
-Aaa, to było tak od razu, momenty były.
-No masz. najlepiej to jak ten  Kraigsyn taką małą czarną...
-Znaczy murzynkę
-Nie, tak pół-na-pół
-Czyli mulatkę?
-Też nie, tylko miała tyle tatuaży, że nie wiadomo czarne na białej, czy białe na czarnej. A ten Kraigsyn, to jeszcze z taką blondyną, która miała męża, i nikt nic nie wie.
-Dyskrecja Szwecja.
-To Ty też go widziałeś?
-No coś Ty, już by mi Mańka dała pójść na taki film.
-To skąd wiedziałeś, że to Szwedzi byli. No ale nie ważne, i on to był taki dziennikarz detektyw, jak u nas ta blondyna z dużymi niebieskimi.
-Beger?
-Nie, ta no Olejnik. I go taki jeden Szwed wynajął, bo mu ktoś 40 lat wcześniej bratanice ubił. A ta rodzinka to niezgorsza była.
-Jak Ci spod piętnastki, co to dzień bez awantury, to dzień stracony.
-Coś ty, oni to by im mogli żłobek prowadzić. Wszyscy uzbrojeni jakby mieli wojnę z Norwegią prowadzić, każdy z każdym o coś drze koty, jednego to nawet temu Kraigsynowi podarli. A zawzięte. No a jak odkryje kto tą bratanice kęsim, to mu głowę takiego jednego na srebrnej tacy podadzą.
-Elegancja Francja, nie to co u nas.
-Ten brat tego głównego, to się po pijaku w jeziorze utopił.
-Lubieli wypić.
-Tam zimno na okrągło, to jakoś się trzeba ogrzać. Ale udało mu się w końcu odkryć kto, a właściwie nie jemu, tylko jego córka rozgryzła sprawę, bo on to by tam całą zimę siedział i nic.
-Córeczka tatusia.
-A jeszcze taki jeden grubas to tą czarną, to tak na siłę.
-A to zwyrol, i co, i co?
-A ona go prądem, i mu w de..., a potem to mu taki tatuaż na piersi walneła.
-No nie gadaj.
-I go w żołąd, i z kopa.
-Ale kino!

Przepraszam pana Andrzeja Zaorskiego, za takie sprofanowanie jego sztuki, ale liczę na wyrozumiałość.

Jak dla mnie 7/10, poważnym minusem jest główna rola męska, właśnie o to chodzi, powinna być męska. I udawanie Szwedów przez Amerykanów też jakoś tak mało przekonujące. No i co, że ze Szwecji jak dobre.

"Dziewczyna z tatuażem" tyt.org. "The Girl with the Dragon Tattoo" reż. David Fincher scen. Steven Zaillian w rolach głównych Daniel Craig i Rooney Mara

3 lutego 2012

Nie dzielni goście?

Ja się chciałem głośno zapytać, dlaczego już się takie Trepki w Rzeczypospolitej nie rodzą? A może się rodzą i piszą tylko słyszą: "to się nie sprzeda panie Trepka". Przykro to przyznać ale rację mają ci, którzy tak mówią. Sam tą książkę kupiłem na wyprzedaży staroci za dwa złote, na swoją obronę mam tylko to, że wtedy pierwszy raz ją zobaczyłem na oczy. Licha ta moja obrona.

O autorze nie będę się rozpisywał, dla chętnych dowiedzenia się czegoś więcej odsyłam do Wikipedii. Powiem tylko, że takim sztandarowym dziełem Andrzeja Trepki jest trylogia: "Zagubiona przyszłość", "Proxima" i "Kosmiczni bracia", którą to napisał razem z Krzysztofem Boruniem.

Od razu ostrzegam, nie jest to książka dla każdego. Jest to rozwinięcie tezy jaką postawił Andrzej Wiśniewski-Snerg o nadistotach. A jeszcze tak niedawno czytałem narzekania na brak pierwiastka naukowego w SF. Tu jest tego do syta i jeszcze z repetą. Rozważania nad implantacją ziemskich ekosystemów, i ich wpływu na istniejącą biosferę planety, oraz realizacja zdefiniowanych i samoregulujących się ekosystemów. Rozwój behawiorystyczny zwierząt w nowym i zupełnie innym ekosystemie. Zachowania dzikich ludzi w zderzeniu z cywilizacją. I główny temat: czyli nasze możliwości w starciu z istotami zajmującymi wyższy szczebel w ewolucji. Czy można chcieć czegoś więcej?

Jak zachować się mają ludzie, którzy pokonawszy wiele lat świetlnych, przebytych w anabiozie, znajdują planetę nie tylko zdatną do kolonizacji, ale być może nawet lepszą od staruszki Ziemi? Oczywiście powinni ją zaanektować dla ludzkości. Tylko co w takim przypadku, kiedy w trakcie "udamawiania" okazuje się, że na tej planecie człowiek nie stoi na szczycie piramidy pokarmowej? Kiedy staje się on, a właściwie tylko jego wiedza, wspomnienia, pamięć, pokarmem dla kogoś kogo nie sposób nawet dostrzec, nic już nie mówiąc o porozumieniu czy współpracy. Tak drodzy czytelnicy w niezmierzonych otchłaniach kosmosu może istnieć życie, które wyewoluowało na wyższy poziom rozwoju od człowieka. Dla którego możemy stać się li tylko pożywką, "kotletem". Z którym nie tylko nie damy rady walczyć, ale możemy nawet nie zauważyć, że jesteśmy pożerani żywcem. Tak jak żaba wrzucona do zimnej wody, nie ucieknie z niej mimo tego, że zaczniemy ją podgrzewać, aż do wrzenia. Jedyną szansą jest ucieczka, ale czy ludzie coraz mniej wiedzący, pamiętający, będą do niej zdolni. Istnieje też zagrożenie przewiezienia tego nadbytu na ojczystą planetę. Jak Ty byś postąpił?

Oceniam tą książkę 6/10, ocena jest obniżona za takie jakieś nijakie zakończenie, ckliwo-nierealne. Ale warto ją przeczytać i dla samych siebie porozważać, czy jednak nie można by jakoś dotrzeć do nadjaźni albo przynajmniej stanąć jej ością w gardle.

1 lutego 2012

Twoje kapelusze, jak statki na niebie

Jakiś rok temu byłem w kinie (kurcze kiedyś to było zwykłe stwierdzenie faktu, a teraz się trzeba tłumaczyć. Nie powiem pomysł jest niegłupi, ale od kiedy mam własne mieszkanie bardzo stracił na atrakcyjności i nie dlatego, że lubię to robić w łóżku pod kołderką, bo o ile łóżko tak i prześcieradło też jest mile widziane, to kołdra idzie precz. Lubie też widzieć jakie reakcje powoduje to co robię, a po ciemku to mało realne przy obecnej wielkości noktowizorów. A jak już miałbym gdzieś indziej to robić, to pole pszenicy (ostatecznie pszenżyta) albo plaża (mogą być wydmy). Mam nadzieję, że teraz już wszystko jasne) na filmie "Skyline".


Ja rozumiem brak aktorów, drodzy są i kapryśni, a i przecież początkującym coś czasem wyjdzie. Efekty są efektowne, jakikolwiek boziu co za nieefektywne zdanie, a bez nich obecnie film wygląda dość przeciętnie, zwłaszcza film SF. Ale nie jestem w stanie zrozumieć filmu bez fabuły, ja wiem, że to bardzo ograniczające stwierdzenie, ale nic na to nie poradzę.

Czemu w ogóle wspominam ten film, a dlatego, że dwa dni temu miałem okazję obejrzeć go ponownie. Tym razem na spokojnie w domu, na swoim telewizorze. Rozparty wygodnie w fotelu i z bułką z pasztetem w ręku, zaparłem się i stwierdziłem, że dowiem się o co w tym chodzi. Niestety nic to nie dało, nie wiem po co nakręcono ten film, a najgorsze w tym jest to, że nie wiem po co go aż dwa razy oglądałem, może to jakiś przejaw auto-masochizmu? Jeśli ktoś jest w stanie mi powiedzieć o co biega w tym obrazie, to bardzo proszę i z góry dziękuję, bo doprawdy, takie poświęcenie zasługuje na nagrodę.

4/10 to jest wszystko co mogę dać, za ładne efekty, bo za co więcej?

"Skyline" tyt.org."Skyline" reż.Colin Strause i Greg Strause scen.Joshua Cordes i Liam O'Donnell w głównych rolach Eric Balfour i Scottie Thompson.

ps. chciałem przeprosić wszystkich rolników, którym wygniotłem zboże w trakcie, oraz tych, którym to jeszcze zrobię, z dołu i z góry BARDZO PRZEPRASZAM.